Dziennik wojny - Flota cieni i rewolta w Iranie. Czy szach ma szansę wrócić? - dni od trzysta dziewiętnastego do trzysta dwudziestego ósmego czwartego roku (1414-1424)

 



Rzeczywistość leci na speedzie i testosteronie. 
Nowe-stare wenezuelskie władze robią grzecznie, co im prezydent Trump dyktuje (na przykład oddają za free pięćdziesiąt tysięcy baryłek ropy). Zastąpienie ich politykami demokratycznymi nie dałoby możliwości tak skutecznego nacisku. W dodatku to, że pozostają oni u steru paraliżuje bojówki chawistowskie, które już i tak zaczęły kampanię terroru wobec przeciwników reżimu na wenezuelskiej prowincji. 
Włączenie dotychczasowych elit w zarządzanie państwem pozwala Waszyngtonowi przypisać sukcesy sobie, a porażki i tak już znienawidzonym elitom. 
Makiawelizm lewel hard.

Siły, jakich Amerykanie użyli w Wenezueli robią wrażenie...

Tyle, że może się na tym mocno przejechać, bo ogół społeczeństwa nie trawi aparatu reżimu, a opozycja co prawda spiera się co do metod działania, ale zgadza się z tym, że władzę powinni objąć Maria Corina Machado (laureatka Pokojowej Nagrody Nobla) oraz faktyczny zwycięzca wyborów prezydenckich z 2024 roku Edmundo Gonzalez. Mając wspólnych liderów, spójną koncepcję rządów i do wyboru kilka scaneriuszy, opozycja wenezuelska jest poważnym graczem, którego nie można ignorować.
Zależnie teraz od stanowiska armii, opozycja po wyczerpaniu pokojowych metod może przejść do powstania ludowego. Jeśli USA wystąpią przeciw powstańcom, zarżną własną strategię względem Ameryki Łacińskiej. 


Jednocześnie jednak strategia Waszyngtonu, choć ryzykowna, ma sensowne fundamenty. 
Prezydent Trump i Marco Rubio uważają, że Wenezuela w sytuacji, kiedy wciąż na jej terenie działają gangi narkotykowe i kartele, a wszędzie działa rozbudowana struktura reżimowych donosicieli, wybory nie mają sensu, bo głosy albo będą kupione, albo wymuszone. Kraj trzeba najpierw ustabilizować i odbudować, żeby w ogóle mówić o demokracji. 
To podobna strategia, jaką alianci zastosowali względem Niemiec po II wojnie światowej. Pierwsze wybory na szczeblu lokalnym, a dopiero po ponad czterech latach wybory do Bundestagu. Okupacja Niemiec zakończyła się w 1955 roku, dziesięć lat po wojnie.
I nikt sobie przez lata głowy demokracją nie zawracał. 

Po prostu, demokracja, żeby działała, musi mieć warunki do rozwoju. W tym nie może być drastycznych różnic majątkowych, prowadzących do uzależnienia wyborców i posłów od potentatów. 

Marina Machado spotkała się z prezydentem Trumpem i... przekazała mu swoją Nagrodę Nobla. Nasze media to już obśmiały, ale ten gest ma bardzo konkretny sens i przekaz

Rozmawiając po spotkaniu z dziennikarzami Machado wyjaśniła, że wyraziła w ten sposób uznanie dla prezydenta Trumpa za jego "wyjątkowe zasługi dla naszej wolności".
Poza połechtaniem wybujałego ego prezydenta Trumpa gest ten to sygnał dla zwolenników Machado w Wenezueli, żeby włączyli się w działania amerykańskiej administracji na rzecz odbudowy kraju



USA chodzą po ostrzu noża, ale jeśli się uda, a im ba tym zależy, to Wenezuela może być wzorcowym kwitnącym państwem zależnym od USA. To może być rzeczywiście niezły wabik na inne państwa regionu. 

Polowanie na "Czerwnony Październik"... tankowiec "Bella 1/Marinera" zakończył się błyskotliwą akcją przejęcia tego pudła u brzegów Szkocji. Na oczach bezradnie obserwujących to ruSSkij matrosów z floty wojennej.


