Dziennik wojny - Czy Rosja zaatakuje NATO? - doby od dwieście osiemnastej do dwieście dwudziestej trzeciej piątego roku (1679-1684)
W filmie "Pasażer 57" z Wesleyem Snipesem terrorysta Charles Rane (gra go Bruce Payne) wdziera się do kokpitu i pyta:
- Kto jest dowódcą?- Ja
- odpowiada kapitan, po czym Rane go zabija i pyta ponownie. Drugi pilot mówi:
- Pan.- Doskonale
- odpowiada Rane i przejmuje samolot.
Czy Rosja może zaatakować NATO?
Institute for the Study of War wypuścił ciekawą analizę (jak sami piszą "hipotetyczną", a nie prognozę) odnośnie możliwej akcji zaczepnej Rosji względem NATO. Punktem wyjścia są już realizowane działania Moskwy względem Estonii, o których pisałem na blogu.
Dodatkowo w okresie wyborów w Rosji dodatkowo rosyjska FSB ogłosiła częściowe zamknięcie strefy nadgranicznej wzdłuż rzeki Narwa. Nie wolno poruszać się po rzece i wzdłuż niej, obowiązuje godzina policyjna i zakaz posiadania broni. Po 26 września ten rygor przestał obowiązywać, jednak podniósł nieco emocje.
ISW zwraca uwagę na fakt, że jeśli chodzi o fazę przygotowań do akcji zaczepnej, Rosja ma już wszystko.
- Od marca zeszłego roku Moskwa podważa legalność państw bałtyckich. W pierwszej kolejności zaatakowana została Litwa i jej państwowość w książce "Historia Litwy". Przedmowę do niej napisał osobiście moskiewski Minister Okłamywania Świata, czyli Ławrow. To oznacza, że książka, stosująca wobec Litwy tę samą retorykę, jak wcześniej wobec Ukrainy, ma "stempel" Kremla.
- W listopadzie zeszłego roku ten sam Człowiek o Twarzy Konia Ławrow w jednym z wywiadów oskarżył Litwę, Łotwę i Estonię o rusofobię i prześladowanie osób rosyjskojęzycznych.
"Zabawne", że wywiad ten (zbiorówka dla rosyjskich mendiów) został nagrany 11 listopada, czyli w rocznicę zakończenia I wojny światowej i w rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę oraz tydzień przed analogiczną rocznicą na Łotwie (Litwa i Estonia swoją niepodległość zadeklarowały w lutym 1918 roku)
- W marcu bieżącego roku rzeczniczka Ministerstwa Uzasadniania Bandytyzmu Maria Zacharowa oskarżyła rządy państw bałtyckich o "neofaszystowską histerię", a ograniczenia w kwestii języka rosyjskiego nazwała "ostatecznym rozwiązaniem kwestii rosyjskiej" (swoista bezczelność, żeby porównać planowe wymordowanie kilku milionów ludzi z ograniczeniami w kwestii urzędowego stosowania języka).
- W czerwcu tego roku Moskwa opublikowała "Czarną księgę. Historię rusofobii w państwach bałtyckich", gdzie postawiona jest teza, że antyrosyjski kurs w tych państwach jest narzucony przez Unię Europejską (tak, tę, która przebiega nogami, żeby z Rosją na powrót handlować), a elitom politycznym Litwy, Łotwy i Estonii płacone są pensje za antyrosyjskość (głupie? głupie, ale głąby Putina, jak nasi "silni zrazem" łykną każdy idiotyzm).
- W lipcu i sierpniu w mediach rosyjskich krążyły fałszywki udające zachodnie serwisy, które mówiły o zamordowaniu przez ukraińskiego żołnierza podczas ćwiczeń trzech żołnierzy NATO.
- 25 września na Międzynarodowym Forum Zjednoczonych Kultur w Petersburgu (co to są "zjednoczone kultury"?) jeden z Putinów zaprzeczając przygotowaniom do wojny z NATO (nie wierzę w informacje nie zdementowane) oskarżył państwa bałtyckie o prześladowanie mniejszości rosyjskiej i zapowiedział: "będziemy walczyć o rodaków". Powtórzył tym samym retorykę sprzed ataku na Ukrainę.
- W ramach kampanii wyborczej do parlamentu łotewskiego (wybory w sobotę 3 października) realizowana jest operacja propagandowa podważająca sens łotewskiej państwowości i stawiająca tezę, że oderwanie się od Rosji Łotwie zaszkodziło.
