Dziennik wojny - Kim jest Pierwsza Bojowniczka Wenezueli? - dni trzysta szesnasty, trzysta siedemnasty i trzysta osiemnasty czwartego roku (1411, 1412 i 1413)


 Do Wenezueli i Maduro jeszcze wrócę, ale na początek chcę skupić się na najnowszej analizie pułkownika Korowaja (którego pozdrawiam). 

Otóż pan pułkownik pisze w oparciu o informacje ze środka środowisk wywiadu, w tym od "byłych" (nie ma byłych) pracowników służb rosyjskich o tym, że Moskwa szykuje się otwarcie do stworzenia "drugiego frontu". Pułkownik pisze o tym jako o jednym z możliwych scenariuszy (bo jest poważnym analitykiem, a nie wróżbitą), jednak ważne jest, że bierze taką możliwość pod uwagę, jako bardzo prawdopodobną. Do niedawna, w oparciu o wcześniejsze doświadczenia i analizy działań rosyjskich, był zdania, że Moskwa będzie wygaszać konflikt. Informacje, które otrzymał, musiały być na tyle istotne i wiarygodne, że zdecydował się skorygować opinię. 
Zdaniem informatorów pułkownika Korowaja termin ataku został wyznaczony na luty bieżącego roku. Zauważę, że w październiku też przewidywałem, że 2026 rok może być początkiem eskalacji konfliktu. W maju zaś pisałem, czemu Rosja może zaatakować, nie kończąc wojny na Ukrainie.

Te analizy współbrzmią z rozpoczęciem budowy drugiego hubu logistycznego "dla Ukrainy" w oparciu o Rumunię. 
Projektowana trasa ma przebiegać przez porty Rumunii i Bułgarii na Morzu Czarnym, w Rumunii kontenery mają być przepakowywane na samoloty i pociągi, które zawiozą je na Ukrainę. 

Kanały logistyczne, zaopatrujące Ukrainę. Widać, że porty bałkańskie już są wykorzystywane, a budowany hub ma za zadanie tylko zwiększyć przepustowość tej linii zaopatrzenia. 

Według oficjalnej narracji rumuński hub ma wesprzeć hub polski w Rzeszowie tak, żeby zlikwidować obecne "wąskie gardło" i zwiększyć przez to dostawy dla Ukrainy. 
Faktycznie, statki przerzucą znacznie więcej towaru, niż pociągi i samoloty. Pozornie się spina...

Gdzie są niuanse?
We wrześniu pisałem, czemu Ukrainie nie opłaca się "wciąganie Polski w wojnę" i czemu jest to wymarzona sytuacja dla Rosji. 

Przypomnę.
Zaangażowanie kinetyczne Polski w wojnę z Rosją powoduje dwa tragiczne dla Ukrainy skutki:
  • główny szlak logistyczny, którym wspierana jest Ukraina, dostaje się pod ogień rosyjskich bomb, rakiet i dronów, porty bałtyckie zaś zostają wyeliminowane z gry,
  • wsparcie Zachodu dla Ukrainy zostaje ograniczone przez to, że będzie ona musiała zostać rozdzielona na to, co dla Ukrainy i to, co dla Polski, Litwy, Łotwy i Estonii.
Aby kontynuować dostawy konieczne będzie w takiej sytuacji stworzenie alternatywnego kanału, pozwalającego zapewnić ich rytmiczność pomimo zerwania pierwszego szlaku. 

Hub w Rumunii ma zatem nie tyle wesprzeć Rzeszów, ile go zastąpić w przypadku, gdyby Polska została bezpośrednio zaatakowana. 

Polska będzie zaopatrywana poprzez porty niemieckie i lotnisko w Poznaniu, a Ukraina poprzez Rumunię. A w razie zablokowania także portów niemieckich (bo Niemcy są krajem obecnie bardzo niestabilnym), Rumunia przejmie całość logistyki.

Jakby dla potwierdzenia tych analiz Moskwa weszła na nowy poziom retoryki. Do negowania prawa państw bałtyckich do istnienia doszły żądania najpierw wycofania Finlandii z NATO, potem tradycyjne wycofania sił NATO z Polski, a obecnie także domaganie się wyjścia Polski z NATO. 
Argumenty o "polskim naziźmie" są już produkowane. Przy radosnym wsparciu agentury w postaci pani Holland i pożytecznych durniów z Grupy Granica. 

Mapa rosyjskich operacji hybrydowych przeciw państwom UE od 2018 roku. Granica polsko-białoruska jest tu jako jedna z takich akcji. Wszelkie działania przeszkadzające opanowaniu sytuacji na tym odcinku są zatem wspieraniem Rosji

Amerykańska akcja w Wenezueli może atak przyspieszyć (o tym za chwilę).

Jak do tego się ma wypowiedź szefowej amerykańskich służb wywiadowczych (nie CIA, jak pisali niektórzy nasi dziennikarze, a tak zwanej Wspólnoty Wywiadowczej, czyli centrali, skupiającej nitki wszystkich agencji amerykańskiego wywiadu) Tulsi Doom... Gabbard?

No cóż...
Dowodzi tego, że nie jest to osoba, która powinna zajmować to stanowisko. 

Tulsi Gabbard ma rację, gdy mówi:
- Prawda jest taka, że "amerykański wywiad" ocenia, iż Rosja nawet nie ma zdolności podbicia i okupowania Ukrainy, a co mówić o "atakowaniu i okupowaniu" Europy
Myli się jednak, gdy z tego wyciąga wniosek, że:
- Podżegacze wojenni z tzw. głębokiego państwa (deep state) i ich media propagandowe znów próbują podważyć wysiłki prezydenta Trumpa na rzecz zaprowadzenia pokoju na Ukrainie - i w istocie w Europie - fałszywie twierdząc, że "amerykańskie środowisko wywiadowcze" popiera punkt widzenia UE/NATO, zgodnie z którym celem Rosji jest inwazja/podbicie Europy (by zdobyć poparcie dla swojej polityki prowojennej).

Słowem:

Łubudubu, niech nam żyje prezes naszego klubu

To jest wypowiedź dworaka częstującego przełożonego wazeliną, a nie opinia szefa wywiadu. 