Tego samego dnia "Coastal Guard" przejęła na Morzu Karaibskim tankowiec "M Sophia", a dwa dni później w tym samym rejonie tankowiec "Minerwa M./Olina", a w tym tygodniu "Veronica". Łącznie już sześć spośród półtora tysiąca takich kryp krążących po morzach i oceanach. Amerykanie tropią kolejne dziesięć.
Prężenie muskułków przez Moskwę skończyło się kolejnym plaskaczem ręką Waszyngtonu. 

Odyseja tankowca Bella1/Marinera

Do tego należy doliczyć co najmniej trzy tankowce wyłączone z użytku na Morzu Czarnym przez Ukraińców za pomocą dronów Sea Baby: "Kairos", "Virat" i "Dashan", a być może także "Elbrus" trafiony na początku stycznia u wybrzeży Turcji. Przy czym koło Turcji oberwały "Kairos", "Virat" i "Elbrus".

Dziewięć jednostek na półtora tysiąca. Sześć promili. 
Szału nie ma. Z drugiej strony niech miesięcznie rzeczywiście wypadnie z obiegu dziesięć kryp, to po czterech-pięciu miesiącach flota zacznie się sypać.
Z prostego powodu - strachu.

Dla marynarzy, którzy przeżyli trafienie ukraińskim dronem wydarzenie to może być traumą na całe życie. Strach przed powtórką może skutecznie zniechęcić do zamustrowania się po raz kolejny na taką jednostkę. 
Z kolei dla tych, którzy zostali przejęci z jednostkami przez Amerykanów problem może mieć charakter finansowy. Marynarze nie są na etatach, tylko na kontraktach. Zarabiają, kiedy pływają. Jeśli nie pływają, nie zarabiają. Pieniądze przysługują im za czas spędzony na pokładzie, a nie w amerykańskim areszcie. Znajomy żony, marynarz, spędził kiedyś trzy tygodnie na własny koszt w hotelu, bo jego statek "wypadł" z rejsu i nim znalazł nową robotę, jakiś czas minął. 
A jak dodamy, że marynarz chcąc się zamustrować ponosi często "koszty rekrutacyjne", pobierane nielegalnie, ale powszechnie na przykład za badania lekarskie, szczepienia wizy itp (nawet - rzadko - w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów, a częściej do pięciu tysięcy dolarów), na pokrycie których z reguły bierze pożyczkę, to mamy dopełnienie obrazu nędzy i rozpaczy.  Większość armatorów je zwraca, ale nie zawsze, nie wszyscy, a we flocie cieni z reguły nie

Nawet jeśli marynarze pochodzą z krajów, gdzie dominują niskie dochody (na przykład Filipiny), to i tak półroczna podróż, której efektem jest trauma i brak funduszy, jawi się jako coś mało atrakcyjnego i większość poszuka innych możliwości. Bezpieczniejszych. 

A teraz dodajmy, że załogi floty cieni są często oszukiwane, porzucane przez armatorów, którzy na przykład szybko plajtują i znikają z pieniędzmi. Na przykład zaległości płacowe dla jednego tylko tankowca "Unity", który nie wypłynął z Murmańska w wyniku buntu załogi (protestującej przeciw... zaległościom płacowym) wynoszą już - według kapitana jednostki - co najmniej dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. Dla jednej załogi. 

Pointa jest taka, że aby sparaliżować flotę cieni nie trzeba zatapiać, czy przejmować wszystkich półtora tysiąca statków. Wystarczy doprowadzić do stanu, kiedy nawet najbardziej zdesperowani kandydaci na marynarzy stwierdzą, że możliwe, ale nie gwarantowane zyski nie rekompensują związanych z tym zatrudnieniem ryzyk. 

Wszystko razem, w tym powrót wenezuelskiej ropy na normalne rynki, sprawiło, że indeks Brent zjechał poniżej sześćdziesięciu dolarów za baryłkę, a Ural poleciał poniżej czterdziestu (w Noworosyjsku).
Przypomnę, że granicą śmierci dla rosyjskiej ropy jest cena poniżej sześćdziesięciu dolarów za baryłkę. 

Szlakiem naftowym lecimy do Iranu. 


Sytuacja jest nie tylko napięta, ale i rozwojowa, choć na razie bunt wygasa. Protesty objęły trzydzieści jeden regionów, w tym te, które dotąd były bastionem reżimu. W wyniku brutalnego tłumienia protestów przez siły porządkowe zginęło już około dwóch i pół tysiąca osób.
Bieżący stan jest trudny do opisania, bo władze wyłączyły internet i mało jest bieżących i wiarygodnych informacji. 