- Od 2022 roku zbierane są materiały mające dokumentować tezę, że w państwach bałtyckich Rosjanie są prześladowani. Celem jest wytoczenie sprawy przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości, ale może to równie dobrze służyć antybałtyckiej propagandzie.
- Od lata zeszłego roku działa szyld "Narwiańskiej Republiki Ludowej", który uaktywnił się zimą bieżącego roku (pisałem o tym).
- Pod koniec września Ławrow zapowiedział, że próba działań NATO przeciw Obwodowi Królewieckiemu oznaczać będzie użycie taktycznej broni jądrowej przez Rosję. Jako jeden z celów wskazał Polskę.
- Kanał Rybar opublikował mapę celów na terenie Polski dla rosyjskich dronów dalekiego zasięgu.
- W socjalach, szczególnie na Xrze od kilku dni trwa kampania propagandowa "Rosja nie jest moim wrogiem", w ramach której tysiące kont z całego świata deklaruje, że nie widzi sensu wojny z Rosją, bo "jemu Rosja nic nie zrobiła".
W ten sposób Moskwa przygotowała propagandowy grunt pod operację przeciw państwom bałtyckim. Wypełnienie ich treścią jest kwestią czasu.
Jak by to mogło wyglądać według ISW?
Faza I
Rozmieszczenie wojsk dronowych, w tym "Rubikon" wzdłuż granicy z Estonią na Narwie. Małe grupy specnazu i piechoty morskiej bez ciężkiego sprzętu w odwodzie.
Faza II
"Zielone ludziki" przenikają przez granicę na teren Estonii.
Faza III
"Zielone ludziki" opanowują główne budynki i ulice Narwy, ogłaszają powstanie Narwiańskiej Republiki Ludowej i proszą Rosję o pomoc.
Faza IV
Próba zdławienia kryzysu przez siły NATO zostaje powstrzymana przez rosyjskie wojska dronowe, które tworzą około sześćdziesięciokilometrową "strefę bezpieczeństwa = strefę śmierci", na terenie której działają bezpiecznie "separatyści".
W ocenie ISW NATO nie ma obecnie potencjału, ani woli (szczególnie na poziomie społeczeństw), żeby zareagować na taką akcję. W efekcie pada możliwość użycia artykułu 5 Traktatu, a pomoc dla Ukrainy zostaje rozproszona na dwa kierunki.
Faktyczny stan wojny z NATO uzasadniłby otwartą i pełną mobilizację w Erefii (że to Rosji zależy na rozszerzeniu konfliktu a Ukraina na tym traci, też pisałem)
Czy ten scenariusz jest możliwy?
Tak, jest bardzo realny, ale...
ISW stawia tezę, że Moskwa ograniczy się tylko do takiego działania i nie pójdzie dalej, bo na pełnoskalowy konflikt z NATO jej nie stać.
Tylko, że to rozumowanie ma słabe pukty.
Rosyjskie założenie, że opisana sytuacja spowoduje kryzys w NATO, gdyż nie zostanie uruchomiony artykuł 5 z powodu niechęci któregokolwiek z sojuszników (na ćwiczeniach parę lat temu była to Francja i analizowany był 1:1 taki scenariusz, tylko nie w Estonii), ma realne podstawy. Społeczeństwa zachodnie mają swoje wewnętrzne problemy, w których skutki głupoty europejskich elit są podlewane obficie przez moskiewską agenturę. Jest więc bardzo prawdopodobne, że Jean, John, Juan, Giovanni i Hans nie będą chcieli umierać za Narwę.
Ale zupełnie inaczej sytuacja wygląda, kiedy zapytamy o to, Jana, Jana, Jana, Jana (w językach skandynawskich Jan brzmi tak samo, jak w polskim) i Janne. Finlandia, Szwecja, Dania i Norwegia doświadczyły ruSSkiego miru i czują się równie zagrożone, jak Polska.
To nie uruchomi artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, ale może być podstawą nowego sojuszu, który po włączeniu Ukrainy i Rumunii może wytworzyć nową jakość geostrategiczną. Jeśli sojusz ten dostanie choćby "tylko" wywiadowcze i technologiczne wsparcie USA, nadal będzie wystarczająco silny, żeby stanowić zagrożenie dla Rosji.
Rosji zatem taka sytuacja się nie opłaca.
Po drugie, jeśli artykuł 5 zadziała, akcja zaczepna ograniczająca się do Narwy nie zaangażuje na tyle mocno państw NATO, żeby jakoś istotnie zmniejszyć dostawy dla Ukrainy. To za mały front, który nie wchłonie aż takich zasobów.
