Dziennik wojny - Kto uzbraja narkotykowe kartele w Ameryce Łacińskiej? - dni od dziesiątego do trzydziestego piątego piątego roku (1471-1496)

 


Historia chyba nieco przyspiesza i zaczyna się robić "ciekawie" w naszym najbliższym sąsiedztwie, a konkretnie w Estonii, zaledwie 600 kilometrów od polskiej granicy. 


W estońskim mieście Narwa pojawiły się...

No właśnie pojawiły się nie w mieście, tylko w internecie,  ale dotyczące Narwy materiały promujące utworzenie Narwańskiej Republiki Ludowej. Dokładnie takiej samej, jakimi wcześniej były Donbabwe i Ługanda. 
Tyle, że tym razem działania (na razie) nie mają wymiaru kinetycznego, a ograniczają się do kreowania rzeczywistości w internecie. 




Estońskie służby uspokajają, że to tylko operacja informacyjna i prowokacja, ale...

Stara czekistowska zasada mówi, że
zawsze zostaje osad.
Nie ma znaczenia, ilu ludzi dziś zareaguje pozytywnie na separatystyczną propagandę. Ważne, że w ogóle taka narracja się pojawiła.  I ważne, że idzie do umysłów ludzi najwięcej siedzących w internecie i mających najniższy poziom myślenia krytycznego, czyli do młodzieży. Ta młodzież zaczyna nasiąkać ideami separatystycznymi.
Jeśli teraz w regonie Narwy, gdzie ponad osiemdziesiąt procent to etniczni Rosjanie, dojdzie do incydentu z kontekstem narodowościowym (na przykład Rosjanin i Estończyk pobiją się o dziewczynę), propaganda separatystyczna może (nie musi) zacząć trafiać na podatny grunt. 


Młodzi Rosjanie w Estonii czują się obywatelami Estonii, ale ten trend łatwo można odwrócić poprzez mechanizm "zawiedzionej miłości", czyli pokazując im, że Estonia traktuje ich jako obywateli drugiej kategorii (dowolny incydent z kontekstem narodowościowym, czy choćby przegranie w rywalizacji o pracę z Estończykiem). Sprawy nie ułatwia fakt, że choć większość młodych (stanowiących target tej operacji) deklaruje identyfikację z państwem estońskim, to nie identyfikują się z estońskim narodem. Określają się w najlepszym razie jako Narwianie, a stąd już blisko do pomysłów separatystycznych. Co gorsza, większość nadal uważa się za estońskich Rosjan. 
Grunt bardzo podatny na odpowiednio prowadzoną propagandę.

Narwa ma zaś kluczowe znaczenie strategiczne. Położona na północ od Zalewu Narwiańskiego pomiędzy Zalewem a Bałtykiem rygluje najkrótszą drogę między Petersburgiem a Tallinem. Opanowanie tego miasta czyni obronę na linii rzeki Narwa bezcelową i zmusza obrońców do cofnięcia się na drogę E-264, która z północy na południe przecina przesmyk. Droga jednak to nie jest to samo, co rzeka, jeśli chodzi o walory obronne. 

Opanowując północną Estonię (przynajmniej) Rosja zabezpiecza sobie wyjście na Bałtyk (w razie blokady) i odsuwa siły NATO od Petersburga i portu w Usti-Ługu. 

Oczywiście, jeśli ma dojść do faktycznego proklamowania Narwańskiej Republiki Ludowej, to proces kreowania odpowiedniej mentalności musi potrwać nieco dłużej, niż miesiąc. Szczególnie, że obecne działania nie wyszły poza internet. 
Ale zatrute ziarno już zostało zasiane...

No chyba, że chodzi wyłącznie o kreację, w której za jakiś czas dowiemy się o rzekomych represjach władz estońskich względem Narwian, co da "uzasadnienie" do rosyjskiej interwencji. Całość tej kreacji może nie wyjść poza media, bo ważna będzie nie rzeczywistość, a wykreowana medialnie narracja. 