Pacyfikacja w Iranie w nocy z czwartku na piątek

Bunt, który zaczął się w Teheranie i pierwotnie miał najprawdopodobniej wesprzeć prezydenta Pezeszkiana przeciw partyjnemu betonowi, wymknął się chyba spod kontroli i popłynął w zupełnie nieprzewidywalne rejony, a dodatkowo do gry włączyła się ekipa pretendenta do tronu Rezy Pahlawiego. 
Tylko to nie jest tak do końca. 

Hasła monarchistyczne pojawiły się niemal natychmiast, co nie jest niczym dziwnym, przynajmniej od 2017 roku. Jest to o tyle ciekawe, że osiem lat wcześniej w czasie ewidentnie politycznych protestów przeciw sfałszowanym wyborom, odwoływano się do tradycji rewolucji islamskiej. Hasła powrotu Pahlawich pojawiły się dopiero w czasie manifestacji ekonomicznych w latach 2017-2020. Tak, jakby komuś (zgadnijmy komu?) zależało na wizerunkowym przykryciu kwestii bytowych rzekomo politycznym motywem. 
Wyraźnie mocno zaistniały w 2022 roku podczas obyczajowych protestów przeciw zamordowaniu przez policję religijną Mahsy Amini. Wreszcie teraz, kiedy znowu zasadniczy wątek buntu jest ekonomiczny, wraca jak bumerang temat restytucji monarchii. 

6 stycznia demonstranci mieli opanować Abdanan, niewielkie miasto w prowincji Ilam. Policja miała się poddać bez walki, a funkcjonariusze dołączyli podobno do protestujących. Przewagę manifestanci uzyskali w jeszcze kilku miejscowościach, ale nigdzie nie doszło do kapitulacji sił porządkowych. 


Moment przyłączenia się policjantów do demonstrantów w Abadanie

To teraz niuanse. 
Nie ma czegoś takiego, jak kapitulacja policji w całości, jeśli nie padł taki rozkaz. Owszem, wiele razy zdarzało się, że siły skierowane do stłumienia buntu i protestów przechodziły na stronę buntowników (tak zaczęła się rewolucja w Paryżu w 1848 roku). Nigdy jednak nie było tak, żeby całość nagle odłożyła broń i przeszła na stronę protestu. Zawsze, w najbardziej zbuntowanej społeczności jest jednak kilku lojalistów, którzy jednak będą wykonywali rozkazy. 
No chyba, że rozkaz brzmiał właśnie, żeby przejść na stronę protestujących. 

Po co? 
Sklejamy to z hasłami monarchistycznymi. 
Protest rozwija się, policja zaczyna się buntować (ciekawe, że tylko w jednym mieście, a nie w różnych), pojawiają się coraz mocniejsze hasła o powrocie Pahlawich.

Beton ma gotową narrację.
Dla starszych wiekiem mieszkańców Iranu, pamiętających czasy szacha i działalność tajnej policji Savak to ostrzeżenie i groźba. Podobną u nas stosowano grożąc powrotem dziedziców i utratą Ziem Zachodnich na rzecz Niemiec. 
Dla zwolenników liberalizacji z kolei jest to oskarżenie, że ich eksperymenty przynoszą zagrożenie dla republiki. Z taką narracją można iść do ajatollaha Chamenejego i oskarżyć przed nim Pezeszkiana i jego ekipę o doprowadzenie rewolucji islamskiej na krawędź katastrofy. 

Czemu jednak te działania nie mogą być prawdziwym wystąpieniem monarchistów? 
Bo ich po prostu w Iranie nie ma. Mówimy o kraju od pół wieku prawie terroryzowanym i inwigilowanym na skalę, jakiej my nigdy nie doświadczyliśmy. Liczba instytucji zajmujących się szpiegowaniem obywateli sięga kilkunastu, w tym czterech centralnych. Dwie są typowo państwowe, czyli MOIS (klasyczna bezpieka) i nowo utworzona tajna służba systemu sądowniczego. Do tego Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), czyli skrzyżowanie sowieckiego NKWD z niemieckim SS plus własna bezpieka IRGC. Do tego własne struktury poszczególnych resortów, władz lokalnych itp itd. Średnio każdy Irańczyk jest jednocześnie śledzony przez co najmniej dwie-trzy bezpieki. 
W tych warunkach jedyne spiski, jakie mają szansę zaistnieć to spiski rządowe. 

