Dziennik wojny - dziwne porozumienie USA-Iran i w co gra Zełeński? - dni od sto trzynastego do sto dwudziestego piątego roku (1572-1580)

 


Konflikt amerykańsko-irański dogasa, a może tylko przygasa. Obie strony i ich zwolennicy mówią o sukcesie, a Izrael ma to w nosie i realizuje swoją politykę. 
Cała sprawa wygląda jednak dziwnie w kontekście doniesień z samego Iranu. 

Chronologia jest taka. 
31 maja opozycyjny profil Iran International ogłosił, że prezydent Pezeszkian wysłał do Mojtab Chamenei list z rezygnacją z urzędu. Miał to tłumaczyć tym, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej przejął wszelką władzę i struktury cywilne nie mają nic do powiedzenia. 
W systemie irańskim prezydent nie może ustąpić sam, musi mieć zgodę towarzysza Stalina... Najwyższego Przywódcy.
Na drugi dzień Agencja Tansim oraz Biuro Prezydenta zaprzeczyły tej informacji. 

Jednocześnie siły IRGC zintensyfikowały akcje pirackie w cieśninie Ormuz, na co USA zareagowały uderzeniami w obiekty Korpusu. Na co Iran (IRGC) zaatakował Kuwejt, Jordanię i Bahrajn, a także w Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, na co Amerykanie zaatakowali Iran. W międzyczasie siły irańskie zestrzeliły amerykański śmigłowiec i znowu zrobiły akcje przeciw tankowcom w cieśninie. 
Naparzanka szła na całego, kiedy 14 czerwca nagle ogłoszono, że doszło do uzgodnienia ram przyszłego porozumienia pokojowego, czyli memorandum o zawieszeniu broni. 
Dokument został podpisany 17 czerwca w Genewie przez prezydenta Trumpa i w Teheranie przez prezydenta Pezeszkiana. Twarzą porozumienia jest przedstawiciel irańskiego betonu przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf, który był głównym negocjatorem. 
Memorandum natychmiast znalazło się w ogniu krytyki ze strony twardogłowych zarówno w irańskim reżimie, jak i irańskiej opozycji. 
18 czerwca w irańskiej rządowej telewizji ogłoszono list Mojtaby Chamenei (od śmierci jego ojca Mojtaba nie pojawił się publicznie, więc jego życie też jest pod znakiem zapytania), w którym Najwyższy Przywódca poparł memorandum i oświadczył, że upoważnił prezydenta Pezeszkiana do jego podpisania. Dodał, że był przeciw umowie, ale prezydent Pezeszkian zapewnił go, że interesy Iranu i "osi oporu" będą zabezpieczone. 

Samo porozumienie jest...
Cóż...
Dziwne. 
Demokraci w USA podnoszą, że w wyniku przegranej wojny Iran uzyskał lepsze warunki, niż miał przed wojną. 
Przede wszystkim, Stany znoszą sankcje i odmrażają irańskie aktywa. To umożliwia Teheranowi przystąpienie do odbudowy kraju ze zniszczeń.
Po drugie, Iran nie musi całkowicie rezygnować z programu nuklearnego, a jedynie deklaruje, że nie będzie dążył do uzyskania broni jądrowej. 
Po trzecie, rozejm obejmuje także akcje przeciw agenturom Iranu na Bliskim Wschodzie bez wycofania się Teheranu z ich wspierania. 
Wreszcie odblokowanie cieśniny Ormuz odbywać się będzie na irańskich warunkach. 

Ale...
Na co zwraca uwagę prezydent Trump i jego ekipa, Iran jest w zupełnie innym położeniu, niż przed marcem 2026 roku. 
Irańska marynarka wojenna nie istnieje. 
Irańskie lotnictwo nie istnieje.
IRGC jest poobijany.
Proirańskie siły proxy są poważnie osłabione, a Iran ma niewielkie możliwości wspierania ich finansowo wobec potrzeb wynikających ze stanu irańskiej gospodarki i infrastruktury. 
Cieśnina Ormuz straciła swoje strategiczne znaczenie, a kraje leżące nad Zatoką Arabską wypracowują alternatywne drogi eksportu ropy. Oczywiście, to nie jest tak, że cieśnina w ogóle nie odgrywa już roli w globalnej sieci dostaw, ale jako miejsce szczególnie wrażliwe na zakłócenia, będzie coraz częściej omijane. A co gorsza dla Iranu, państwa arabskie coraz bardziej uciekają z monokultury naftowej i dywersyfikują swoją ofertę eksportową (Arabia Saudyjska kombinuje z budową na pustyni megafarmy fotowoltaicznej, która zasilałaby Bliski Wschód i Europę - to byłaby saudyjska polisa ubezpieczeniowa, bo nikt nie zaatakuje własnej elektrowni).

