Dziennik wojny - dzień sto pięćdziesiąty pierwszy
Sytuacja jak w dobrym filmie Hitchcocka. Niby nic się nie dzieje, a napięcie narasta.
Kocioł pod Wysokopolem ostatecznie ma uchyloną pokrywkę, co
w zasiądzie w niczym nie zmienia położenia Moskali. Podstawa tego prawie
kwadratu, jaki zajmują Rosjanie i który z trzech stron jest otoczony przez SZU,
ma około 4,5 kilometra. jest to otwarty teren, na którym nie ma gdzie się
ukryć, ani okopać. Całość obłożona jest ogniem ukraińskim.
Zatem Rosjanie mogą próbować wyrwać się tędy z pułapki, ale szanse mają
niewielkie. W dodatku to jedyna droga, która prowadzi ich do pozycji własnych
wojsk. Każdy inny kierunek, to pogorszenie własnego położenia.
Zatem niby kotła nie ma, ale de facto jest. Garnek z uchyloną pokrywką.
Swoją drogą, jaką frustrację musi rodzić widok otwartego terenu połączony ze
świadomością, że próba pójścia nim to wyrok śmierci.
Równolegle rozwijają się działania mające na celu zrobienie
kotła wokół Archanielskiego.
Ale to pikuś wobec megakotła, który w zasadzie już został zrobiony w całym obwodzie chersońskim. Po Moście Antonowskim i moście drogowym w Darówce ostrzelany został most drogowy przy tamie w Nowej Kachowce. Mistrzowie sztuki artyleryjskiej z Ukrainy uderzyli w nawierzchnię mostu, biegnącego nad tamą i nieco z boku od niej, w najwęższym jej miejscu przy śluzie. W efekcie ani pociski, ani odłamki nie uderzyły w samą tamę. Nastąpiło przebicie przęsła mostu, ale nie została naruszona struktura tamy.
![]() |
Miejsce trafienia mostu przy tamie w Nowej Kachowce. |
Do tego lotniska w Melitopolu nadal nie udało się Rosjanom doprowadzić do stanu używalności po ostatnich atakach ukraińskich.
Wieczorem SZU powtórzyły uderzenia w mosty w Darówce i Nowej
Kachowce. Efekt tych działań jest taki, że jeśli do tej pory zgrupowanie
chersońskie Moskali nie mogło liczyć na duże wsparcie, ale jakieś tam
uzupełnienia dostawało, to teraz jest odcięte od wszelkiego zaopatrzenia.
Chyba, że na rowerach.
Znaczit tak, moskowskije rebjata, wam nado ubieżat’. Dopóki macie którędy.
Całość tych działań wpływa przede wszystkim na psychikę i
morale Rosjan, jest klasycznym grillowaniem. Podobna metoda, którą wtedy
nazwałem naciskiem statycznym, została przez SZU zastosowana już w pierwszej
fazie wojny. Teraz doprowadzili ją do perfekcji. Rosjanie wiedzą, że są na
przegranej pozycji i że w zasadzie nie mają żadnych szans, bo jak nie szturmem,
to zostaną wzięci głodem i brakiem amunicji. Ale ciągle mają otwartą drogę
odwrotu (*nie dotyczy Wyskopola), tyle że bez sprzętu, pieszkom. Ale muszą się
spieszyć, żeby nie skończyło się, jak w Wysokopolu. Bo SZU nie musi docierać do
brzegu Dniepru, żeby odciąć bojców od przepraw. Wystarczy, że będzie je
ostrzeliwać.