Utworzenie monarchistycznej grupy przez jedną z organizacji może realizować dwa cele:
1. wyłowienie ze społeczeństwa jednostek podatnych na propagandę monarchistyczną,
2. pokazanie, jak nieskuteczna jest konkurencja, skoro pod jej nosem rozwinął się spisek monarchistów. 

Jak to znakomicie pokazał w "Cesarzu" Ryszard Kapuściński, w systemie, gdzie każdy szpieguje każdego służby zajmują się głównie podkładaniem sobie nawzajem świń. 

Uczestnik antyreżimowej demonstracji w Londynie zamienił flagę republiki islamskiej na flagę monarchistyczną. Prowokacja? Może. A może spontan dzieciaka. Nie ma to większego znaczenia

Ale w tym momencie do gry włączył się sam wywołany po imieniu, czyli Reza Pahlawi Junior. Nie dość, że wezwał protestujących do kontynuowania walki, to jeszcze poprosił prezydenta Trumpa o wsparcie dla buntu, obiecując mu, że Iran uwolniony od ajatollahów będzie najbardziej lojalnym sojusznikiem Stanów. Izraelowi zaś obiecał, że po obaleniu republiki islamskiej Iran i Izrael znowu będą sojusznikami. 
Wbrew pozorom te deklaracje, które jeszcze kilka lat temu przekreśliłyby szanse Pahlawiego, teraz brzmią obiecująco. Mimo urzędowego optymizmu władz, opowiadających, że Iran wygrał starcie z Izraelem i Stanami,
bo reżim nie upadł!
Przeciętny Irańczyk ma świadomość, że kraj jest w stanie katastrofalnym i kolejnego starcia nie przetrwa. Wyjście z konfliktu z USA i Izraelem jest oczekiwane przez sporą część społeczeństwa, podobnie, jak zniesienie sankcji, a deklaracje Pahlawiego stwarzają szanse na skuteczną realizację tych celów. 
Dodatkowo czasy sprzed rewolucji islamskiej pamięta nie więcej, niż co dziesiąty Irańczyk. Zaś nie więcej, niż łącznie jedna piąta społeczeństwa w ogóle cokolwiek kojarzy z okresu rewolucji. Dla większości to taka abstrakcja, jak dla mojego pokolenia II wojna światowa, a dla obecnych nastolatków czasy komuny. 

W efekcie chcąc dokopać "liberalnej" konkurencji reżimowy beton wywołał z butelki dżina, który może przewrócić stolik. 

Do skutecznego przewrotu potrzebne są determinacja, czas, organizacja i pieniądze. Uwzględniając, że sytuacja ekonomiczna kraju jest tak fatalna, że większość społeczeństwa i tak nie pracuje, więc ma czas i nie ma nic do stracenia, szukamy pieniędzy i organizacji. 

Służby irańskie raczej się z inspirowania kolejnych wystąpień będą wycofywać, bo nawet w strukturach siłowych dochodzi do wewnętrznych napięć i mimo, że pozostają one wierne reżimowi, to nikt nie zagwarantuje, że jutro nie nastąpi zmiana. 
Służby zagraniczne nie mają takiego przełożenia bez zgody służb irańskich. 

Ale...
Jest jedna grupa społeczna, która ma środki i odpowiednią sieć powiązań, a w dodatku skorzysta na wyjściu Iranu z międzynarodowej izolacji. 
Kupcy z bazarów!

Żeby zrozumieć, jakie znaczenie ma ta grupa społeczna, trzeba wiedzieć, że nie mówimy o czymś takim, jak Bazar na Kole w Warszawie. Bazar w Iranie to instytucja nie tylko handlowa, ale też bankowa i społeczna. Na nim opiera się połowa irańskiej gospodarki. Bazar poprzez swoje powiązania może też nawiązać kontakt z Rezą Pahlawim podobnie, jak 47 lat temu nawiązał kontakt z Chomeinim.
To Bazar obalił pół wieku temu szacha. I to Bazar finansuje obecne protesty. 