Porozumienie atakuje też irańska opozycja, traktując je, jak zdradę. 

Ale...
Po czterech miesiącach od dekapitacji reżimu opozycja nie potrafiła wykształcić żadnej swojej reprezentacji, z którą USA mogłyby rozmawiać i nie opanowała żadnego skrawka terytorium Iranu. Protesty masowe przeciw reżimowi nadal mają miejsce, ale nic z nich nie wynika. 

Powtarza się w istocie sytuacja z 1978 roku, kiedy masowe demonstracje obaliły szacha, ale - co znakomicie opisał Ryszard Kapuściński - nikt nie miał odpowiedzi na pytanie:
- Co dalej?
I w tę pustą przestrzeń weszła klika Chomeiniego, która dała proste odpowiedzi. 

Ten sam scenariusz, co w Rosji w 1917, czy Francji w 1789.

Różnica jest taka, że IRGC jest na ten scenariusz przygotowany. Dokładnie tak samo, jak przygotowane były struktury komunistyczne w demoludach i ZSSR w 1989. 
Obalenie władzy zawodowych rewolucjonistów bez zgody z ich strony jest prawie niemożliwe. 

Czyli mamy sytuację taką:
- po czterech miesiącach walki i zawieszenia broni żadna ze stron (Iran i USA) nie uzyskała rozstrzygającej przewagi - Iran jest w stanie się odgryzać, ale nie jest już zdolny do dużych działań ofensywnych, Stany mogą demolować infrastrukturę Iranu i zasoby IRGC, ale nie są w stanie rzucić Iranu na kolana (interwencja lądowa nie wchodzi w grę),
- opozycja irańska zawiodła - niewykorzystanie pierwszych dwóch tygodni po uderzeniu dekapitacyjnym, brak spójnej reprezentacji, brak jakiegokolwiek programu poza "nie chcemy islamuny, nie chcemy i już", brak struktur zemściły się tym, że irańskie środowiska opozycyjne przestały się liczyć w grze zanim się ona na dobre zaczęła, oczekiwanie, że USA zrobią robotę za Irańczyków jest niepoważne,
- w strukturach państwowych Iranu istnieje spór między umiarkowanie reformistycznym stronnictwem prezydenta Pezeszkiana, a radykałami z IRGC - radykałowie są gotowi podpalić świat i spłonąć na stosie ofiarnym, a reformiści się z tym nie spieszą,
- sytuacja w cieśninie Ormuz zaczyna być niewygodna dla armatorów, ubezpieczalni i budżetów państwowych, które za chwilę mogą być zmuszone do płacenia odszkodowań.

Memorandum w Iranie prezentowane jest jako autorski projekt prezydenta Pezeszkiana, który bierze na siebie odpowiedzialność za jego realizację. Jeśli zostanie zrealizowane, a w jego wyniku dojdzie do podpisania porozumienia pokojowego na akceptowalnych dla Iranu warunkach, siły reformatorskie w reżimie dostaną wzmocnione, a pozycja radykałów IRGC prących do konfliktu, osłabiona. 

Memorandum zatem jest umową, która pozwala obu stronom wyjść z konfliktu z zachowaniem twarzy. Strategicznie daje Stanom bardzo duży sukces i wzmocnienie pozycji ich sojuszników (przede wszystkim Arabii Saudyjskiej) w regionie. 