To, że Rosja nie ma do czegoś zdolności nie oznacza, że tego nie spróbuje. Szczególnie, że sposób działania Rosji nie jest oparty na metodzie zachodniej "zrób i zapomnij". Rosja działa na sposób azjatycki, prowadząc wojnę tak długo, aż osiągnie cel. Taktyczne pokoje, wycofania się i rozejmy to tylko przerwy w długofalowej wojnie. 
Stąd rosyjskie przekonanie, że Rosja zawsze wygrywa. My pięćset lat wojen polsko-rosyjskich postrzegamy jako osiemnaście osobnych konfliktów. Dla nich to jedna wojna z osiemnastoma kampaniami. 

Wojna z NATO nie będzie zatem szybkim, sprawnym uderzeniem, zakończonym okupacją, a wieloletnim, rozciągniętym w czasie konfliktem na zmęczenie. 
I do tego Rosja jest jak najbardziej zdolna. 

Szczególnie, że jak wspomniałem, akcja w Wenezueli może przyspieszyć decyzje w Pekinie i Moskwie. 

No właśnie. 
Pora na Wenezuelę. 

Akcja USA w tym kraju i uprowadzenie Maduro i jego żony, została oczywiście potępiona przez Chiny i Rosję, a także Kubę, Nikaraguę i całą międzynarodówkę komunistyczną, jak również naszych krajowych "geniuszy geopolityki". 

Najśmieszniejszy ze śmiesznych argumentów jest taki, że
USA najechały suwerenny kraj!
No to zatrzymajmy się na chwilę przy tym argumencie. 

Z naszej historii wiemy, że istnieje możliwość, że kraj formalnie suwerenny będzie faktycznie terytorium zależnym od innego państwa. Taka była Rzeczpospolita w XVIII wieku (monarchowie od Augusta II nie byli de facto niezależnymi władcami Rzplitej, ale zależeli od Petersburga, który ich osadził na tronie - a już w szczególności największa ciapa w polskiej historii Stanisław August). Taki był też PRL, czyli sowiecka kolonia z pozorami niezależności po II wojnie światowej. 
Wystarczy na tronie posadzić swojego agenta. Poniatowskiego, Bieruta, Jaruzelskiego...

I taki system istniał też w Wenezueli...

Ale opowieść o Wenezueli musimy zacząć...
Bardzo, bardzo dawno temu...
Dokładnie w 1956 roku w Tinaquillo w stanie Cojedes w Wenezueli w rodzinie Flores przychodzi na świat mała Cilia. Jest najmłodsza z sześciorga rodzeństwa. Rodzina to nędzarze (Wiki pisze, że "lower-middle class", ale to pojęcie odnosi się do systemu amerykańskiego, w którym drobny przedsiębiorca tak jest klasyfikowany, niżej jest workers class, czyli pracownicy najemni - członek workers class może mieć większe dochody od przedstawiciela lower-middle class). Mieszkają w chacie z glinianą podłogą. Ojciec zarabia jako domokrążca i wyciąga miesięcznie równowartość najwyżej czterystu dolarów miesięcznie. Maksymalnie, bo z reguły znacznie mniej. W ośmioosobowej rodzinie.
Po jakimś czasie przenoszą się do Caracas, ale nadal żyją w slumsach i ledwie wiążą koniec z końcem. 


Ambitna Cilia kończy jednak szkołę, zdaje maturę (tylko nie wiadomo, gdzie) i między 1985 a 1988 rokiem (źródła różnie podają - to nie jest jedyna luka w jej biografii) kończy prawo na prywatnej uczelni Universidad Santa María w Caracas. 

Piękna historia o awansie ze slumsów do elity społecznej.

Jest jednak niuans. 
Czesne na tego typu uczelniach w tym czasie wynosi rocznie między pięćset a dwa tysiące dolarów. Płaca minimalna zaś wynosiła tysiąc dwieście do tysiąca ośmiuset dolarów na rok. Czyli na czesne (nie licząc książek i kosztów utrzymania) musiałaby wydać przynajmniej jedną czwartą rocznego dochodu, jeśli nie całość.
Możliwe? 

Możliwe, ale bardzo trudne, zważywszy, że koszty utrzymania w Caracas w latach osiemdziesiątych sięgały minimum tysiąca ośmiuset dolarów rocznie. Zakładając, że chodzi się z buta i nosi te same ubrania przez lata, a także nie myje i mieszka po ciemku. Ze wszystkimi kosztami musimy mówić o przynajmniej dwóch tysiącach dolarów rocznie. 
Widać od razu, że z płacy minimalnej nie było szans nie tylko ukończyć studiów, ale nawet przeżyć. 

Cilia Flores jednak dała radę. Skąd wzięła brakujące pieniądze, nie wiadomo. Nie wiadomo też, jak w ogóle w tym czasie zarabiała. Generalnie nic nie wiemy o jej życiu do ukończenia przez nią studiów, przy czym też nie wiemy, kiedy dokładnie to się stało. 
Luka i to bardzo istotna. 

W 1992 roku grupa lewicujących wojskowych pod komendą podpułkownika Hugo Chaveza Friaz próbowała przeprowadzić pucz wojskowy i obalić prezydenta Carlosa Andresa Pereza. Pucz się nie udał, a wzięty do niewoli Chavez w mundurze wystąpił w telewizji, żeby wezwać swoich zwolenników do złożenia broni. 


Zamiast ogłoszenia kapitulacji walnął swoją wersję "Mein Kampf" słowami:
- Towarzysze: niestety, na razie cele, które sobie postawiliśmy, nie zostały osiągnięte w stolicy. [...] My tutaj w Caracas nie zdołaliśmy przejąć władzy. Wy tam wykonaliście świetną robotę, ale teraz nadszedł czas na refleksję. Przed nami otworzą się nowe możliwości. [...] Przyjmuję odpowiedzialność za ten wojskowy ruch boliwariański.
Te słowa "por ahora", czyli "na razie" stały się hasłem i motorem ruchu opartego na wojskowych i lewicujących środowiskach. 

Chavez stanął przed sądem. Wtedy do zespołu jego adwokatów dołączyła... Cilia Flores, która szybko stała się głównym motorem całej ekipy. I nie tylko związała się politycznie z Chavezem, ale i osobiście z... jego ochroniarzem Nicolasem Maduro (ale relację sformalizowali dopiero po wyborze Maduro na prezydenta Wenezueli). 
Dzięki niej Chavez w 1994 roku został ułaskawiony. Wystąpił z armii i założył Ruch Piątej Republiki, w którym oparł się na wojskowych i lewicy. W 1998 wystartował w wyborach prezydenckich wyraźnie je wygrywając (uzyskał ponad pięćdziesiąt pięć procent głosów). 
Do wygrania wyborów nie wystarczy mieć wiralowe przemówienie, słuszne poglądy i charyzmę. Potrzebne są też struktury terenowe i pieniądze. Mnóstwo pieniędzy. 