Dla kupców z Bazaru strajk oznacza... nie, nie straty, tylko ich ograniczenie. 
Fakt, nie sprzedają, więc nie mają dochodów, ale też nie kupują, więc nie mają strat. Przy galopującej inflacji (pięćdziesiąt procent w skali roku) i upadku riala (półtora miliona riali za dolara) zyski ze sprzedaży towarów nie równoważą kosztów zakupu nowego. Zamrożenie biznesu jest jedynym ratunkiem, żeby nie dopłacać do tego bardziej, niż ma to sens. 
Towary pierwszej potrzeby, z reguły łatwo psujące się, których i tak trzeba byłoby się pozbyć, upłynnia się jako wsparcie dla protestujących. Opieka nad ofiarami interwencji policyjnych to inwestowanie w przyszłego klienta. 
A całość działań to po prostu budowa nowego, bardziej korzystnego środowiska biznesowego. 

Czy w tej układance jest pole dla aktywności służb USA i Izraela? 
Bezpośrednio nie, ale poprzez reformatorów Pezeszkiana lub powiązania kupców z Bazaru, jak najbardziej. 

Kluczowe dla dalszego rozwoju sytuacji było, czy Bazar realnie przeciągnie na swoją stronę wojsko, policję i choćby część Korpusu Strażników Rewolucji, czy jednak tym razem się to nie uda. 

I nie udało się.

To też Abadan, tylko dwa dni później. IRCG strzela na wprost bezpośrednio w demonstrantów

Reżim między 8 a 11 stycznia użył brutalnej siły do stłumienia protestów, zabijając według niektórych źródeł (irańskiej opozycji) nawet dwanaście tysięcy protestujących. Najbardziej wiarygodnie brzmią informacje podane przez Human Rights Activists News Agency, która mówi o dwóch i pół tysiącach zabitych, około stu pięćdziesięciu funkcjonariuszach służb irańskich, a także dziewięciu ofiarach przypadkowych i dwunastu dzieciakach. 
Z tymi liczbami jest jednak taki problem, że są w istocie nieweryfikowalne. 

Kadr z przemyconego przez niezależnych dziennikarzy irańskich do internetu filmu nakręconego w prowizorycznej kostnicy w Centrum Medycyny Sądowej w Kahrizak na południe od Teheranu. Zweryfikowane przez CBS News jako prawdziwe

Podobnie, jak było w Polsce w czasie okupacji, czy buntów społecznych w okresie PRL, liczone są tylko te ofiary, które nie budzą wątpliwości. Przy czym ze strachu przed służbami wiele rodzin ukrywa przyczyny śmierci tych, którzy nie zginęli na miejscu, czy nawet jeśli zginęli, zabrano ich ciała. Nie wiadomo, ilu z postrzelonych zmarło z ran w domach, czy szpitalach (lekarze też mogli ukryć przyczyny zgonu przed władzami). 

Aresztowanych zostało około dwudziestu tysięcy osób.

Wiemy, że bunt został przytłumiony. Intensywność i liczba protestów spada, a władza nawet zrobiła sobie wiece poparcia. Tylko to nie rozwiązuje problemów.
Inflacja przez to nie spadnie. Kurs riala nie pójdzie w górę. Gospodarka się nie poprawi. 

W dodatku sukces jest dla reżimu problemem. 
Po każdym pogrzebie ofiary pacyfikacji wybucha kolejna faza protestów. 
I teraz reżim ma kłopot. Bo egzekucja powiedzmy co dziesiątego z aresztowanych oznacza dwa tysiące kolejnych ognisk protestów. 
W dodatku skala i ofiar, i zatrzymań uczestników uświadamia funkcjonariuszom reżimu, że to naprawdę bunt społeczny na gigantyczną skalę. 

W dodatku prezydent Trump wciąż groził Iranowi interwencją, jeśli zabijanie się nie skończy. Na potwierdzenie zaczął przesuwać wojska w pobliże Iranu. 



Reżim zrobił więc ucieczkę do przodu. 
Ajatollah Chamenei zapowiedział, że władze nie ugną się przed sabotażystami i terrorystami. W ślad za tym szef irańskiego sądownictwa Gholamhossein Mohseni-Ejei zapowiedział szybkie procesy i publiczne egzekucje "sabotażystów i terrorystów".