Ja na to reagują Rosjanie? Ano panicznie próbują łatać
mosty, choć zalanie dziur asfaltem nie jest rozwiązaniem. Postawili przeprawę
pontonową, łatającą lukę po Moście Antonowskim, tyle, że jej przepustowość jest
znacznie niższa, a podatność na uderzenia większa. Do tego rosyjska bezpieka
FSB lata po Chersońszczyźnie i Zaporożu oraz szuka partyzantów oraz operatorów
ukraińskich sił specjalnych, którzy naprowadzili rakiety i pociski na cele lub
podłożyli ładunki wybuchowe. Efekt żaden, bo jak pisałem jeszcze w lutym,
Ukrainy nie da się podbić. Można zająć teren, ale nigdy nie da się stłamsić ludzi.
A najlepszy jest komentarz ameryskańskiego Institute for the
Study of War: „ukraińscy żołnierze prawdopodobnie zaczęli ofensywę na Chersoń,
ale nie możemy tego stwierdzić na pewno”. Najlepsze, że Rosjanie też nie i ta
niepewność dodatkowo niszczy ich psychicznie.
Pozostałe odcinki bez zmian. Moskale wciąż próbują wyrzucić
Ukraińców za rzekę Inhulec koło Chersonia, co wobec postępów SZU na kierunku
północnym i na zachód od Chersonia kompletnie nie ma sensu. Przyczółek, od
którego zaczęło się uderzenie ukraińskie stracił swoje znaczenie w momencie
posypania się frontu na północy i południu. Ukraińcy mogą spokojnie go porzucić
i wycofać się za rzekę i nic strategicznie się nie zmieni. Siedzą tu, bo Moskale,
jak zapętlona sztuczna inteligencja w starych grach strategicznych atakują kierunek
pozbawiony znaczenia i co angażuje rosyjskie oddziały, które przydałyby się
gdzie indziej. Ukraińcy perfekcyjnie wykorzystują to, że mają więcej żołnierzy,
choć mniejszą siłę ognia (głównie w artylerii).
To naprawdę będzie analizowane w akademiach wojskowych, jak marnować czas, siły
i środki na działania, które nie mają żadnego sensu.
Jeszcze trzymając się rejonu Chersonia, HIMARSy rozbiły rosyjską
baterię wyrzutni rakiet S-300. Zysk podwójny. Bateria ta ostrzeliwała
Mikołajów, zatem przynajmniej stąd nic już na miasto nie spadnie. Po drugie
S-300 to zasadniczo rakiety przeciwlotnicze. Zniszczenie baterii osłabia
rosyjską obronę p.lot. w tym rejonie, co pozwala aktywniej działać lotnictwu
ukraińskiemu i zwiększa skuteczność ukraińskich rakiet.
Mieszkańcy Studenoka i Jaremówki (ciekawe, czy od TEGO
Jaremy?) na południe od Izjum zgłosili na Telegramie, że stacjonujący u nich
Rosjanie zrabowali, co mieli w zasięgu wzroku, zapakowali na ciężarówki i
wyjechali, nie czekając na rotację. Być może zmiennicy wkrótce potem dojechali,
ale pachnie to zbiorową dezercją. Oby więcej takich przypadków.
Poprzedniej nocy Donieck został ostrzelany pociskami
termitowymi. Identycznymi, jak te, których używają Rosjanie, co było
wielokrotnie udokumentowane. Ponieważ jednak nie słychać rosyjskich oskarżeń,
że ostrzału dokonali Ukraińcy, można domniemywać, że to kolejny przypadek
użycia amunicji przeterminowanej. Fajerwerki miały spaść na Ukrainę, ale nad
Donieckiem pocisk się rozmyślił. Według świadków salwę oddano z przedmieść
miasta.
Ukraińcy na Telegramie szydzą z tego wydarzenia dodając do zdjęć opadającego
płonącego termitu logo Disneya.
Za to na pewno dziełem HIMARSów jest zniszczenie rosyjskiej
bazy w Kranym Łuczu koło Ługańska.
Przy okazji HIMARSów, to Ukraińcy zastosowali nowatorską
metodę ich wykorzystania. Pociski transportowane są nie z wyrzutniami, tylko
zawczasu składowane w małych ilościach, na jedną salwę, w wytypowanych zawczasu
miejscach. Wyrzutnia podjeżdża, ładuje rakiety, odpala i ekspresowo udaje się
do następnego stanowiska.