Skąd Chavez je miał? 
Struktury, jak cię mogę, mógł zbudować na bazie spisku z 1992 roku i w oparciu o związki zawodowe, do których dostęp miał przez Maduro. Ale pieniądze? 

Flores stała się bliską współpracowniczką Chaveza. W latach 2000-2011 zasiadała w parlamencie, z czego od 2006 do 2011 była przewodniczącą Zgromadzenia Narodowego. Potem przez dwa lata była Prokuratorem Generalnym Wenezueli. Zbudowała system sądowniczy, w którym nic nie działo się bez jej wiedzy i zgody. To ona była filarem struktur bezpieczeństwa reżimu. 

Po śmierci Chaveza pomogła Maduro, który z kierowcy autobusu awansował na wiceprezydenta (po drodze był liderem związków zawodowych) i został wyznaczony na następcę przez Chaveza, rozprawić się z przeciwnikami politycznymi we własnym środowisku (w końcu to ona kontrolowała prokuraturę i sądy) i objąć prezydencki tron. Po czym ohajtała się z Maduro, z którym i tak już była w związku i została Pierwszą Bojowniczką (w tych komunistycznych reżimach tytulatura jest dodatkowym tematem do ubawu). 
Według wielu źródeł to ona zza pleców Chaveza i Maduro pociągała za wszystkie sznurki, faktycznie rządziła Wenezuelą, obsadzając kluczowe stanowiska swoją rodziną i zwolennikami. W latynoskim społeczeństwie maczystowskim dyktatorka miałaby utrudnione zadanie, ale Evita Peron już pokazała, jak rządzić zza pleców męża. 

Rządy Chaveza, oparte na eksporcie ropy naftowej (który przed 1999 stanowił i tak osiemdziesiąt procent dochodów kraju, a potem ten udział jeszcze wzrósł), w pierwszej fazie dają znaczącą poprawę losu zwykłych Wenezuelczyków. Ale to podobna sytuacja, jak u nas za rządów Gierka. Kasa zamiast na inwestycje i rozwój idzie na konsumpcję i socjal. Infrastruktura nie jest serwisowana i modernizowana i szybko się dekapitalizuje. Wydobycie z poziomu ponad trzech tysięcy baryłek dziennie już po pięciu latach zjechało do mniej więcej dwóch i pół tysiąca baryłek dziennie, żeby w 2014 polecieć jeszcze bardziej w dół na poziom poniżej tysiąca baryłek dziennie. W 2020 wydobycie wynosiło pięćset baryłek dziennie. 
W porównaniu z czasami przed wyborem Chaveza poziom  wydobycia spadł o siedemdziesiąt procent.

Porównanie PKB per capita Polski i Wenezueli. Widać, że po chwilowym załamaniu zaczyna za Chaveza gwałtownie rosnąć, żeby po kilku latach się ustabilizować i załamać się w okolicy 2015 roku. Co ciekawe, obrazek ten wrzucił Elon Musk - amerykańskie media coraz częściej pokazują Polskę jako kraj, któremu się udało

A tak wygląda wenezuelskie PKB per capita w kontekście dochodów z eksportu ropy naftowej. Załamanie w 2014 to skutek reakcji USA na rosyjską napaść na Ukrainę (Donbas i Krym) i odblokowanie wydobycia w Stanach, co pociągnęło za sobą spadek cen. Do tego doszły sankcje przeciw Wenezueli. Widać też wzrost dochodów w przededniu otwartej inwazji Rosji na Ukrainę. W 2024 mimo wzrostu dochodów, PKB zaczyna znów gwałtownie spadać

Skąd się jednak wzięły amerykańskie sankcje przeciw władzom Wenezueli? 

Nie, nie z zemsty za nacjonalizowanie wydobycia ropy. Powód był zupełnie inny. 

Chavez aktywnie współpracował z działającą w Kolumbii terrorystyczną guerillą komunistyczną FARC. 
Skąd wiadomo, że od tego czasu? 
W 2008 roku przy jednym z zabitych dowódców FARC Raulu Reyesie znaleziono laptop, a w nim informacje o współpracy z Chavezem. Między innymi zaoferował on terrorystom trzysta milionów dolarów wsparcia. Zaproponował im też utworzenie obozów i centrów szkoleniowych w Wenezueli. Chavez dostarczał też terrorystom fałszywe dokumenty i finansował ich biura w Caracas. 

FARC od lat (jeszcze za czasów ZSRR) finansował swoją działalność z produkcji i przemytu narkotyków. To dzięki nim rozwinęli się w latach osiemdziesiątych do liczącej się siły politycznej. Do 1991 roku dostawali też pieniądze z sowietów, ale narkotyki stanowiły znacznie ważniejsze źródło utrzymania. Szczególnie, że przed nikim nie trzeba było się z nich rozliczać. 
W istocie wszystkie komunistyczne partyzantki Ameryki Łacińskiej to narkotykowe gangi pozorujące rewolucyjne armie. 

Już w 2004 roku przemyt kokainy przez Wenezuelę znacznie wzrósł. Ostatecznie do 2007 roku osiągnął pułap dwustu pięćdziesięciu ton rocznie, startując z poziomu pięćdziesięciu ton rocznie. Czyli co roku wzrastał o pięćdziesiąt ton. 
W celu realizacji tego procederu Chavez zaangażował istniejący już Cartel de los Soles (Kartel Słońc), który działa do dziś i opiera się na wenezuelskiej armii i służbach, które w ramach obowiązków służbowych przemycają narkotyki do USA (choć robią to w rękawiczkach, czyli nie uczestniczą w bezpośrednim przerzucie, a "jedynie" go ułatwiają). 

Nazwa "Kartel Słońc" pochodzi od oznaczeń stopni generalskich w wenezuelskiej armii, gdyż pierwszymi ujawnionymi szefami grupy byli właśnie generałowie. Co ciekawe, pucz Chaveza nastąpił w niecały rok przed tym, kiedy władze tego kraju rozbiły pierwsze kierownictwo kartelu (pucz w lutym, śledztwo przeciw generałom w październiku)

Zarówno Chavez, jak i Maduro pakowali ogromne ilości niekontrolowanych funduszy w jednostki armii powiązane z kartelem, 
W 2005 roku Chavez oskarżył amerykańskich agentów DEA o szpiegostwo i kazał im wynosić się z Wenezueli. 
W odpowiedzi USA nałożyły pierwsze sankcje za brak współpracy w zwalczaniu handlu narkotykami i terroryzmu. Dotyczyły tylko sprzedaży broni i sprzętu wojskowego. 