Problemem pozostaje Izrael, który pod osłoną amerykańską chce wykończyć wszystkich swoich przeciwników. Problem polega na tym, że z typowo wschodnią przesadą (elity izraelskie już dawno przestały mieć "europejski" charakter i kraj ten nie różni się już od innych państw Wschodu z typową skłonnością do braku umiarkowania włącznie) nie liczą się z nikim i z niczym radośnie generując sobie nowych wrogów. 
Akcje pacyfikacyjne Cahalu w Libanie, czy Syrii, których ofiarą często padają wspólnoty chrześcijańskie w połączeniu z antychrześcijańskimi atakami Izraelczyków w samym Izraelu powodują, że państwo to traci resztki sympatii i poparcia na świecie wykładniczo. Powoływanie się na atak Hamasu z 7 października 2023 roku już nie działa, podobnie jak odwoływanie się do Holokaustu. 

Turcja, uważająca Liban i Syrię za swoją strefę wpływów, jest zirytowana działaniami izraelskiego wojska. USA są wnerwione psuciem ich prac nad porozumieniem z Iranem. 
Doszło do tego, że DJ Vance wprost ostrzegł Bibiego Netanjahu, że Izrael istnieje głównie dzięki pomocy USA i żeby się nie zdziwił, kiedy Waszyngton tę pomoc cofnie. 
Oczywiście, prawica amerykańska i środowiska ewangelikalne, stanowiące bazę wyborczą prezydenta Trumpa, wciąż bezkrytycznie popierają Tel-Awiw, ale jak to padło z amerykańskiej strony, Waszyngton nie jest zakładnikiem polityki Tel-Awiwu. A wręcz w pewnym zakresie administracji amerykańskiej pokazanie, że nie jest - co często jej się zarzuca - kolonią Izraela, może się opłacić w szerszym kontekście. 
Izrael gra na tym, że Stany nie mają w tym regionie alternatywnego przedstawiciela swoich interesów, ale to może ulec zmianie. Kraje arabskie z Arabią Saudyjską na czele chętnie skorzystają z tego, że Izrael ubrudzi ręce sprzątając za nie ich problemy choćby z irańskimi organizacjami proxy, ale kiedy będzie po wszystkim, bez żalu pozbędą się Izraela, jak zużytej szmaty. 

Negocjacje zakończyły się nim zdążyłem skończyć pisać ten wpis, bo prezydent Trump zagroził Irańczykom, że jak nie podpiszą i ponownie zamkną cieśninę Ormuz, to on zdemoluje Iran. W odpowiedzi irańska delegacja wyszła.



Przechodząc na nasze podwórko. 
Prezydent Nawrocki za zgodą premiera Tuska i Kapituły Orderu Orła Białego odebrał ostatecznie to odznaczenie prezydentowi Zełeńskiemu. Nastąpiło to po tym, jak Cyryl Budanow ogłosił, że nie będzie zmiany patrona Centum Operacji Specjalnych "Północ" im. Boahterów UPA. 
W odpowiedzi siedmiu polityków ukraińskich, w tym byli prezydenci i Budanow odesłali Polsce swoje odznaczenia. 
Bezkrytyczni wielbiciele Kijowa oczywiście drą szaty i pierniczą o straconej szansie Polski (niby jakiej? na bycie po raz kolejny dymaną?), w internecie ujawniły się całe tabuny banderowskich fanatyków i tylko sporadycznie pojawiają się głosy takie, jak Dymitra Kadubina ze 109 Samodzielnej Brygady Obrony Terytorialnej SZU:


Szansę to stracił Kijów na sensowne ułożenie tych kwestii nie tylko z Polską. Na Słowacji też pamiętają "wyczyny" UPA, podobnie, jak na Węgrzech. To między innymi dlatego w obu tych krajach poparcie dla Ukrainy w tym konflikcie jest mocno ograniczone. Jak dodamy, że Węgry w 1956 pacyfikowały sowieckie jednostki z Ukrainy właśnie i że to fronty ukraińskie "wyzwalały" Słowację, to mamy pełny obraz sytuacji. 
Na marginesie, wojska węgierskie w czasie II wojny światowej kilkakrotnie interweniowały po polskiej stronie wobec upowskich rajdów na polskie wsie. 
Odcięcie się od banderowskiej i w gruncie rzeczy nazistowskiej przeszłości jest warunkiem, żeby Ukraina mogła rozmawiać i o NATO, i o wstąpieniu do UE (Węgry pod rządami Magyara dopuściły do negocjacji o akcesji z Kijowem, ale wywaliły z harmonogramu zapis o szybkiej ścieżce). 

