Rosję nazywano więzieniem narodów i przy okazji „operacji
specjalnej”, jak bezczelnie nazywają w Moskwie najazd na Ukrainę, więzienia
rzeczywiście się zapełniają. A jednocześnie zwalniani są nawet recydywiści.
Niektórzy korzystają z okazji i jadą „legalnie” kraść i mordować na Ukrainie.
Więzienia, w tym najcięższe, jak osławione Lefortowo, zapełniają się…
pracownikami FSB. Putinowska władza czyści służbę, z której Car się wywodzi.
Oficjalnie osadzeni są podejrzewani o świadome lub
wynikające z niedbalstwa przekazanie władzom rosyjskimi fałszywych informacji o
przygotowaniach Ukrainy do wojny. Nikt nie pamięta, że Putin nie chciał słuchać
prawdy, co wszyscy mogli zobaczyć, kiedy podczas transmitowanego cyrku, zwanego
naradą, na której rzekomo podjęto decyzję o ataku, próbował go mitygować szef
Służby Wywiadu Zagranicznego.
Ale co, jeśli sprawa ma drugie dno?
Przypomnijcie sobie niedawną informację, że V Służba FSB, odpowiedzialna za
„obsługę” krajów posowieckich (swoją drogą, charakterystyczne, że Rosja na te
kierunki przeznacza służbę kontrwywiadowczą, jaką jest FSB, a nie wywiad
zagraniczny, stanowiący osobną strukturę) tuż przed inwazją zaczęła masowo
werbować agenturę na Ukrainie, nie weryfikując zbytnio kandydatów, co
spowodowało, że większość nowo zwerbowanych nie podjęła współpracy. Oczywiste
jest też, że z okazji skorzystały służby ukraińskie.
A co, jeśli Ukraińcy podjęli z Rosjanami grę operacyjną?
Co, jeśli GUR, ukraiński wywiad wojskowy skorzystał z okazji
i podsunął FSB swoich ludzi do zwerbowania? Szybko zorientowali się, że Służba
Bezpieczeństwa Ukrainy, MSW i prokuratura są mocno zinfiltrowane przez Rosjan,
więc wyłączyli kolegów z operacji. Nikt poza kierownictwem GUR o niczym nie
wiedział. A podstawieni agenci przekazywali FSB informacje odpowiednio
spreparowane.
To mogła być świadoma operacja dezinformacyjna służb ukraińskich.
I nie tylko dezinformacyjna. Na podstawie zdobytych
informacji GUR rozbił zasadniczą strukturę prorosyjskiego spisku (w skład którego
wchodzili członkowie kierownictwa służb). Rosjanie naprawdę mogli być pewni, że
im się uda. Nie wiedzieli po prostu, że GUR rozpracował ich zanim doszło do
najazdu.
Ale do moskiewskich łbów nie dotrze, że pogardzane przez nich „Ukry” okazały
się sprytniejsze i bardziej inteligentne. Dlatego robią łapankę wśród swoich,
szukając winnych klęski.
Podobnie było w 1920, kiedy przez kolejne lata szukano winnych katastrofy pod
Warszawą, nie wiedząc, że Polacy czytali sowieckie szyfry. Do moskiewskich łbów
nie docierało, że „Pszeki” ich ograły na polu wywiadowczym.
Oczywiście, nie wyłapano od razu wszystkich zdrajców. To
byłoby niewykonalne. W Kijowie siatkę „koordynatorów” zdjęto „w marcu”
(pytanie, ilu z jej członków współpracowało z ukraińskimi służbami, na przykład
naprowadzając oddział kadyrowców w pułapkę, w której został zniszczony). Ale
skala zdrady mogła być znacznie większa.
To zadaje kłam opowieściom, że Ukraina nie była gotowa na
atak. Była doskonale gotowa, ale do ostatniej chwili nie dawała po sobie
poznać, że jest gotowa. Czemu? Bo gdyby się zdradziła, Rosjanie wstrzymaliby napaść i uderzyli później, znacznie lepiej przygotowani.
Wojnę zaczyna się w
trzech sytuacjach:
- kiedy jest się gotowym,
- kiedy przeciwnik nie jest gotowy,
- kiedy nie ma innego wyjścia.
Ukraina przekonała Moskwę, że jest gotowa do inwazji, że Ukraina nie jest
gotowa do jej odparcia i że czas gra na korzyść Ukrainy, więc albo teraz, albo
wcale.