W tym samym czasie w Wenezueli pojawiają się "doradcy" z Kuby, którzy szybko przejmują aparat bezpieczeństwa. Przypomnę, że w tym czasie Cilia Flores jest szefową parlamentu, mającego teoretycznie patrzeć władzy na ręce, a chwilę potem staje na czele Prokuratury Generalnej. 
Do tego momentu nie ma w Wenezueli żadnych śladów działań obcych służb, nie licząc amerykańskich, działającym przecież półjawnie.

Następne sankcje nałożone zostały dwa lata później, już na konkretnych urzędników systemu, za współpracę z FARC i handel narkotykami. 

Pomimo, że rządy Chaveza dalekie są od standardów demokratycznych, a stworzony przez niego system w zasadzie eliminuje opozycję, do 2014 roku i objęcia rządów przez Maduro, nie ma żadnych sankcji politycznych. 
W 2014 roku otwiera się puszka z sankcjami, które lecą niemal rok po roku. Głównie za prześladowanie opozycji. 
Pierwsze sankcje na ropę i gaz zostały wprowadzone dopiero w 2018 roku, kiedy wydobycie i tak leci już na pysk. 
Spadek wydobycia wenezuelskiej ropy nie ma zatem nic wspólnego z amerykańskimi sankcjami. Jest skutkiem złego zarządzania i... powiązań z Rosją i Chinami.
Ale o tym za chwilę. 

PKB per capita względem parytetu siły nabywczej w Wenezueli na przestrzeni lat. Wykres jest uśredniony i nie uwzględnia dysproporcji dochodowych, ale łatwo oszacować, że jeśli średnio mówimy o dwustu pięćdziesięciu dolarach miesięcznie, a elity żyją na bogato, to najubożsi są na finansowym dnie. Przygoda z komunizmem kończy się zawsze tak samo

Coraz gorsza sytuacja przeciętnych Wenezuelczyków (w 2012 najniższa płaca wynosiła około trzysta sześćdziesiąt dolarów miesięcznie, a w 2019 osiem dolarów miesięcznie - tak OSIEM!) powoduje, że opozycja się konsoliduje. Manipulacje wyborcze nie pozwalają jej jednak wystawić wspólnego kandydata. Kupowanie głosów, zastraszanie, odmowa rejestracji najpoważniejszych kontrkandydatów (czyli typowo putinowskie zagrania) powodują, że miażdżąco wygrywa Maduro. Wyboru nie uznało jednak wiele państw, w tym USA, państwa Unii Europejskiej i w zasadzie wszystkie kraje Ameryki Łacińskiej, bez względu na opcję. 
Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego Wenezueli Juan Guaido ogłosił nielegalność wyboru Maduro i objęcie przez siebie urzędu prezydenta. W odpowiedzi Maduro zignorował Zgromadzenie Narodowe i powołał nielegalne Zgromadzenie Konstytucyjne, które przyjęło od niego (wbrew prawu) przysięgę prezydencką. 
Ostatecznie trwającą pół roku próbę sił wygrał Maduro, gdyż większość armii, a przede wszystkim wyższych dowódców pozostała mu wierna (generałowie mają udziały w wenezuelskich firmach plus uczestniczą w Kartelu Słońc). Doszło jednak do pojedynczych przypadków wyłamania się, w tym dowódcy lotnictwa. Maduro uznał, że własne siły to za mało i wzmocnił chroniący go kontyngent Kubańczyków i wagnerowców.

Warto obejrzeć reportaż o wydarzeniach z 2019 roku

W 2023 roku Joe Biden na zachętę zredukował sankcje, ale Maduro ponownie bezczelnie skręcił wybory, o czym już pisałem.

Wracamy zatem do ropy, Rosji, Kubańczyków i Chin. 
I cały czas w tle tej opowieści mamy Cilię Flores. 

Rosja na wenezuelskie pola naftowe weszła już z chwilą wyboru Chaveza na prezydenta. Na początku ostrożnie, ale z czasem coraz mocniej. Głównie działała poprzez Rosnieft. Ten sam Rosnieft, który wspólnie z Silvio Berlusconim próbował wyprzeć francuskie firmy z Libii, co skończyło się w 2010 roku interwencją francuską, wspieraną przez Brytyczyków, a zakończoną przez USA i likwidacją Kadafiego. 
Wkrótce do wenezuelskiego interesu dołączyły Chiny. 

Rabunkowo wydobywana ropa i brak inwestycji w infrastrukturę spowodowały spadek wydobycia, co zaczęło się odbijać na spadku poziomu życia w społeczeństwie. 
Od 2006 roku (a według niektórych źródeł już od 2000) Chiny zaczęły udzielać Wenezueli pożyczek na kwotę łączną przynajmniej sześćdziesięciu miliardów dolarów USA (według innych szacunków do stu sześciu miliardów dolarów USA). Według umów kredyt miał być spłacany dostawami ropy. Umowy opiewały na sto-trzysta tysięcy baryłek dziennie, a niektóre mówiły o całościowym wolumenie miliona baryłek. 
Tyle, że to było przy cenach maksymalnych i rosnących. 

Poziom życia spadał dalej, więc w 2007 roku Chavez znacjonalizował wydobycie ropy naftowej (przypomnę, że było to po pierwszych amerykańskich sankcjach obejmujących tylko sprzedaż broni i na długo przed ebargiem na ropę) tylko po to, żeby rok później sprzedać pola naftowe Rosnieftowi za nieco ponad półtora miliarda dolarów. 

W 2010 roku nastąpiło pierwsze załamanie cen ropy naftowej (Rosnieft został wykopany z Libii). W celu spłacenia długów, Wenezuela musiała oddawać Chinom i Rosji więcej ropy za tę samą cenę. Zostawało mniej na sprzedaż na rynku. 
Wydobycie nadal spadało.