Zauważają to rywale prezydenta Zełeńskiego. Były prezydent Petro Poroszenko odesłał prezydentowi Nawrockiemu swój order, po czym zjechał Zełeńskiego, jak burą sukę, zarzucając mu awanturnictwo, nieodpowiedzialność i twitterową dyplomację. 


I bez pretensji do wzajemnych podręczników historii – niech zajmują się nimi uczeni, a nie politycy. Nasza wspólna historia jest zbyt skomplikowana, pełna wzajemnych krzywd i urazów, i lepszego lekarstwa niż „przepraszamy i prosimy o przebaczenie” jeszcze nikt nie przepisał. Przyszłość nie może być zakładniczką przeszłości. Tym bardziej, że nie przeszłość jest przyczyną tego kryzysu w dwustronnych relacjach, lecz wewnętrzne problemy, populizm, pogoń za sondażami.
Ukraina nie ma luksusu kłócenia się z Polską. Polska nie ma luksusu kłócenia się z Ukrainą. Walczymy o niepodległość i istnienie ukraińskiej państwowości. I musimy dbać o każdego sojusznika, każdy instrument, każdą możliwość. Rosja zaś tylko przyklaskuje każdemu naszemu wzajemnemu upokorzeniu, każdemu nieostrożnemu słowu, każdemu nowemu skandalowi.
Propozycje naszego zespołu są następujące.
Pierwsze. Zatrzymać publiczną eskalację.
Drugie. Natychmiast przeprowadzić audyt ukraińskiej polityki wobec Polski: kto odpowiada, jaka strategia, jakie kanały komunikacji, jakie problemy, jakie rozwiązania.
Trzecie. Przywrócić profesjonalną dyplomację. Nie show, nie obrazy, nie komunikację przez media, nie publiczny szantaż, nie grę w „kto ostrzej i boleśniej odpowie Polakom”, lecz systematyczną pracę z polskim państwem i polskim społeczeństwem. Mój apel do dyplomatów: zostawcie sprawę zwrotu orderów politykom, wy macie swoją ważną misję.
Czwarte. Oddzielić emocje od interesu narodowego. Bo interes narodowy Ukrainy to silny sojusz z Polską, wsparcie dla Ukrainy w UE i NATO, wspólne bezpieczeństwo i wspólne powstrzymywanie Rosji.
Piąte. Musimy zapewnić obiecane otwarcie wszystkich negocjacyjnych klastrów z Unią Europejską w lipcu. To też zależy od Warszawy, i tu nie można недооценивать ryzyka.
Czas pracować i odbudowywać ukraińsko-polskie strategiczne partnerstwo. Nie można dopuścić do rozdzielenia Ukrainy i Mołdawii w europejskiej integracji. Nie raz już mówiłem: trzeba przestać tracić ludzi, terytoria i czas. Teraz dodam: równie ważne jest, byśmy nie tracili partnerów i sojuszników.

W podobnym duchu wypowiedziała się ekipa generała Załużnego.