Co zatem jest możliwe i prawdopodobne?
To, że Rosja faktycznie zacznie w taki sposób, jak opisał ISW, ale na tym nie poprzestanie. Po pierwsze, dronowy "parasol" umożliwia podjęcie działań na południe od Zalewu Narwiańskiego, a następnie poszerzanie zajętego terenu.
Na zasadzie przerwania tamy przez wodę. Nie uderzeniem jednej fali, a stopniowo zwiększającym się naciskiem od strumyczka pod Narwą aż po falę, która zaleje państwa bałtyckie i Polskę.
W takim przypadku NATO będzie musiało zareagować, a w razie upadku artykułu 5 i rozpadu NATO, przy odpowiednim tempie postępów, alternatywny sojusz może nie zdążyć zaistnieć.
| Szczególnie, że ludność rosyjskojęzyczna (coraz ciemniejszy żółty do brązowego i czerwonego) mieszka nie tylko koło Narwy |
W takim przypadku NATO będzie musiało zareagować, a w razie upadku artykułu 5 i rozpadu NATO, przy odpowiednim tempie postępów, alternatywny sojusz może nie zdążyć zaistnieć.
Rosja nie "musi" zajmować całej Estonii. Wystarczy jej północna część kraju, dająca wyjście na Bałtyk z ominięciem ewentualnej blokady, południowo-wschodnia, dająca wyjście na Łotwę i wschodnia jako łącznik między nimi.
Jednak, czy Rosja "musi" kinetycznie atakować, żeby uzyskać swoje?
No niekoniecznie.
Rzecz w tym, że Moskwa już raz zadziałała według tego schematu atakując Ukrainę. Teraz wcale nie musi powtarzać tej akcji. Wystarczy, że podejmie działania, które będą kojarzyły się z atakiem na Ukrainę. To może być podkręcanie retoryki antybałtyckiej.
Albo...
Ćwiczenia międzypaństwowe, na których ćwiczono... atak na Kazachstan!
Oczywiście, Rosja nigdy nikogo nie napada. Dlatego w Układzie Warszawskim też ćwiczono w ramach pierwszej fazy obronę przed "agresją", a potem przechodzono do kontrataku i wdzierano się na teren "agresora".
Ale wiecie, w czym był myk?
Ale wiecie, w czym był myk?
W tym, że obronę ćwiczyły jednostki przeznaczone w planach strategicznych do zabezpieczenia terenu, a atakowanie trenowały jednostki uderzeniowe. To oznaczało, że nie ma znaczenia kolejność faz, bo i tak każdą z nich wykonywał kto inny. Bez trudu można więc było w realnej wojnie odwrócić kolejność i najpierw jednostki uderzeniowe zajmują teren, a potem jednostki zabezpieczające na zajętym obszarze przygotowują obronę i umacniają się.
Myślicie, że sowiecka myśl wojskowa w Rosji nie obowiązuje?
Zatem około czterdziestu siedmiu tysięcy żołnierzy, dwóch tysięcy jednostek sprzętu, dziewięćdziesięciu samolotów i śmigłowców, a także siedemdziesiąt okrętów i statków z Chin, Kirgistanu, Mongolii, Białorusi, Pakistanu i Tadżykistanu ćwiczyło podbój Kazachstanu!
Oczywiście, Pakistan, Mongolia, czy Tadżykistan nie mają nawet jak realnie zagrozić Kazachstanowi, bo z nim nie graniczą, Białoruś to rosyjskie lenno i zrobi, co jej Moskwa każe. Nawet wyśle wojsko na koniec świata. Ale już Kirgistan i Chiny mogą mieć "interesy" w Kazachstanie.
Oczywiście, najbardziej prawdopodobne, że uczestnicy chcą skorzystać z rosyjskich doświadczeń zdobytych na Ukrainie tak, jak państwa NATO korzystają z doświadczeń ukraińskich. W końcu w rosyjskich ćwiczeniach uczestniczy dwa tysiące weteranów z Ukrainy. Kirgistan i Chiny formalnie mają uregulowaną granicę z Kazachstanem.
Jednak wobec otwartego buntu Astany przeciw Moskwie wybór takiego scenariusza i lokalizacja przy samej granicy rosyjsko-kazachskiej może być rozumiany jako zawoalowana groźba.