Nawet rzekomo skazany został 26-letni właściciel sklepu odzieżowego z Fardis/Karaj Erfan Soltani, a jego egzekucja miała się odbyć we wtorek (znamienne, że mowa o przedstawicielu  Bazaru, nie kluczowym, ale zawsze).

Ale już we wtorek pod presją groźby ataku USA, wspartą zapowiedziami kolejnych sankcji ze strony UE i G-8,  Abbas Araghchi stwierdził, że nie ma planów egzekucji, a irański system sądowniczy w państwowej telewizji oświadczył, że żadnego wyroku na Erfana Soltaniego nie było. 
W odpowiedzi Waszyngton odpuścił, bo tam doskonale rozumieją, że aby skłonić przeciwnika do wycofania się, trzeba mu stworzyć do tego warunki. Nieoficjalnie przeważyła opinia państw arabskich, ostrzegających, że taka akcja spowoduje wzrost cen ropy naftowej, co zaszkodzi amerykańskiej strategii.


Reżim znalazł się więc w pułapce. 
Jeśli nie spełni zapowiedzi ostrej rozprawy z protestującymi, okaże słabość, mimo buńczucznych deklaracji. Szczególnie wobec gróźb amerykańskich. Po tym, jak generałowie irańscy wyskoczyli z tekstem:
- Chodź i pokaż, jaki jesteś mocny
wycofanie się i odwołanie egzekucji pokazuje, że to tylko pusta retoryka. 
A okazanie słabości to wystawienie się na atak. 

Z drugiej strony, kontynuacja ostrego kursu przeciw protestującym, oznacza eskalację konfliktu, który jednak władze chcą wygasić oraz narażenie się na kolejne uderzenie amerykańskie. 
A zespół uderzeniowy US Navy wciąż płynie na Bliski Wschód...

Jak się nie obrócisz, tyłek zawsze za tobą. 

Jedynym w istocie rozwiązaniem sytuacji jest szeroka amnestia i rozpoczęcie rozmów z opozycją. Pytanie, czy elity reżimu są na to gotowe. 

Temat Grenlandii zostawiam na inną okazję, bo jest bardziej złożony, niż wielu by chciało. 
Wielu po obu stronach oceanu. 
W każdym razie, ani prezydent Trump nie jest kolonizatorem i imperialistą, jak histeryzuje europejska lewica (której nie przeszkadzał przez lata imperializm Rosji), ani Dania nie broni wraz z Europą swojej suwerenności i integralności terytorialnej przed amerykańską zaborczością. Sami rdzenni mieszkańcy Grenlandii mają różne podejście co do tego, jak widzą przyszłość swojego kraju. 
Ale o tym innym razem. 

Wracając do działań USA w kwestii Rosji, prezydent Trump dał "zielone światło" na prace nad ustawą senatora Garhama (wspominałem o nim, antyrosyjski jastrząb) wprowadzającymi pięćsetprocentowe cła na wszystkie kraje handlujące z Rosją. Mówi się głównie o Chinach i Indiach, ale...

W Niemczech wybuchł skandal, bo jedna z firm mimo sankcji sprzedawała Rosji komponenty konieczne do budowy Szachidów. 

Sytuację państw europejskich komplikuje też umowa z MERCOSURem, czyli kilkoma krajami Ameryki Łacińskiej. 


Problem w tym, że aż dwa z państw Mercosuru, w tym potentat, jakim jest Brazylia, wchodzą w skład BRICS, który jest, jak wiemy, lewarem wpływów rosyjskich i chińskich na świecie. 

Granatowy to państwa członkowskie, jasnoniebieski - stowarzyszone, a zielony - kandydaci

Oznacza to, że Brazylia i Boliwia są odbiorcami chińskich i rosyjskich towarów. Od Rosji kupują głównie nawozy sztuczne i ropę naftową. 

Jeśli wejdzie w życie ustawa senatora Grahama, tania żywność z krajów Mercosur poleci cenowo w kosmos. A jak dodamy, że państwa te większość z tego, co im chcą sprzedawać Europejczycy kupują od Chin, to mamy obraz całkowitej porażki samego pomysłu porozumienia forsowanego przez Brukselę. 

USA nie po to wywalają z Ameryki Łacińskiej Chiny i Rosję, żeby wpuszczać Niemcy. Strefą wyznaczoną dla Europy jest tradycyjnie Afryka i częściowo Azja. W Ameryce mają się nie pojawiać. 