W taką grę musiały być zaangażowane wszystkie służby ukraińskie od samego
szczytu, samego prezydenta począwszy.
Wobec ciężaru faktów zmienia się zatem narracja na świecie w
sprawie przygotowania Ukrainy do wojny. Odchodzi się od opowieści o jej
nieprzygotowaniu, bo gdyby tak było, to po prostu „specjalna operacja zajęcia
Kijowa w trzy dni” uwieńczona zostałaby sukcesem. Teraz pojawia się wersja, że
wojsko się przygotowało wbrew politykom. Zełeński, Reznikow, Jermak mieli
lekceważyć zagrożenie, a wojsko za ich plecami się przygotowało.
Taką bajkę sprzedał „Washington Post”. Gazeta, słynna z uwalenia najbardziej
antysowieckiego prezydenta przed Reaganem Richarda Nixona i… wystawienia
naszych agentów od operacji wyciągnięcia amerykańskich wywiadowców z Iraku w
1991 roku. Powiązania „WP” są co najmniej dziwne, a ich dziennikarze są dobrze
zorientowani w świecie służb. Zaś CIA jest za wyhamowaniem pomocy dla Ukrainy.
I wisienka na torcie: jakiś tydzień temu na jednym z analitycznych kanałów
Telegrama pojawił się opis nowej strategii medialnej Moskwy. Jednym z elementów
(głównym) było stymulowanie konfliktu w strukturach władzy ukraińskiej poprzez
promowanie głównodowodzącego SZU generała Załużnego przeciw Zełeńskiemu. Pierwszy
ma być bohaterem, drugi, „klaunem”.
Czemu narracja „Washington Post” jest fałszywa? Trzy kluczowe punkty:
- porozumienie Kijów-Warszawa-Londyn zawarto na początku lutego br., na trzy
tygodnie przed napaścią, to na tej podstawie Ukraina dostała chociażby
wyrzutnie rakiet przeciwpancernych Javelin. Takich układów nie zawierają
generałowie, tylko właśnie politycy (w tym przypadku premierzy), a prace nad
dokumentem trwały co najmniej od początku roku. Jeśli w grudniu USA ostrzegały
Zełeńskiego o możliwości inwazji, to on zareagował natychmiast. A czemu w
trakcie telefonicznej rozmowy z Bidenem Zełeński wypowiadał się lekceważąco? Bo
telefony bywają na podsłuchu, a przeciwnika nie wolno uprzedzać, że się wie;
- pierwszy „obserwacyjny” batalion Amerykanów był obecny na Ukrainie przed 24
lutego i od razu włączył się do walki,
- jako przykład porażki przygotowań „Washington Post” podaje rosyjski atak na
lotnisko Hostomel. Tak, ten, w którym skasowano nieodwołalnie pół brygady
specnazu, wciągając ją w zasadzkę (polecam wpis z pierwszych dni, gdzie to
omawiam).
Nie, Hostomel to właśnie przykład znakomicie przygotowanej pułapki, w którą
Rosjanie elegancko wlecieli (dosłownie).
I teraz mamy całość obrazu.
Zgodnie z tradycją, kiedy Rosjanie dostają łomot,
natychmiast gdzieś na świecie umiera komórka mózgowa i pojawia się artykuł, że
Ukraina przegrywa. I oczywiście, tradycji stało się zadość. Ledwie „hodowca
reniferów” Szojgu ogłosił, że Rosjanie spowolnili „ofensywę”, a już w naszej
„Rzeczypospolitej” wypowiada się „ekspert”, że powoli, ale Siły Zbrojne Ukrainy
się cofają.
Panie „ekspercie”, od połowy marca, kiedy obszar zajmowany przez Rosjan był
największy, Ukraińcy odzyskali 450 tysięcy kilometrów kwadratowych. Od połowy
czerwca, kiedy Rosjanie „wznowili” ofensywę, udało się im zająć 450 kilometrów
kwadratowych. Jedną tysięczną tego, co od marca utracili.
Poza tym, co już pisałem, nie terytorium jest tu kluczem, a możliwość jego
utrzymania, a ta po stronie rosyjskiej się kurczy.
W ramach próby ratowania sytuacji Putin podpisał dekret o
powiększeniu stanu armii o 137 tysięcy ludzi.
Brzmi groźnie? To uwzględnijmy, że obecnie armia rosyjska liczy formalnie 1,9
miliona ludzi, a po tym powiększeniu będzie miała nieco powyżej 2 milionów. To
nawet nie 10%.