Z drugiej strony w manewrach uczestniczy grupa operacyjna z Kazachstanu ulokowana przy sztabie ćwiczeń. Równocześnie na tym samym poligonie odbywają się inne manewry, w których uczestniczy kontyngent z Kazachstanu.
Tym niemniej...
Rzecz nie w tym, co realnie Moskwa szykuje (lub nie szykuje), tylko w tym, co się komu kojarzy. Dokładnie jak w przytoczonej na wstępie scenie z filmu "Pasażer 57". Po zabiciu kapitana terrorysta nie musiał ponownie strzelać, żeby zmusić resztę do posłuszeństwa.
Po zaatakowaniu Ukrainy Moskwa nie musi przechodzić do fazy kinetycznej, żeby utrzymywać Zachód i dawnych oraz aktualnych wasali w stanie permanentnej i męczącej w długiej perspektywie nerwicy. Wszyscy wiedzą, że mamy do czynienia z niestabilnym emocjonalnie kretynem, który ma odbezpieczony granat w ręce, więc nikt nie może z całą pewnością powiedzieć, co ten wariat zrobi, a czego nie. I utrzymywanie stanu nieprzewidywalności jest Moskwie na rękę.
Emocje i oczekiwanie na atak zmęczą zachodnie społeczeństwa tak, że same się poddadzą, żeby wreszcie mieć spokój.
I w tym kontekście widziałbym "kroczącą mobilizację" (określenie ppłk. rez. Macieja Korowaja) armii rosyjskiej.
Od mobilizacji we wrześniu 2022 roku (ten dekret wciąż obowiązuje) Moskwa konsekwentnie zwiększa limity osobowe dla swoich sił zbrojnych.
Według pułkownika Korowaja Moskwa do 2030 roku chce osiągnąć pułap rzędu dwóch milionów żołnierzy. Uwzględniając modernizację armii, rozwój sił dronowych, magazynowanie paliwa (o tym w następnym wpisie), budowanie rezerw finansowych, rozwój zaplecza logistycznego itp. Rosja ma osiągnąć gotowość do dużego konfliktu między 2027 a 2030 rokiem (już pisałem o tym, że na Ukrainie obecnie prawie nie widać nowoczesnych czołgów, ani soldatów z normalnej zasadniczej służby wojskowej, choć rok w rok są szkoleni).
Taki sposób działania Rosji pozwala uzupełniać stany etatowe armii bez problemów logistycznych i szkoleniowych, jakie pojawiły się w czasie częściowej mobilizacji w 2022/23 roku. Wtedy system się zatkał, bo nie był przygotowany na przyjęcie trzystu tysięcy mobilizowanych. Skorygowano to i rok w rok stany etatowe podnoszone są o pięćdziesiąt-sześćdziesiąt tysięcy bojców. Na tyle dużo, żeby w kumulacji dało to znaczącą liczbę i na tyle mało, żeby nie zatkać systemu.
I znowu mamy to, co w przypadku nacisków hybrydowych, poniżej progu wojny: pojawia się permanentna presja, nie wywołująca po stronie NATO stanu alarmu, ale podtrzymująca niepokój, czyli coś znacznie gorszego, bo stan niedookreślenia, czy mamy pokój, czy wojnę, w długiej perspektywie męczy.
Tak samo, jak męczą kolejne alarmy, kolejne komunikaty o poderwaniu myśliwców, kolejne raporty o naruszeniu przestrzeni powietrznej przez śmigłowce, rakiety, czy drony.
Tak samo, jak męczą powtarzające się informacje o sterowanych z Rosji sabotażach i wzajemne obrzucanie się oskarżeniami, kto jest agentem Putina.
Rosja gra na mentalne i moralne osłabienie Zachodu tak, żeby początek kinetycznej wojny ludność Europy przyjęła z ulgą i żeby nie miała woli stawiać oporu.
Na froncie bez znaczących zmian.
Operacja "Vivaldi" weszła w czwartą fazę, ale znów objęta jest całkowitą blokadą informacji. Pojawiają się przecieki, że 3. Korpus "Azow" doszedł do Żerebca, wyrzucając Moskali za rzekę, ale nie ma na to żadnych potwierdzeń.
Na innych odcinkach walki, które niczego na tę chwilę nie zmieniają. Trwa Konstantynówka, Dobropole i wiele innych miejscowości, o które walki zaczęły się miesiące temu.
Widać, że rosyjska taktyka przenikania wyczerpała swoje możliwości. Moskale szukają innych sposobów.


Komentarze
Prześlij komentarz