Zobaczymy, jak to się rozwinie, niemniej sytuacja wokół państw bałtyckich weszła na kolejny poziom po "omyłkowej" wizycie Rosjan w południowej części tego kraju i po publicznym, na najwyższym szczeblu kwestionowaniu państwowości państw bałtyckich (przedmowę do takiej książki napisał sam Ławrow). 

Jednak bez względu na intencje samych Rosjan nie lekceważyłbym opcji wymknięcia się tematu spod kontroli.
W środę Ukraińcy przeprowadzili atak dronami na rosyjski port w Ust Łudze. Na mapie powyżej widać go w bezpośrednim sąsiedztwie Narwy. 


Według analityków Rosja utraciła obecnie czterdzieści procent swoich możliwości eksportowych ropy, przy czym uderzenie w Ust Ługę było tu kluczowe.

Po wyłączeniu rurociągu "Przyjaźń" oraz portów w Noworosyjsku, Przymorsku i Ust Łudze Rosja nie ma jak eksportować ropy na Zachód inaczej, niż przez Pacyfik. A to radykalnie podraża i tak już wysokie koszty transportu (podbite przez to, że Iran zablokował Cieśninę Ormuz). 

W mediach rosyjskich pojawiły się od razu dwie uzupełniające się i niesprzeczne narracje. Obie opierają się na bajce, że przecież rosyjska obrona przeciwlotnicza jest tak silna, że drony nie mogły przelecieć nad terytorium Rosji dystansu dziewięciuset kilometrów (oczywiście, że mogły, rosyjska OPL chroni głównie Moskwę). 

Pierwsza opowiada zatem, że ukraińskie drony przeleciały nad Polską i państwami bałtyckimi, żeby ominąć rosyjską OPL. To, że na granicy z Białorusią żadnych instalacji przeciwlotniczych nie ma, bo to Białoruś daje osłonę Rosji, nie ma tu znaczenia.


Druga narracja twierdzi wprost, że był to atak NATO. 
Obie narracje wykorzystują fakt, że dwa drony "urwały się" i przypadkowo uderzyły w elektrownię Auvere koło Narwy. Trafiły w komin, więc były wysoko i nie na kursie bojowym. Uszkodzenia są niewielkie, więc prawdopodobnie głowice nie były jeszcze uzbrojone. Trzeci dron spadł na Łotwie. 

Ukraińcy przeprosili. Estończycy podkreślili, że drony wleciały od strony Rosji (pierwotnie nawet podejrzewano, że to pociski rosyjskie).
Niemniej w mediach rosyjskich podbijana jest narracja, znana też i u nas, że SZU zaatakowały Estonię i że Estonia jako państwo NATO jest zagrożeniem dla Rosji. 
Idealna retoryka do uzasadnienia "operacji specjalnej". W zasadzie nawet faktycznego prorosyjskiego ruchu koło Narwy nie trzeba, Wystarczy nawijanie makaronu na uszy.  

Co prawda minister spraw zagranicznych Łotwy Baiba Braže odrzuca ukraińskie ostrzeżenia o przygotowywaniu przez Rosję okupacji państw bałtyckich w 2027 roku lub nawet wcześniej, ale większość polityków regionu oraz służby, w tym estońskie są mniej optymistyczne. 


Ja już parę razy pisałem, czemu to jest bardzo możliwy scenariusz. 

Do tego pewien dość istotny kontekst.

Podczas 35 Zjazdu Rosyjskiego Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców, czyli konwentyklu oligarchów powiązanych z Kremlem, jeden z Putinów w optymistycznym i radosnym tonie zapowiedział, że będzie tylko gorzej.
Wyglądało to mniej więcej tak:


A serio, to generalnie jest super, ale nie liczcie, że wzrost cen ropy jest stały i na razie zapomnijcie od dywidendach. 
Mamy nową rzeczywistość, której cechą jest ekonomiczna i polityczna niestabilność. Czytajcie: w zasadzie jest taka kaszana, że wszystko się może zdarzyć i niczego nie można planować. 
Rosja idzie w kierunku suwerenności gospodarczej, co oznacza pogłębiającą się autarkię.