Efekt jest taki, że Rosjanie nawet jeśli poznają rozmieszczenie tych punktów
(które przecież nie jest stałe), nie są w stanie zniszczyć całej amunicji
jednym uderzeniem i nie wiedzą, kiedy i z którego stanowiska zostanie odpalona
salwa. A na obserwację wszystkich nie mają środków. Z perspektywy ukraińskiej –
logiczny system, z perspektywy rosyjskiej – nieprzewidywalny chaos.
Rosjanie ostatecznie przyznali się oficjalnie do
zbombardowania terminala zbożowego w Odessie, tłumacząc to pokrętnie, że strzelali
w ukraiński okręt rakiety Neptun. Oczywiście, nikt tym tłumaczeniom nie daje
wiary.
Chodzi o to, że Rosja z jednej strony nie chce dopuścić, żeby Ukraina zarabiała
na zbożu, z drugiej chce utrzymać wysokie ceny, że sama zarobiła. Turcja już
zapowiedziała, że od Rosji i Ukrainy zboże kupować będzie poniżej ceny
rynkowej. Dla Ukrainy to i tak zysk, dla Rosji strata.
Zamieszanie z tym atakiem – zaprzeczenia i przyznania się –
są interpretowane jako przejaw walki w Rosji frakcji, która chce wyjść z
aktywnej fazy wojny poprzez zawieranie kolejnych porozumień, a przez to zyskać
czas na ogarnięcie się przed następnym atakiem (Szojgu) z frakcją, która chce
intensyfikacji walki i wymuszeniu na Ukrainie ustępstw (Ławrow). Porozumienie
miała podpisać pierwsza, a zerwała je druga.
Ale to by znaczyło, że Szojgu nie kontroluje podległej sobie armii i byle
kapitan okrętu podwodnego może mu zepsuć plany.
Osobiście w tę interpretację nie wierzę. Przyznali się do ataku na zasadzie „nie
mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”
Ukraina negocjuje z wierzycielami przełożenie zobowiązań na
przyszły rok. Z tego powodu agencja Finch zaklasyfikowała ją jako „na progu
bankructwa”.
Ale w Rosji nie jest wiele lepiej. Raz, że już jest technicznie niewypłacalna,
a dwa, że wciąż wstrząsają nią dziwne kataklizmy. Pożary już były. Teraz
południe Rosji zżera szarańcza (zauważę, że wypuszczenie szarańczy na terenie
wroga nie jest niczym trudnym, ani… nowym), a ćmy – lasy w Uljanowsku. Ostatnio
w Nowoworoneżu, 200 kilometrów od granicy z Ukrainą, awarii uległy prawie wszystkie
bloki tutejszej elektrowni jądrowej. Najnowszej (ostatnie dwa bloki oddane w
2017 i 2019 roku) i jednej z największych w Rosji. Elektrownia zapewnia 85%
mocy potrzebnej Woroneżowi i okolicom, a pracuje w niej tylko jeden blok. Ma to
oczywiście wpływ na pracę systemów wojskowych w tym rejonie.
Kongres nowej Białorusi, który jest szykowany w sierpniu,
okazuje się porażką nim się zaczął. Nie dość, że przygotowania do niego już są
skażone konfliktem polityków z żołnierzami, a bez obu pułków Kongres będzie
klubem dyskusyjnym, to udziału w nim zaczynają odmawiać poszczególni liderzy
opozycji. Zarzuty są dyskusyjne i nie one tu są ważne. Po prostu bezpieka Łukaszenki
i Putina starymi metodami rozbija opozycję tak, jak to robiła wcześniej w
Polsce. A białoruska opozycja daje się rozbijać.
Komentarze
Prześlij komentarz