Za to warto na tę liczbę spojrzeć od innej strony. To mniej więcej tyle, ile
zabitych, rannych, wziętych do niewoli i zaginionych na Ukrainie (zakładając 30
tysięcy zabitych i trzykrotnie więcej rannych mamy już 120 tysięcy –
Brytyjczycy mówią o 80 tysiącach wszystkich strat, ale to są wyliczenia na podstawie
potwierdzonych danych, więc zaniżone).
Rosja nie podaje liczby swoich zabitych, a żeby ją ukryć, nie wypłaca
odszkodowań rodzinom poległych. Poza propagandowymi przekazaniami samochodów
marki Łada. Oficjalnie zatem od lutego z armii rosyjskiej ubyło tylko kilka
tysięcy ludzi, wliczając tych, którzy zakończyli i nie odnowili kontraktu (na
krążowniku „Moskwa” zginąć miało bodaj sześciu marynarzy, co się stało z ponad
setką pozostałych, nikt oficjalnie nie wie).
A zatem na papierze armia rosyjska zwiększy się do ponad 2 milionów. Naprawdę
będzie liczyła nadal niecałe tyle. A ile w rzeczywistości?
Jak jesteśmy przy gazetach, to „Wall Street Journal” podał,
że USA szykuje powołanie amerykańskiej misji wojskowej na Ukrainie z szefem w
randze równorzędnej naszemu generałowi brygady.
Przypomnę, że odwiedzając na początku inwazji amerykańskich żołnierzy w
Rzeszowie prezydent Biden rzucił „Jadę teraz na Ukrainę i wy też wkrótce tam
będziecie”.
Kto wie, może braki kontaktu Bidena są tylko kolejną zasłoną dymną, ukrywającą
całkiem przytomnego i sprawnego intelektualnie polityka?
Wracając do agentury, to pięć tysięcy wiernych Putinarcharu
Moskiewskiego wędruje sobie procesją z Kamieńca Podolskiego do Poczajowa mimo zakazu organizowania imprez masowych i mimo, że żaden z
hierarchów putinosławia moskiewskiego nie autoryzował tej pielgrzymki.
Prowokacja.
 |
Nielegalna pielgrzymka wiernych Putinarchatu Moskiewskiego. |
Jak władze nie wykażą się stanowczością, będzie bulwersacja społeczna. Jak się
wykażą i rozgonią towarzystwo, Moskwa rozkręci imbę o prześladowaniu putinosławnych.
W Energodarze Rosjanie aresztowali dwóch pracowników
elektrowni, zarzucając im patriotyzm. To znaczy współpracę z ukraińską armią. Aresztowani
mieli ukraińskiej armii podać miejsca ukrycia na terenie elektrowni rosyjskiego
sprzętu, którego Rosja tam nie przechowuje.
W wyniku ostrzału elektrowni zapalił się pobliski las, co spowodowało zwarcie
linii przesyłowych, a w efekcie odłączenie prądu dla całego południa Ukrainy.
 |
Dym z płonących lasów nad Energodarem. |
Mieszkańcy mają problem, ale Rosjanie jeszcze większy, bo wiele systemów
bojowych wymaga zasilania elektrycznego. Oczywiście, mają generatory, ale to
ogranicza ich mobilność (paliwa jest tyle samo, więc albo zużyje je generator,
albo silnik). Akumulatory też wymagają ładowania.
Nie pierwszy raz Moskale sami sobie komplikują życie. Jak to ujął znajomy z
Ukrainy, walczący na froncie: „To są idioci, nie żołnierze”.
Zdesperowani mieszkańcy Energodaru nagrali film, który wrzucili do sieci, na
którym mówią, że wszyscy razem są zakładnikami Rosjan i proszą o pomoc.
To może być szczere, a może być podpuchą, żeby SZU podjęły akcję zaczepną w
celu uwolnienia miasta, a w czasie walk „dojdzie do wypadku” w elektrowni.
Przed 5 września elektrownię chce odwiedzić delegacja
Międzynarodowej Agencji Atomistyki MAEA.
Rosjanie chwalą się, że we wczorajszym ataku rakietowym na
pociąg na stacji Czaplino (tak się to chyba powinno spolszczać) zginęło 200
ukraińskich żołnierzy rezerwy (To znaczy co? Niezmobilizowanych cywili?
Żołnierz rezerwy podlega obowiązkowi obrony kraju, ale nie jest w służbie
czynnej).