Czyli
- Szanowni koledzy, zapomnijcie o powrocie do bussiness as usual, jeśli ktoś z was roi o dogadaniu się z Zachodem, to lepiej, żeby jak najszybciej porzucił złudzenia. 
W zamkniętej części spotkania było ponoć jeszcze gorzej. Jeden z Putinów miał zadeklarować kontynuowanie wojny "aż do granic Donbasu", co odczytywać należy raczej symbolicznie, bo Zaporoże w Donbasie nie jest. 
Poza tym jeden z Putinów miał zażądać od oligarchów ściepy na cele wojny. Jeden z oligarchów - ponoć Sulejman Kerimow - zadeklarował od razu sto miliardów rubli (niecałe półtora miliarda dolarów). 
Według Kremla jeden z Putinów niczego się nie domagał. Kerimow sam z własnej woli zadeklarował datek, a awatar Cara łaskawie go przyjął. 

Kerimow to ciekawa postać. Właściciel głównej rosyjskiej kopalni złota, skonfliktowany z Kadyrowem. Co prawda na początku bieżącego roku obaj mieli w gabinecie Putina podać sobie prawice, ale...
Na Wschodzie takie gesty w istocie niewiele znaczą, a zemsta nawet odłożona musi się dopełnić... 

Zostawiając na boku sprawy europejskie, zerknijmy za ocean.

Wenezuela jest w trakcie "rewolucji bez rewolucji". Formalnie rządzi poprzednia ekipa, ale bez Maduro. W praktyce kraj jest amerykańskim protektoratem (co mu wcale na złe nie wychodzi). Kontrakty dotyczące ropy zawarte z Rosją i Chinami zostały zerwane. Sprzedaż surowca kontrolują USA, jak również wykorzystanie funduszy z jej sprzedaży. Rząd Delcy Rodriguez musi co miesiąc zatwierdzać w Waszyngtonie plan wydatków, a Amerykanie decydują, na co kasa pójdzie. Głównie na podstawowe usługi (policja, ochrona zdrowia, stabilizacja gospodarki, pensje w sektorze publicznym). Konta, przez które przechodzą pieniądze, są zablokowane i niedostępne dla wierzycieli, którzy mogliby się domagać od rządu Wenezueli odszkodowań na przykład za znacjonalizowane mienie. Prawie całość zysków ze sprzedaży ropy trafia zatem z powrotem do Wenezuelczyków, ale nie jest przechwytywana przez oligarchię. Celem jest stabilizacja państwa i odbudowa gospodarki tak, żeby kraj mógł dalej działać samodzielnie. 
W zamian za zwolnienie więźniów politycznych USA zdjęły z Wenezueli część sankcji.

Drugi obszar działań USA to ustawianie Meksyku. Co prawda prezydent Meksyku Claudia Sheinbaum stara się zachowywać pozory niezależności, ale i tak realizuje strategię Stanów. Pod koniec lutego, żeby pokazać, że sama ogarnia swoje problemy i nie potrzebuje kurateli Waszyngtonu kazała swoim służbom przeprowadzić operację wymierzoną w najważniejszy z meksykańskich karteli CJNG, czyli Cártel Jalisco Nueva Generación, a po polsku Kartel Nowej Generacji z Jalisco.

22 lutego meksykańskie siły specjalne, korzystające z amerykańskich danych wywiadowczych przeprowadziły rajd na główną bazę kartelu, likwidując jego szefa Nemesio Oseguera Cervantesa, znanego jako „El Mencho” (ciężko ranny zmarł lub został zmarły w śmigłowcu w drodze do szpitala - istniała obawa, ze w szpitalu dobiorą się do niego służby, które wyciągną z niego newralgiczne informacje o kartelu). 
Reakcją kartelu była seria ataków na posterunki i obiekty służb porządkowych Meksyku. Nie pierwsza i pewnie nie ostatnia, ale...