Tu jeszcze lepiej widać, jak Rosja śrubowała ceny ropy w ramach przygotowań do wojny. Gwałtowny spadek wydobycia wiąże się z gwałtownym wzrostem cen. To blokowało zyski dla Wenezueli, ale dawało je Rosji

Mimo to Maduro zaciągnął kolejne kredyty spłacane ropą, tym razem w Rosji, która łącznie wpakowała w Wenezuelę siedemnaście miliardów dolarów (w pierwszej fazie sześć i pół miliarda). Znaczna część z tej kwoty wróciła szybko do Moskwy w postaci pieniędzy za zakup rosyjskiego uzbrojenia. Rosja miała z tego i pieniądze, i ropę.
Wydobycie nieco wzrosło, by w 2015 mimo spadku cen runąć na łeb. Zadłużenie rosło, a spłacać nie było czym. 

Do 2019 roku osiemdziesiąt procent wenezuelskiej ropy wywoziła Rosja. Jako spłatę zadłużenia, czyli de facto w znacznej części za darmo. Po tej dacie, kiedy pod presją amerykańskich sankcji Rosnieft wycofał się oficjalnie, a swoje udziały sprzedał powiązanym spółkom i rządowi Rosji, pulę tę przejęły Chiny. 

Do tego doszedł trzeci czynnik, czyli Kuba, z którą za pomoc w utrzymaniu władzy Chaveza i Maduro Wenezuela rozliczała się... dostawami ropy naftowej. Tu ginęła duża część pozostałych dwudziestu procent wenezuelskiej ropy. 

O ile Kuba wenezuelską ropę wykorzystywała na swoje potrzeby, ratując się przed kryzysem energetycznym, o tyle Rosja i Chiny wywieziony z Wenezueli towar... odsprzedawały dalej. Rosja przynajmniej uczciwie deklarowała, że jest pośrednikiem (ale nie określała, czyim). Chińczycy zmieniali "metki" i sprzedawali jako własne. 

W efekcie sytuacja wyglądała tak, że Wenezuelę obsiadły trzy pijawki, które tanim kosztem (Chiny część pieniędzy też dostawały z powrotem choćby w postaci zapłaty za chemikalia konieczne do wydobycia tzw. ciężkiej ropy, która stanowi większość wenezuelskich zasobów - Chińczycy mają zakłady, w których przetwarzają ciężką ropę naftową, między innymi na olej opałowy, czy asfalt) wysysały jej bogactwo w zamian dając niewiele, lub właściwie nic. 

Zielone plamki to rejony wydobycia "normalnej" ropy naftowej. Czerwona plama to właśnie zbiornik ciężkiej ropy

Dziewięćdziesiąt procent wenezuelskiej gospodarki oparte jest na ropie naftowej. Z tego jakaś połowa oddawana była za free Rosji, Chinom i Kubie. 

I tu wracamy do postaci Cilii Flores. 
W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych sowieci prowadzili aktywną działalność w Ameryce Łacińskiej. Zaczęło się pod koniec lat pięćdziesiątych na Kubie, gdzie w 1959 komuniści pod wodzą Fidela Castro zdobyli władzę, szybko zamieniając kraj w ruinę. W 1962 roku sowieci próbowali przekształcić Kubę w swoją bazę rakiet balistycznych, co o włos nie skończyło się konfrontacją atomową. Wtedy, po odsunięciu Chruszczowa od władzy sowieci zmienili strategię. Zamiast jednej kontrolowanej przez nich wyspy zechcieli mieć cały region. 
Pierwsze podejście to operetkowa wyprawa bandyty "Che" Guevary do Boliwii, gdzie został szybko zniszczony przy pomocy "nieuświadomionych klasowo" chłopów. 
Potem było już tylko gorzej. 

Próba opanowania Chile została utopiona we krwi przez Pinocheta. 
Ale już w Argentynie udało się zbudować rząd przychylny sowietom, który obalony został dopiero po klęsce w wojnie o Falklandy w 1982 roku. 
Prawdziwa rewolta wybuchła jednak w Nikaragui, gdzie lokalny współpracujący z USA dyktator Somoza zajumał w 1972 roku całą międzynarodową pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi w tym kraju. 
Polityka władz USA "sukinsyn, ale nasz sukinsyn" dawała pożywkę sowieckiej propagandzie. Dopiero kiedy w 1979 roku komuniści opanowali Nikaraguę, rząd w USA otrzeźwiał i za czasów Reagana i Busha zaczął trochę uważniej dobierać współpracowników (choć na Ortedze w Panamie się przewieźli). 
W 1991 roku opanowana chaosem po pierestrojce Rosja "wycofała" się z Latynoameryki, ale aktywa służb pozostały. Wystarczyło je tylko ponownie aktywować. Zaś od połowy lat dziewięćdziesiątych Rosja właśnie do Ameryki Łacińskiej zaczęła wracać, korzystając z pozostawionego sobie przyczółka na Kubie...

W tym czasie (lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte) w Wenezueli nie było lepiej. Kraj był pogrążony w kryzysie, spowodowanym krachem paliwowym z 1973, a potem 1979 roku. O warunkach życia w tym czasie pisałem wyżej. 

Głównym eksponentem sowieckiej aktywności w Ameryce Łacińskiej była Kuba, której bezpieka łowiła agenturę w środowisku ambitnych przedstawicieli biedoty, wywodzących się z nizin wojskowych i ludzi o przekonaniach lewicowych, chcących po prostu unowocześnić swoje kraje. 
Zaczyna to coś przypominać? 

Zerknijcie do góry.
Pochodząca z nizin społecznych studentka prawa, która nie wiadomo skąd ma pieniądze na studia (jeśli zarabiała w tym czasie prostytucją, to tym bardziej była znakomitym materiałem do werbunku). 
Pochodzący z nizin społecznych ambitny wojskowy. 
Pochodzący z nizin społecznych działacz związkowy. 
Cała trójka to idealni kandydaci do werbunku przez sowieckie i kubańskie służby. 

Od wygranej Maduro to Rosja była cały czas adwokatem wenezuelskiego reżimu (Kuba na arenie międzynarodowej się nie liczy).
Chavez wygrał wybory w grudniu 1998 roku. W tym czasie szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji był... Władymir Putin. 
I tak, FSB nie zajmowała się działalnością zagraniczną, ale nie wiemy, jaki był faktyczny zakres zadań Putina (a w Rosji to nie jest oczywiste), szczególnie, że pół roku później został sekretarzem Rady Bezpieczeństwa FR (w nagrodę?), a już niecałe dwa lata później premierem Rosji. 