W kontekście tego wszystkiego dość dziwnie brzmią słowa prezydenta Trumpa wypowiedziane w wywiadzie, jakiego udzielił Steve'owi Hollandowi z agencji Reuters:
- Myślę, że Putin jest gotów zawrzeć porozumienie. Myślę, że Ukraina jest mniej gotowa do zawarcia umowy. 
Z dalszej części rozmowy wynika, że główną barierą ma być odmowa ze strony prezydenta Zełeńskiego rezygnacji przez Ukrainę z jakiegokolwiek skrawka terytorium Ukrainy. Dodał też, że jest w stanie prezydenta Zełeńskiego przekonać.
Co jest też istotne, prezydent Trump zaprzeczył, by był poinformowany o planowanej w przyszłym tygodniu podróży Stefka Witkowa i Jarreda Kushnera do Moskwy. 

I oczywiście, wypowiedź zgadza się prawdopodobnie z faktycznym przekonaniem prezydenta Trumpa, szczególnie, że przeszkody formalne, które stoją na drodze do celu, traktuje on z dystansem. 
Ale w istocie w tej wypowiedzi nie chodzi wcale o jego odczucia. To jest konkretny komunikat, a nawet kilka, skierowany do Moskwy i do amerykańskich wyborców. 
Do Moskwy przekaz idzie taki:
- Ej, to, co do tej pory zostało zaproponowane, nie ulegnie zmianie. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że Zełeński nie chce. Więc musicie się z nim jakoś dogadać. Jeśli coś ustalicie z moimi ludźmi, to jest to nieformalne i mnie nie obowiązuje. A na razie dalej rozwalam wam dochody z ropy naftowej.
Więc podopisujcie porozumienie, jakie jest, bo lepszego nie będzie. 

Do amerykańskiego wyborcy:
- No widzicie, jak się staram, ale oni tam w Europie to zupełnie powariowali. Ale jak Moskwa się zgodzi na porozumienie, to ja już z Kijowem załatwię. 

Tymczasem na Ukrainie wojna trwa. 
Ciągły ostrzał prowadzony znów po sieciach energetycznych spowodował braki w dostawach prądu nawet w Kijowie, który zdaniem mera tego miasta byłego boksera Witalija Kliczko ma nie więcej, niż połowę tego, co potrzebuje.


Sami kijowianie podchodzą do ataków jak do czegoś normalnego, do czego przez cztery lata przywykła. W jednej z dzielnic, gdy padła im elektryczność, zrobili piknik na ulicy? 
Głupie? 
Nie. To też forma oporu. Pokazanie środkowego palca Rosji. 

9 stycznia w czasie jednego ze zmasowanych nocnych ostrzałów Ukrainy Moskale uderzyli rakietą Oresznik w zakłady Piwdenmasz koło Lwowa. 
Ta pojedyncza kreska do zaznaczonego na żółto Obwodu Lwowskiego to właśnie Oresznik

Moment uderzenia Oresznika w cel

Ale są niuanse. 

W sieci krążą na przykład takie zdjęcia rzekomego leju po uderzeniu Oresznika.

Problem w tym, że ten lej jest za szeroki i za płytki. Tak zwany penetrator, czyli część uderzeniowa Oresznika robi lej, jak po uderzeniu igłą. Zresztą, ta fotka krążyła już w 2024 roku również jako rzekomy ślad po Oreszniku

Podobnie fejkiem jest ta fotografia, choć kształt leja już bardziej przypomina skutki uderzenia rakiety hipersonicznej

Natomiast prawdziwe są znalezione i pokazane w telewizji CNN szczątki tej rakiety, która odpadła od głowicy bojowej, nim weszła ona w prędkość hipersoniczną (to normalna faza lotu)


Pół świata się śmieje
- Hłe, hłe, technologia z czasów Gagarina (czyli początków podboju kosmosu)
Tyle, że ta technologia ma zalety z rosyjskiej perspektywy:
- jest znacznie tańsza,
- nie wymaga tak wysokiego reżimu technologicznego, jak nowoczesne systemy oparte na układach scalonych, 
- nie potrzebuje drogich surowców,
- jest odporna na systemy zakłócające.

Zatem nie jest to żaden dowód zacofania Moskali. Przeciwnie, użycie tej technologii w rakiecie, która i tak zostanie zniszczona ma logistyczny i ekonomiczny sens. 