Problem w tym, że bojówki CJNG są umundurowane, uzbrojone i wyposażone jak regularna armia

To nie są zwykli gangsterzy z filmów z cyklu "Desperado". To prywatna armia kartelu!


I stosuje najnowsze metody walki - tu przeciw konkurencyjnemu kartelowi, który został zbombardowany przy pomocy drona. Film z minionego wtorku!


Skąd pospolici bandyci mają takie zabawki? 
Tu zaczyna być jeszcze ciekawiej. 

Obywatel Bułgarii Peter Dimitrow Mirczew, działający od dwudziestu pięciu lat handlarz bronią, przy pomocy zarejestrowanej w Bułgarii i na Gibraltarze firmy KAS Engineering kupował broń na rynku europejskim i reeksportował ją do Meksyku. Można było u niego kupić w zasadzie wszystko. Główne arsenały, z których korzystał znajdowały się w Bułgarii i na Ukrainie. 


Ale nie cieszcie się onuce. Ukraińskie źródło skończyło się dla niego razem z Pomarańczową Rewolucją w 2004 roku i obaleniem prorosyjskiego prezydenta Kuczmy. Nic nie wiadomo, by kupował bezpośrednio na Ukrainie w następnych latach. Od wczesnych lat dwutysięcznych głównym źródłem jego towaru była Bułgaria. I tak było aż do jego aresztowania przez hiszpańską Guardia Civil w kwietniu zeszłego roku. 

A teraz czas na niuans, na który czekacie. 
Mirczew ściśle współpracował z rosyjskim "handlarzem śmiercią" Wiktorem Boutem, aresztowanym i skazanym w 2012 roku za handel bronią i dostarczanie jej terrorystom (między innymi działającej w Kolumbii FARC, z którą współpracował Maduro - teraz jasne, czemu wśród zagranicznych ochotników na Ukrainie jest wielu Kolumbijczyków?). W 2022 został wymieniony za amerykańską koszykarkę, którą przetrzymywali Moskale w więzieniu pod zarzutem szpiegostwa. Bout po powrocie do Rosji został członkiem partii Żyrynowskiego, deputowanym do lokalnych władz i... wrócił do biznesu. Między innymi dostarcza broń Houti w Jemenie. 

Do aresztowania Bouta Mirczew był jego wspólnikiem. Bout zapewniał logistykę i transport, a Mirczew miał dostęp do towaru. 
A nad wszystkim czuwały rosyjskie służby kontrolowane przez Kreml. 

Narkotykowe kartele w Ameryce Łacińskiej to też element rosyjskich działań hybrydowych. Ne zdziwię się, jeśli w CJNG zostaną ujawnieni rosyjscy weterani z Ukrainy, czy wagnerowcy. 

A skąd na to wszystko pieniądze?


W grudniu ubiegłego roku były agent amerykańskiej służby antynarkotykowej DEA - w finale kariery szef pionu zajmującego się tropieniem operacji finansowych i prania pieniędzy - Paul Campo został oskarżony o udział w spisku mającym na celu wypranie dochodów... CJNG!

Campo z DEA odszedł na początku pierwszej kadencji Donalda Trumpa i założył firmę konsultingową w zakresie finansów i... przeciwdziałania praniu pieniędzy. 
Nie wiadomo dokładnie, jakie prowadził operacje, ale zwrócił na siebie uwagę byłych kolegów, którzy udając emisariuszy CJNG zaproponowali mu udział w legalizacji funduszy kartelu (gotówka została ulokowana w krypowalutach, które zasiliły konto DEA) oraz udział w transakcji narkotykowej. Campo łyknął przynętę i chętnie wszedł w biznes. Całość operacji finansowej została przeprowadzona na kontach rządu federalnego USA.

Reakcją CJNG na odpalenie im szefa oraz wydanie Amerykanom setki znaczących ludzi kartelu była seria ataków przeciw strukturom siłowym Meksyku. 