Czy nie jest możliwy scenariusz, w którym Cilia to zwerbowana jeszcze w latach osiemdziesiątych kubańska agentka? G2, jak się określa kubańską bezpiekę wie, jak zarabiała na studia, więc trzyma ją w szachu, mając coś, co by ją skompromitowało i zakończyło karierę. Jeśli była to kwestia prostytucji, to lata dziewięćdziesiąte, jeszcze w Ameryce Łacińskiej były na długo przed tym, kiedy w liberalnej Europie prostytucję nobilitowano słowem sexworking. Ujawnienie tego skończyłoby jej karierę adwokacka. 
Mogła to być oczywiście jakaś zupełnie inna sprawa. 

Luki w życiorysie Cilii Flores mogą sugerować też, że jest ona nie tyle zwerbowaną agentką, ale wręcz nielegałką - kadrową funkcjonariuszką kubańskiego lub sowieckiego wywiadu, która podszyła się pod tożsamość nieżyjącego dziecka. Rodzina za milczenie dostała ogromne pieniądze i udział we władzy. 

Jako prawniczka i adwokatka specjalizująca się w sprawach karnych i prawie pracy Flores ma taki rodzaj i wysokość dochodów, że przez jej ręce bez problemu mogą płynąć fundusze na realizację kubańskich i rosyjskich planów. Jej profesja umożliwia też kontakty z najprzeróżniejszymi ludźmi, którzy normalnie wzbudziliby podejrzenia. Ma też dostęp do całej masy informacji, pozwalających werbować następnych. 

Chavez szykując pucz opiera się dokładnie na tym samym środowisku, z którego werbowały komunistyczne wywiady. Czy po prostu wykorzystał dawną sowiecką siatkę? A jeśli tak, to skąd miał kontakty?
Jego krótkie przemówienie telewizyjne w dniu puczu w 1992 roku jest znakomite i słusznie razem z hasłem por ahora stało się wiralem. Sam to wymyślił, czy ktoś mu przygotował? 
I czemu mówi, że "otworzą się nowe możliwości"? Tak sobie rzucił, czy ktoś mu obiecał bezkarność i pomoc w dalszej karierze? 

Maduro. Od kierowcy autobusu przez lidera związkowego i ochroniarza do prezydenta. Znamy takie kariery z Polski. Za każdym razem w tle migają służby. 

Cilia Flores może być faktycznym mózgiem tego politycznego układu, bo jak pisałem, to ona de facto decydowała o wszystkim. Maduro nie jest na tyle inteligentny, żeby zbudować skuteczny system społecznej kontroli. Także Chavez to nie był tytan intelektu. 

Czy to ona ściągnęła do Wenezueli Kubańczyków i zaproponowała patologiczne układy biznesowe z Rosją i Chinami?

To są pytania, na które może kiedyś dostaniemy odpowiedź. Jednak widać wyraźnie, że
o żadnym suwerennym państwie nie mogło w przypadku Wenezueli być mowy!
To była chińsko-rosyjsko-kubańska kolonia, w której kubańskie służby i rosyjscy najemnicy utrzymywali przy władzy powolnych sobie, ale znienawidzonych przez naród ludzi w zamian za dostęp do surowców. Przy czym Kuba była w pozycji absolutnie bezpośredniego kolonizatora, natomiast Rosja i Chiny wystąpiły w relacji neokolonialnej, jak np. Francja względem Afryki. 
Relacja niszcząca dla totalnie eksploatowanych gospodarki i ludności Wenezueli (co czwarty Wenezuelczyk jest na emigracji). Przy najniższej płacy na poziomie kilku dolarów miesięcznie Wenezuelczycy dosłownie pracowali za miskę ryżu.

W pewien sposób sytuacja ta przypomina PRL. W czasach Gomółki chodził taki żart, parodiujący jego przemówienia:
Uważam, że handel ze Związkiem Radzieckim jest opłacalny. My wysyłamy do nich rocznie pięćset tysięcy ton węgla. W zamian oni przysyłają nam miesięcznie pięćset tysięcy par butów. Do podzelowania. 
Dodatkowo poprzez Chaveza, a potem Maduro Moskwa, Pekin i Hawana sponsorowali terrorystyczne partyzantki, podkręcali konflikty graniczne z Gujaną, słowem, destabilizowali cały region. Ponadto przy pomocy migracji i narkotyków rozwalali od środka USA.
Nie było żadnego układu z Chinami, ani Rosją
Z tej analizy wynika także, czemu wszelkie domysły rzekomego dilu między USA, Chinami i Rosją oraz podziału stref wpływów są również bez sensu.
Chiny i Rosja nie po to inwestowały przez dziesięciolecia w różnych rejonach globu, nie po to tworzyły przyczółki swoich wpływów i dominacji, żeby teraz to odpuszczać. Utraty Ameryki Południowej i Środkowej nie zrekompensuje opanowanie Ukrainy, czy Tajwanu. W obu przypadkach z perspektywy Moskwy i Pekinu mówimy zresztą o odzyskaniu "własnego" terytorium, a nie o ekspansji. Godząc się na strefy wpływów zarówno Pekin, jak i Moskwa przyznałyby się do słabości i w istocie rezygnowałyby z globalnych aspiracji. 

Po drugie, niecały rok temu, w maju Rosja z Wenezuelą podpisały porozumienie o strategicznym partnerstwie. Delegacja chińska tuż przed amerykańską akcją przybyła do Caracas, żeby wyrazić całkowite poparcie dla Maduro. 
Jeśli teraz zgodziliby się na jego uprowadzenie przez Amerykanów, jak na to popatrzą w Brazylii, Nikaragui, Kubie, czy RPA? 
Jeśli Moskwa i Pekin oddadzą swoich sojuszników Amerykanom, jak do tego podejdą w Delhi, czy... Korei Północnej? 
Już samo to, że Amerykanie wywożą sojusznika Chin i Rosji pod nosem chińskiej delegacji, a aspirujące do panowania nad światem kraje mogą tylko wydać bełkotliwe oświadczenia. 
To kolejna po Syrii i Iranie sytuacja, kiedy chińskie i rosyjskie gwarancje okazują się pustymi deklaracjami. 

Skala wpływów chińskich w Afryce. Jak widać, Pekin nie zamierza brać pod uwagę jakichkolwiek "stref wpływów". W Ameryce Łacińskiej wygląda to jeszcze mocniej

Wykorzystując (wywołaną przez siebie) pandemię COVID-19 Chiny (i Rosja) rozwinęły przestępczą agresję przeciw Stanom Zjednoczonym, zarówno poprzez nielegalną migrację, jak i poprzez przemyt narkotyków i broni, zabójstwa i korupcję. Szerzej opisuje to artykuł z US Naval Institute z 2021 roku

Oczywiście, można mówić, że "bliższa ciału koszula" i to, co blisko Chin, będzie chronione przed USA. A jeśli z ofertą zmiany sojusznika przyjdzie Japonia? 