Tak, najmłodsi z tych „żołnierzy” mieli 6 i 11 lat.
Ale papież będzie jęczał nad trupem trzydziestoletniej propagandystki.
W Mariupolu wybuchł pożar, który sztormowe wiatry roznoszą
po mieście. Pali się coraz większy obszar. Straż pożarna nie działa, a
prorosyjskie władze ograniczają się do wożenia mobilnych ekranów, z
których nadawane są przemówienia Putina.
RuSSkij Mir.
Pod Melitopolem partyzanci wysadzili w powietrze siedzibę
rosyjskich władz, gdzie wydawano rosyjskie paszporty.
Okazuje się też, że
monopol na zarządzanie i działania na okupowanych terenach ma NSDAP…
proputinowska partia „Jedna Rosja”.
W Sewerodoniecku z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy, a w Mariupolu anonimowy
bohater wywiesił ukraińską flagę na fabrycznym kominie.
Po wczorajszych bandyckich „życzeniach” Baćki Traktorzysty,
dziś ich egzegezy dokonał białoruski propagandysta-analityk Awdonin. Wyjaśnił,
że życzenia były skierowane do narodu ukraińskiego i że Białoruś nie może się
wycofać i popiera naród ukraiński w dążeniu do obalenia ustanowionego w 2014
roku reżimu okupacyjnego.
Czyli klasyka bolszewickiej propagandy.
Równocześnie jednak na korytarzach Rady Najwyższej Republiki
Białorusi mówi się o… konieczności zerwania z Rosją, wycofania rosyjskich wojsk
i wyjścia z wojny. Przez pół roku od początku inwazji Białoruś nie zyskała nic,
a straciła nawet tę resztkę pozycji międzynarodowej, jaką jeszcze miała.
Na froncie bez zmian. Jedynie niejasna sytuacja pod
Błahodatnem koło Śniegórówki (Chersońszczyzna). Według jednych informacji SZU
wycofały się z wioski, odgradzając się od Rosjan rowami melioracyjnymi, według
innych nie ma zmian.
Daje się odczuć zmniejszenie aktywności artylerii, którą Moskale próbują zastąpić
atakami lotniczymi spoza zasięgu ukraińskiej obrony przeciwlotniczej.
Mosty koło Chersonia nie nadają się do użytku, a ich stan artyleria ukraińska
regularnie „poprawia”.
Rosjanie budują nową przeprawę mostowo-promową koło Mostu Antonowskiego. Poprzednia
jednocześnie poleciała i popłynęła.
Rosjanie na Aliexpress kupują ukraińskie okładki na
paszport. Takie, żeby zakryć „zmutowanego kurczaka”, bo to wstyd z takim
potworkiem po świecie jeździć.
Największa frakcja w Parlamencie Europejskim poparła zakaz
wydawania Rosjanom wiz turystycznych. Czechy proponują zawieszenie umów o
uproszczonym trybie uzyskiwania wiz.
Rosja na azjatyckich giełdach przecenia swoją ropę o 30%.
Próbuje tak uciec przed forsowanym przez USA górnym pułapem ceny.
FSB odnotowała kolejny sukces. W Obwodzie Kaliningradzkim
(Królewieckim) zatrzymano „terrorystę”, który miał 5 kilo trotylu, symbole
Azowa i książki. Ciekawe, co będzie głównym dowodem w sądzie? Obstawiam, że jak
zawsze książki, bo ich Moskwa boi się bardziej, niż trotylu.
Tymczasem od wielu dni pod Riazaniem w Rosji płoną lasy, a
dym dochodzi do Moskwy. Pożar spowodował wzrost stężeń zanieczyszczeń.
Putin nie widzi problemu. Nie tylko tego problemu nie widzi.
Chiny dewaluują swoją walutę, osiągając najniższy poziom do
dolara w historii. Jaki to ma związek z wojną na Ukrainie? Tylko taki, że po
zamrożeniu jej aktywów zagranicznych z powodu sankcji większość swoich rezerw
Rosja ulokowała w juanie.
Chiński smok uśmiecha się, ale konsekwentnie dusi zmutowanego kurczaka.
Francuski koncern Total Energies wciąż mimo embarga
dostarcza Rosji paliwo lotnicze do samolotów bombardujących Ukrainę.
Świat sklepikarzy, gdzie wszystko ma swoją cenę.
Komentarze
Prześlij komentarz