Wojna z kartelami trwa i jeszcze potrwa. Zaniedbania i lekceważenie problemów przez kilkadziesiąt lat doprowadziły do tego, że banda rzezimieszków stała się silniejsza, niż struktury państwowe. Ale tylko dlatego, że wspierana była i jest przez struktury państwowa wrogiego. 

Trzeci obszar działań USA w Latynoameryce to Kuba. 

No tu już jest grubo. 
Komunistyczna gospodarka doprowadziła kraj (jak zawsze) do zapaści. Poluzowanie po 1989 ze strony USA niewiele zmieniło poza tym, że kubańska oligarchia dalej się bogaciła kosztem społeczeństwa. Sytuację ratował kolonialny rabunek Wenezueli. Odcięcie tego źródła po interwencji USA i zawinięciu Nicolasa Maduro, a potem wycofaniu się Meksyku pod presją Amerykanów pogłębiło już i tak rozwijający się kryzys. Sytuację próbuje ratować Rosja, która widzi tu okazję do upłynnienia części swoich zasobów. Jednak ciężko tu mówić o jakiejkolwiek systemowości i regularności, szczególnie wobec amerykańskiej blokady Kuby i przechwytywania tankowców. Dostawy, ale wyłącznie produktów wysokoprzetworzonych (benzyna, olej napędowy) i tylko dla prywatnego biznesu zaczęły też Stany. 

To powoduje, że ludzie mają dość, a protesty nasilają się. Poza dotychczasowym waleniem w garnki i paleniem śmieci...


W miejscowości Moron doszło do otwartego ataku na siedzibę partii komunistycznej i podpalenia jej budynków. 


Hawana próbuje wyjść z kryzysu i w tym celu zaczęła rozmowy z Waszyngtonem. Amerykanie zażądali wymiany ludzi na szczytach władzy, a szczególnie ustąpienia prezydenta i genseka kompartii w jednej osobie Miguela Diaz-Canela. Delegacja kubańska odrzekła, że mogą rozmawiać o wszystkim z wyjątkiem spraw ustrojowych i na tym się skończyło. 
Ale w ramach gestu dobrej woli władze Kuby wypuściły pięćdziesięciu jeden więźniów, głównie politycznych. 

Iran zasługuje na szerszy i większy opis, szczególnie, że sytuacja w regionie się zaognia. Jak nie chcecie czekać (bo faktycznie prygotowywanie córki do ostatnich egzaminów w edukacji domowej zabiera mi sporo czasu), to macie tu dobrą analizę Foxa.
Warto odnotować dwa wydarzenia.
Pierwsze to oficjalne wejście do wojny irańskiej agentury w Jemenie, czyli Houti. 


I od razu w dwóch falach przydzwonili w Izrael. "Żelazna Kopuła" przechwyciła DWA drony!



Rodzi to pewne problemy dla Saudów.


Zarządzona przez IRGC blokada cieśniny Ormuz da się częściowo ominąć dzięki istnieniu dwóch rurociągów: Abu Dhabi i East-West (czerwona linia). Abu Dhabi jest w zasięgu ataków irańskich, więc raczej odpada. East-West daje jednak sporo możliwości. 

Rurociąg ten Saudowie zbudowali w latach osiemdziesiątych, w czasie wojny irańsko-irackiej. Pozwala on eksportować ropę w dwóch kierunkach, ale zapewnia tylko do jednej trzeciej tego poziomu przesyłu, jaki daje droga morska przez cieśninę Ormuz

Na mapie ruchu statków widać tankowce kierowane do portu Yanbu, gdzie kończy się rurociąg East-West

Jeśli Houti zablokują cieśninę Bab al-Mandeb, dającą wyjście na Zatokę Adeńską, albo co gorsza uderzą w rurociągi, Arabia Saudyjska zacznie mieć problemy ekonomiczne. 

Co prawda Saudowie przytomnie wysłali (i nadal wysyłają) swoją ropę do zagranicznych magazynów, w tym do Polski...



Jednak to jest rozwiązanie na początkową fazę działań, a nie na dłuższy czas. 

Arabia Saudyjska, jeśli chce zapewnić sobie stabilną sytuację musi ostatecznie zniszczyć Houti. 