Sytuacja na froncie.

Odcinek sumski stabilnie. 

Koło Wołczańska siły Moskali kierują się Wilczę, Cehelne i Liman. 


Celem jest prawdopodobnie droga biegnąca na południe przez Liman i na Symynówkę wzdłuż Dońca. Pójście nią odcina siły ukraińskie od zaplecza. 
Błyskotliwe, ale przy liczebności rosyjskich sił, mało realne do realizacji. 

Mimo wściekłego rosyjskiego ostrzału i kontrataków, rejon Kupjańska został prawie całkowicie oczyszczony z Moskali. 


Skala katastrofy Rosjan w tym mieście jest gigantyczna i mocno upokarzająca.

Na południe od Kupjańska Moskale konsekwentnie dążą do zbudowania podstawy do forsowania Oskiła. Ale osiągnięcie tego celu trochę im jeszcze zajmie. 

Na północ od Limana postępy rosyjskie są nieduże, ale od strony wschodniej podchodzą oni do granic miasta. Po trzech latach znów szykuje się ono do obrony.


Odcinek siewierski stagnacja.

W rejonie Konstantynówka-Kramatorsk idą równolegle dwa rosyjskie uderzenia.

Pierwsze z podstawy wyjściowej Majskie-Orzechowo-Wasilówka wprost na Kramatorsk. Drugie, na południe od Majskiego oskrzydla od północy Konstantynówkę. Stało się to możliwe po przełamaniu ukraińskiej obrony koło Mikołajówki. Jednocześnie od południa siły moskiewskie podchodzą do linii wzgórz i Zalewu Klebańsko-Bykowskiego na południe od Konstantynówki

Koło Pokrowska Rosjanie cisną w stronę linii Dobropole-Nowogrzegorzówka, co umożliwi im przecięcie biegnącej tamtędy drogi. Ważnej, bo można nią zaopatrywać zarówno Kramatorsk, jak i Konstantynówkę. 

Topografia jest tu po stronie Ukraińców, więc wykonanie zadania trochę Moskalom czasu zajmie

Bezpośrednio koło Pokrowska stagnacja. 

Następny aktywny odcinek to dopiero Obwód Zaporoski, gdzie walki powoli dochodzą do rzeki Hajczul.

Prawdopodobnie na niej Ukraińcy oprą teraz obronę tego odcinka


W rejonie Kamiańskiego Moskale kontynuują pozbawiony sensu marsz od południa na Zaporoże. 

Motywacją jest prawdopodobnie chora ambicja tutejszego dowódcy Moskali, który nie chce, żeby w zdobyciu Zaporoża uprzedził go kolega idący od wschodu

Reszta bez zmian. 

Aha. Ukraina i Mołdawia wspólnie zablokowały jakikolwiek dojazd do Naddniestrza. 

Liczący tysiąc pięćset osób naddniestrzański garnizon właśnie stał się Największym Samorządnym Obozem Jenieckim

W Mołdawii coraz głośniej mówi się o połączeniu z Rumunią w jedno państwo.

Na koniec... 

Miałem wrzucić coś innego od Michała Gołkowskiego (pozdrawiam), ale to, co dał dziś, jest lepsze. Oczywiście to AI, ale piękne. 


Z ostatniej chwili.
Tik-tok Pączuszek Kaukazu Junior Adaś Kadyrow miał wypadek samochodowy. W stanie ciężkim w śpiączce trafił do szpitala. 

Kreml zabrał się na serio do porządków w Czeczenii?


Na koniec.
Jeśli możecie, sypnijcie groszem na to, żeby zwykli ludzie na Ukrainie przeżyli zimę. 

Link do zbiórki pod obrazkiem. Trzeba kliknąć


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - dzień trzysta sześćdziesiąty szósty trzeciego roku, pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy i dziewiąty dzień czwartego roku (1096, 1097, 1098, 1099, 1100, 1101, 1102, 1103, 1104, 1105)

Dziennik wojny - doba dwudziesta piąta, dwudziesta szósta, dwudziesta siódma, dwudziesta ósma, dwudziesta dziewiąta, trzydziesta, trzydziesta pierwsza i trzydziesta druga czwartego roku (1121, 1122, 1123, 1124, 1125, 1126, 1127, 1128)