Kompilując Wieniawę i Thalleyranda, w polityce można popełniać zbrodnie, ale nigdy błędów. Oddanie zaś sojusznika za darmo rywalowi byłoby grubym i dalekosiężnym błędem.

Co dalej? 
Amerykanie realizują zapowiedzianą w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego... strategię i nie zamierzają bawić się w budowanie demokracji i pakowanie w kolejną wojnę nie do wygrania. Ofertę stanięcia na czele nowego rządu dostała wiceprezydent Wenezueli Delcia Rodrigues, która po krótkim krygowaniu "chciałabym, ale boję się", złożyła dziś przysięgę prezydencką na Konstytucję Wenezueli. 


Przysięgę odbierał brat pani Rodrigues Jorge, a sam dokument trzymał... Nikolas Maduro, syn byłego dyktatora. 

I w tym momencie wszyscy liberałowie i postępowcy świata robią karpia. 
Po co była cała akcja? 

Przeczytajcie jeszcze raz cały powyższy wywód. 
Nie, nie chodziło o zmianę ustroju. Chodziło o wyjęcie kraju z rąk kubańsko-rosyjsko-chińskiej agentury. 

Jak już pisałem, cała akcja nie byłaby możliwa bez współpracy od środka. Jeśli jedna czwarta społeczeństwa w trzydziestomilionowym narodzie jest na emigracji, to każdy z członków elity ma kogoś, kto został zmuszony do wyjechania z kraju przez biedę i represje. Pogarszająca się sytuacja ekonomiczna zaczęła z czasem odbijać się także na poziomie życia establiszmentu. 
W tych warunkach nie było problemu, żeby zmontować szeroki spisek na rzecz wywalenia Maduro i Flores razem z Kubańczykami w kosmos. Dodatkowym czynnikiem frustrującym musiało być to, że kolonizatorem Wenezueli był kraj znajdujący się na znacznie niższym poziomie pod względem ekonomicznym. 
Warto też pamiętać, że w wyborach w 2024 roku przeciw Maduro głosowało prawie sześć milionów Wenezuelczyków. To znaczy znowu, że odesłać w cholerę chciała go także część struktur władzy. 

System polityczny Wenezueli (jak każdy system polityczny) nie był i nie jest monolitem.

Co teraz? 
Prezydent Trump zapowiedział, że Wenezuela przez jakiś czas będzie bezpośrednio zarządzana przez Amerykanów (czyli de facto okupowana) aż do możliwości przekazania władzy administracji, która zapewni stabilny rozwój krajowi. 
Oznacz to ni mniej, ni więcej, tylko to, że ludzie reżimu Maduro muszą się dogadać z opozycją i stworzyć stabilny rząd akceptowany przez większość...

Zaraz... zaraz...
Dotychczasowy rząd ma dogadać się z opozycją i stworzyć nową władzę, którą zaakceptuje większość i w zamian Amerykanie rozwiną z tym krajem biznesy. 
Skąd my to znamy? 

Nie tak wyglądał Okrągły Stół w Polsce, moi oburzeni liberałowie?

Pozostawienie ludzi Maduro przy władzy jest też ważnym komunikatem dla pozostałych lokalnych przywódców, mówiącym, że jeśli zgodzą się na zmianę kluczowego partnera z Chin i Rosji na USA, mogą liczyć na pozostawienie przy władzy, o ile nie mają na sumieniu przestępstw przeciw Stanom. 
Jednocześnie zaplecze polityczne tych, którzy jednak podpadli amerykańskiemu systemowi, dostało informację, że jeśli wydadzą swoich szefów, to Amerykanie pozwolą im zająć ich miejsce. 
Stany nie potrzebują wojny na swoim bezpośrednim zapleczu. 

Łącząc oba wątki. 
Czemu amerykańska akcja w Wenezueli może przyspieszyć agresywne działania Rosji? 

Waszyngton wysłał bardzo czytelny komunikat, że zawarte w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego koncepcje traktuje serio. Ten dokument to nie jest sztuka dla sztuki. To program tej administracji. A to oznacza, że Ameryka buduje świat, w którym nie ma miejsca na działania sprzeczne z interesem USA. 
Marco Rubio już powiedział, że kolejnym celem operacji amerykańskiej będzie Kuba. Kto po niej?

Budowany misternie Sojusz Głodnych może się rozpaść, widząc, że obudzili mocno wkurzonego grizzly i że on też jest głodny. To nie zabawa z liberalnymi, bojącymi się obrońców praw człowieka Demsami. To rozprawa z bardzo agresywnym i wkurzonym imperium. Można fikać, dopóki u brzegów nie pojawi się US Navy. 

W dodatku Chiny i Rosja utraciły bardzo ważne źródło taniej ropy naftowej i dodatkowych dochodów z jej sprzedaży. To nie odbije się na ich potencjale gospodarczym i militarnym dziś. Jednak jutro i pojutrze istotnie na nich zaważy. 
Zwłaszcza, że ciężka ropa naftowa potrzebna jest do wyprodukowania oleju napędowego i mazutu, stosowanych w napędach do starszych typów okrętów wojennych. 
Po prostu chińska marynarka wojenna do działania potrzebuje tego rodzaju surowca. 

Poza tym, opanowanie i podporządkowanie Ameryki Łacińskiej uwalnia siły USA do aktywności poza Ameryką. Stany nie będą musiały uważać na to, co dzieje się w ich bezpośrednim zapleczu, bo to będą robić wspierane przez nie rządy lokalne. To pozwoli Amerykanom działać i na froncie europejskim, i azjatyckim, który jest priorytetowy. 

Po prostu, dla Moskwy i Chin okno możliwości się zamyka. Jeśli coś ma się udać, to teraz lub nigdy...

I w tym kontekście warto spojrzeć na temat Grenlandii. 
Europa burzy się, że prezydent Trump żąda sprzedania mu tej wyspy, pieprząc głodne kawałki o suwerenności i prawie do samostanowienia elity UE de facto popierają kolonializm, którego częścią była eksterminacja Inuitów przez władze Danii w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku (tak, już po pokonaniu nazizmu Duńczycy przeprowadzili iście nazistowską czystkę etniczną wśród rdzennej ludności Grenlandii za pomocą sterylizacji kobiet). 
Ale nie to jest tu istotne. 