Natomiast USA muszą spacyfikować Somalię, z której piraci i ugrupowania islamistyczne (ISIS) atakują jednostki pływające po Zatoce Adeńskiej. 

Koniec końców odblokowanie cieśniny Ormuz i tak będzie konieczne. 

A tak wygląda Cieśnina Ormuz w czasie rzeczywistym 

W tej chwili przepływają przez nią tylko statki Iranu, Chin, Rosji i... Hiszpanii, której rząd otwarcie wystąpił przeciw USA, między innymi zamykając przestrzeń powietrzną dla związanych z wojną lotów samolotów amerykańskich oraz odmówił flocie USA prawa do korzystania ze swoich portów. 
Tyle, że ta polityka nie ma poparcia całego hiszpańskiego społeczeństwa, a biorąc pod uwagę spadek popularności rządzących tym krajem komunistów (dla niepoznaki nazywanych socjalistami) wkrótce może ulec zmianie. 
Hiszpania to generalnie bardzo specyficzny kraj, który od połowy XVII wieku znajduje się w stanie permanentnego konfliktu społecznego. 

Wracając jednak do Bliskiego Wschodu. 
Problem cieśniny Ormuz domaga się jednak jakiegoś rozwiązania i w Waszyngtonie o tym wiedzą. Zasypywani jesteśmy różnymi komunikatami, z których większość to szum informacyjny. Ważne są dwie wypowiedzi, które są ewidentnym określeniem BATNA i WATNA (przypominam, że to pojęcia ze strategii negocjacyjnych, oznaczające the Best Alternative of the Non-Agreement i the Worst Alternative of the Non-Agreement). 

BATNA to dzisiejsza wypowiedź sekretarza skarbu USA Scotta Bessenta o tym, że USA będą przejmować kontrolę nad cieśniną.


Przy czym nie jest wykluczone, że ta kontrola będzie sprawowana wspólnie z nowymi władzami Iranu. 

W podobnym duchu wypowiada się Marc Rubio.


WATNA to deklaracja prezydenta Trumpa, że w razie braku porozumienia irańskie elektrownie, instalacje naftowe, Wyspa Charg i być może wszelkie instalacje odsalania wody zostaną zrównane z ziemią. 


Kwestię, czy USA są w stanie realnie przejąć kontrolę nad cieśniną i jaka będzie reakcja samych Irańczyków, kiedy zostaną wepchnięci w kryzys humanitarny, zostawiam otwartą.

Druga istotna informacja pochodzi z samego Iranu. 


Mehdi Moradi to jeden z liderów irańskiej opozycji. Co on nam w tym wpisie mówi?
  1. opozycja czynnie atakuje irańskie obiekty rządowe i przedstawicieli establiszmentu (czyli dzieje się jakaś forma powstania zbrojnego - osobna sprawa, czy duża, czy mała),
  2. do Iranu z Iraku wtargnęły jakieś bojówki, z którymi należy podjąć walkę "zanim się rozpełzną".
Wtargnięcie jest faktem

Ten film i podobne chodzą na irańskich kontach w socjalach od soboty

Konwój to pojazdy Hashd al-Shaabi (Sił Mobilizacji Ludowej) - oficjalnie wchodzącej w skład armii irackiej, ale podlegającej IRGC struktury paramilitarnej, oskarżanej już wcześniej o udział w tłumieniu protestów w Iranie, choć nigdy nie występowali w tej roli oficjalnie.

I to ma dwie dość istotne konsekwencje:
  1. wynika z tego, że siły prorządowe w Iranie mogły osłabnąć na tyle, że musiały sięgnąć do rezerw zagranicznych,
  2. kontekst wojny w Iranie zupełnie się zmienia, bo fizyczną inwazję na kraj przeprowadzają siły arabskiego sąsiada, a nie USA i Izraela. 
O ile to pierwsze pozostaje w sferze domysłów, to druga kwestia rodzi mnóstwo dalszych skutków. Choć faktem jest skierowanie SML do Abadanu, czyli miasta, w którym miało w styczniu dojść do otwartego wypędzenia przedstawicieli reżimu, a następnie ostrych starć demonstrantów z siłami porządkowymi. 


Trzeba pamiętać, że w Iranie postępuje proces gwałtownej sekularyzacji spowodowanej opresyjnym systemem teokratycznym. Szacuje się, że obecnie islam wyznaje nie więcej, niż trzydzieści procent Irańczyków. Obserwowany jest wzrost atrakcyjności chrześcijaństwa (w ciągu zaledwie sześciu lat skok z około pół miliona do trzech milionów - jedna z najszybciej rosnących społeczności) i powrót do zoroastryzmu (ale głównie w sferze odwołań symbolicznych, niż realnych praktyk). Największy wzrost odnotowały agnostycyzm i ateizm, co nie powinno dziwić. Teokracja jest najgorszym, co można zrobić Bogu. 
Do tego Irańczycy są bardzo wrażliwi na punkcie swojej suwerenności narodowej. W ramach walki z reżimem rozpowszechniane są fałszywe informacje jakoby elita mułłów wywodziła się z arabskiej sekty. To pozwala przedstawiać reżim jako okupantów, a walkę z nim jako opór przeciw obcej dominacji. 
Właśnie dlatego akcja zaczepna Kurdów, o której pisałem poprzednio, została odwołana, a oficjalne źródła kurdyjskie zaprzeczyły, by miała miejsce. Chodziło o to, żeby reżim nie mógł się odwołać do patriotyzmu. 
Jeśli teraz wjeżdża szyicka bojówka arabska z sąsiedniego państwa, to nawet zwykły żołnierz regularnej armii może mieć motywację do otwartej walki przeciw agresorowi. 

Dodajmy do tego, że SML mają też oddziały złożone z chrześcijan (dwa) i jazydów (jeden) i że są zaprawione w bojach z ISIS i mamy znów całkiem ciekawą mozaikę, przy której europejskie proste analizy wysiadają. 

Przechodzimy do frontu ukraińskiego. 
Tu mimo tryumfalnych komunikatów ukraińskiego dowództwa, sytuacja nie jest różowa. 
Tak, jak pisałem poprzednio, po przesunięciu na północ od Hulajpola szarej strefy w głąb pozycji rosyjskich, potencjał ukraiński wyczerpał się, a Moskale zaczęli kontrakcję bezpośrednio na Hulajpole. Osłabienie ukraińskiej obrony na tym odcinku w celu wzmocnienia kierunku północnego w rejonie Dobropole-Ternowe dało efekt dziurawej balii. Po prostu rosyjski atak na Hulajpole wszedł, jak w masło. 


Co nie znaczy, że oparcie obrony na rzece Hajczul i okolicznych przeszkodach terenowych straciło sens. 
Przeciwnie. Ukraińskie przeciwuderzenie odepchnęło Moskali od rzeki, którą już w północnej części odcinka przekroczyli (koło Ternowatego) (Ukraińcy mówią o odzyskaniu pasa szerokości siedemdziesięciu kilometrów, ale w praktyce to po prostu poszerzenie szarej strefy). Obecnie strefa śmierci jest po rosyjskiej stronie rzeki (nie licząc małego odcinka koło Hulajpola, ale tu pozycje ukraińskie są osłonięte innymi akwenami i ciekami wodnymi oraz wzgórzami. 


Znacznie poważniejsza sytuacja jest w rejonie Pokrowska i Słowiańska. 

Po kolei. 
Moskale rozwijają działania zaczepne na północ od osi Pokrowsk-Myrnohrad, korzystając z tego, że Ukraińcy nie mają tu za wielu punktów, na których można oprzeć obronę. 


Szczególnie ciekawy jest kierunek ze wsi Hryszynne idący korytem rzeki Hryszynka. 