Grenlandia to idealny niezatapialny lotniskowiec do ataku na Stany Zjednoczone. 


Jeśliby została opanowana przez państwo wrogie USA, to powstałaby sytuacja, w której systemy wczesnego ostrzegania NORAD miałyby poważny problem z odpowiednio szybkim zareagowaniem. Po prostu odległość jest zbyt mała, a Nowy Jork znalazłby się w zasięgu Ch101/102. Co więcej, okręty podwodne mogłyby odpalać rakiety w niewielkiej odległości od własnej bazy. Dotarcie z Grenlandii na odległość pozwalającą ostrzelać Nowy Jork rakietami typu Kindżał zajęłoby im od dwóch (atomowe na pełnej prędkości) do siedmiu (konwencjonalne na pół prędkości) dni. 
To może być zbyt mało, żeby je wykryć i zniszczyć. 

Zatem stanowisko prezydenta Trumpa o znaczeniu Grenlandii dla bezpieczeństwa USA ma racjonalne podstawy. Dania, ani państwa europejskie nie są w stanie zabezpieczyć wyspy przed ewentualną chińsko-rosyjską inwazją. 
Dlatego prezydent Trump podnosi kwestię przekazania Grenlandii USA. 

Dlatego? 
No raczej nie do końca. 
Popatrzmy na tę sytuację oczami Pekinu. 

Grenlandia jest łakomym kąskiem, dającym możliwość ataku na USA i Kanadę. Należy do Danii, dla której jest to zbyt wielkie terytorium. Dwadzieścia pięć tysięcy duńskich żołnierzy może na niej co najwyżej pojeździć na nartach. 
Zatem luz. Trzymamy "oko i ucho na pulsie" i czekamy na okazję, żeby jednym skokiem zająć to terytorium. Jak już tam chińska Armia Czerwona będzie, to wygnanie jej nie będzie takie łatwe. 

Ale zaraz, co? 
Prezydent Trump mówi, że chce zająć Grenlandię!
Jak na wyspie będzie armia USA, a w pobliżu flota, o ataku można zapomnieć. 
Czyli trzeba zacząć przeciwdziałać. 
Przyspieszyć inwazję? 

Temat Grenlandii stanowi z jednej strony faktycznie istotny problem dla amerykańskiego (i kanadyjskiego) bezpieczeństwa, ale jednocześnie jest sygnalizowaniem rywalom, że mają coraz mniej czasu (podobnie, jak mówienie o interwencji na Kubie, czy w Iranie). 
Chodzi dokładnie o to, żeby przeciwnik ruszył jako pierwszy i właśnie teraz. 

Czemu teraz? 
Bo jeszcze nie jest do tego gotowy. NATO też nie jest, ale bez ostrogi w postaci bezpośredniego zagrożenia, przygotowania nie zostaną przyspieszone. Amerykański wyborca wciąż ma wątpliwości i nie chce iść na wojnę, podobnie jak wyborca polski, niemiecki, czy francuski. 
Jeśli mają zmienić zdanie, to wojna musi pojawić się na tyle blisko, żeby zrozumieli, że to także ich wojna. 

Jeśli chodzi o front ukraiński, to nie ma poważniejszych zmian. 


Komentarze

  1. Analogicznie gdyby udało się stworzyć alternatywny ośrodek potencjalnej władzy w PRL, w roku 1981, to można by prowadzić u nas grę na miarę tej, jaka w Wenezueli się odbywała wewnątrz aparatu władzy od 2019. Gdyby nie bardzo udana współpraca z gen. Carvajalem, i jego sypanie na temat większości działań służb wenezuelskich w Latynoameryce i innych kontynentach, to Amerykanie nie mogliby doprowadzić do tak sprawnego oczyszczenia pola przed samym porwaniem.
    Zadziwia mnie jednak, że gen. Jaruzelski był tak niesamowicie umocowany, że żadne siły wewnątrz aparatu nie mogły go skłonić do poddania się. Nie było silnej opozycji wewnętrznej, a jedyną i to opartą o kooperację, a nie rywalizację, wytwarzał dopiero wchodzący do Biura Kiszczak i reszta ostatniego rzutu BP. Jednak można rozważać czy, a jeśli tak to też: "po co?", mogłaby powstać próba zdjęcia generała Jaruzelskiego przez zewnętrzne czynniki.
    I nie żeby głupie były takie rozważania o scenariuszu "Porwania Spawacza", bo całe jego honorowanie i tak bierze się z myślenia jedynie w funkcji "co by bylo gdyby", a nie realnej oceny jego wpływu na funkcjonalność aparatu państowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jeszcze istotniejsza sprawa, że Unia jest sama takim miejscem, jak PRL za Jaruzela, bez opozycji, bez rozwoju, bez wartości, gdzie bez interwencji zewnętrznej nic się nie zmieni i chyba tylko przeoranie przez jakiegoś Napoleona w tę i wszerz może coś tu odbudować. Także krytyka wobec Operacji Absolute Resolve wygląda jak lęk przed tym, że i dla Unii jedyną szansą jest zewnętrzna interwencja. Nowy D-Day.

      Usuń
  2. Obrona USA to jedno, a zasoby naturalne Grenlandi to drugie...

    Przecież USA ma baz na Grenlandi parę - jedna z nich to THULE - teraz Pituffik Space Base - projektowana chyba na 30 tys zołnierzy, a obecnie jest chyba 500 czy coś koło tego.

    Zresztą - USA i Dania zakładały NATO; a umów z USA odnośnie Grenlandii jest cała masa - głównie wojskowe - więc tu raczje nie chodzi tylko o obronę, lecz surowca naturalne teżwchodzą w grę.
    Albo jeszcze co innego.


    https://pl.wikipedia.org/wiki/Pituffik_Space_Base

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - dzień trzysta sześćdziesiąty szósty trzeciego roku, pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy i dziewiąty dzień czwartego roku (1096, 1097, 1098, 1099, 1100, 1101, 1102, 1103, 1104, 1105)

Dziennik wojny - doba dwudziesta piąta, dwudziesta szósta, dwudziesta siódma, dwudziesta ósma, dwudziesta dziewiąta, trzydziesta, trzydziesta pierwsza i trzydziesta druga czwartego roku (1121, 1122, 1123, 1124, 1125, 1126, 1127, 1128)