Kontynuując działania na tym kierunku Moskale mogą dojść do granicy Obwodu Donieckiego, gdzie koło Limana (innego Limana) Hryszynka wpada do rzeki Byk, następnie skręcić na północny wschód i korytem Byka zawrócić w stronę Dobropola i Nowego Szachowego. 

Taki rajd dałby Moskalom osaczenie w worku sporych sił ukraińskich i zmuszenie ich do odwrotu. 
Pytanie, czy mają oni na tyle liczne siły, żeby takie coś przeprowadzić? 
Osobiście wątpię. Skończy się znów na wielotygodniowych bitwach o gruszkę w sadzie tylko po to, żeby za pół roku SZU odbiły w tydzień to, co Moskale zdobywali miesiącami. 

Pod Konstantynówką Moskalom udało się podpełznąć pod miasto, ale do realnych walk o nie jeszcze daleko. 


Natomiast znacznie poważniej jest koło Słowiańska. 

Utrata Siewierska przez Ukraińców otworzyła drogę Moskalom na Słowiańsk. Tak, jak pisałem już wcześniej, dowództwo rosyjskie postanowiło odpuścić Kramatorsk i iść od razu na Słowiańsk, co da logistyczne odcięcie garnizonu w Kramatorsku, przez który przechodzi tylko jedna licząca się droga Słowiańsk-Konstantynówka. Są jeszcze dwie inne od zachodniej strony miasta, ale to w istocie bezdroża, a nie drogi

Ukraińcy bronią się tu dzielnie, ale pytanie na jak długo starczy im amunicji i ludzi? Paradoks sytuacji na tym odcinku polega na tym, że obie strony traktowały go do niedawna po macoszemu, zajmując się innymi rejonami. W efekcie szturmuje tu w znacznym stopniu zdezelowana dawna "armia" Donbabwe, a bronią się niekompletne jednostki ukraińskie. 

W Kupjańsku podobno zlikwidowany został ostatni punkt oporu Moskali. Ale za to z zewnątrz miasta zaczął się ponowny nacisk moskiewski i widać nieznaczne, ale jednak postępy. 

Na północnym odcinku brak jakichś poważniejszych zmian, z jednym wyjątkiem. 
Ten wyjątek to znowu przeoczenie, potraktowanie zagrożenia, jako nieznaczne (ja też je przeoczyłem, ale nie jestem generałem broniącego się kraju). 

W grudiu ubiegłego roku, kiedy skupialiśmy się na Pokrowsku, Moskale zaczęli działania zaczepne w rejonie wsi Grabowskie i Starosiele na wschód od Sum. 

Pierwotnie była to tylko szara strefa, ale po kilku dniach już przyczółek w rejonie Grabowskiego

Powoli, stopniowo poszerzany aż do nagłego ponad dwukrotnego skoku do szerokiej na dwadzieścia kilometrów podstawy wyjściowej do ataku na Sumy. W dodatku to jeszcze nie koniec, bo Moskale wyraźnie poszerzają przyczółek. Już teraz ich natarcie może iść po czterech osiach, a jak przechwycą Stepok, to po pięciu. Celem w pierwszej fazie będzie opanowanie Krasnopola. Następnie natarcie na Górną Syrowatkę i od wschodu na Sumy. 
Pytanie, czy Ukraińcy mają tu siły i umocnienia pozwalające niedopuścić do szturmu na miasto. 

I tyle w temacie "wojna będzie trwać do opanowania Donbasu". 
Sumy nie leżą w Donbasie. 

Na koniec w trochę lżejszej tonacji. 

Adaś Tik-tok Pączuszek Kaukazu Junior (mocno odchudzony) pojawił się publicznie po raz pierwszy od wypadku (dziwnego)  pojawił się publicznie na Radzie Bezpieczeństwa Czeczenii. 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - Kim jest Pierwsza Bojowniczka Wenezueli? - dni trzysta szesnasty, trzysta siedemnasty i trzysta osiemnasty czwartego roku (1411, 1412 i 1413)

Dziennik wojny - dni od sto siedemdziesiątego piątego do sto dziewięćdziesiątego szóstego czwartego roku (1271-1292)