Budowanie dobrosąsiedzkich relacji jest trudne, a zniszczyć je można jednym nieostrożnym krokiem. Historia po raz kolejny to potwierdza.
Zwracanie odznaczeń państwowych, zwłaszcza tych, którymi wyróżniło cię zaprzyjaźnione sąsiednie państwo, trudno uznać za mądrą decyzję. Walerij Załużny już mówił, że order to nie tylko oznaka szacunku dla konkretnej osoby. To symbol wzajemnego szacunku między narodami, państwami i pokoleniami ludzi, którzy razem przechodzili przez trudne doświadczenia.
Prezydent Polski Karol Nawrocki demonstruje gotowość do zachowania i rozwijania relacji ukraińsko-polskich, niezależnie od trudnych kart historii i politycznych sporów. Właśnie taka odpowiedzialność jest oznaką państwowego myślenia.
Dziwi, że poważni byli prezydenci, ludzie z ogromnym doświadczeniem w polityce międzynarodowej i dyplomacji, pozwalają emocjom wziąć górę nad rozsądkiem. Mąż stanu powinien zawsze widzieć dalej niż chwilowa uraza czy polityczny gest. Bo chłopięce czyny mogą mieć całkiem dorosłe konsekwencje.
W polityce, jak i w życiu, zawsze warto pamiętać prostą prawdę: pycha jest grzechem. A mądrość polega nie na trzaskaniu drzwiami, lecz na pozostawieniu ich otwartymi dla dialogu.
Walerij Fedorowycz Załużny jest gotów wystąpić jako gwarant odbudowy relacji z bratnią Polską! 
Tymczasem w wyniku decyzji prezydenta Zełeńskiego nie tylko temat upowskiej przeszłości będzie elementem negocjacji, ale w świat poszła wiedza o popełnianych przez UPA zbrodniach, o współpracy z III Rzeszą, o poglądach ukraińskich nacjonalistów (polecam znakomity artykuł Kuby Łoginowa). We współczesnej liberalnej Europie - a tylko ona stanowi dla Ukrainy polityczne oparcie - te wątki są nie do zaakceptowania. Z kolei frakcje prawicowe, które mogłyby znaleźć zrozumienie dla tych tradycji są w większości prorosyjskie. To w istocie blokuje ruchy Kijowa na forum europejskim. 

I może właśnie o to chodzi? 
Jak już pisałem, ukraińskim elitom wstąpienie do Unii nie jest do niczego potrzebne. Potrzebują parasola NATO, ułatwionego wjazdu do strefy Schengen oraz szczególnych warunków do robienia biznesu. Nie zamierzają wchodzić w unijne reżimy polityk rolnych, czy klimatycznych. Rinat Achmetow nie wygasi wielkich pieców tylko dlatego, że w Brukseli sobie tak wymyślili. 

Jednak większość ukraińskiego społeczeństwa chce wejścia do Unii i od tego przecież w 2014 roku ta wojna się zaczęła. Od żądania utrzymania prounijnego kursu, który chciał odkręcić Janukowycz. 

No właśnie. 
Jak społeczeństwu od dwunastu lat walczącemu o prawo wstąpienia do UE wyjaśnić, że nic z tego? 
Sprowokować awanturę, po której zwali się wszystko na sąsiada, agenturę Putina i ten głupi Zachód, który nie rozumie ukraińskiej specyfiki. Gra Kijowa jest niczym innym, jak powtórzeniem drogi, jaką przeszła Rosja pod rządami Putina, kiedy odwracała się od kursu prozachodniego. 
Tak, jak powiedział Budanow - co podawałem - Ukraina wybiera kurs na zastąpienie Rosji w roli imperium. 
Że ta strategia jest mega głupia, to inna sprawa. Ukraina nie ma potencjału, żeby ją zrealizować w ciągu najbliższych dziesięcioleci. Dla Rosjan (bez względu na narodowość) Ukraińcy zawsze będą godnymi pogardy "chochłami", których dominacji nikt w Rosji nie zaakceptuje. 

Na razie prezydent Zełeński postanowił otworzyć sobie jeszcze jeden front - w związku z tym, że nie ma ludzi do rotacji na froncie, wygraża Bulbenfuehrerowi, żeby usunął z terenu Białorusi systemy naprowadzania dronów na Ukrainę, bo inaczej SZU same to zrobią. 


A co, jeśli Łukaszenka tego nie zrobi? Co, jeśli armia białoruska w odpowiedzi zaatakuje od północy Ukrainę? 
Głośne chwalenie się, że SZU są "drugą armią NATO" jest nie tylko na wyrost, ale i kompletnie bez sensu. 
No chyba, że chodzi o to właśnie, żeby widowiskowo przegrać. Po ostatnich uderzeniach dronowych i wyizolowaniu Krymu oraz południowej Ukrainy wielu Ukraińców uwierzyło, że zwycięska ofensywa na Mariupol jest o krok. Nie psuje tego nastroju nawet trudna sytuacja Konstantynówki. 
Tymczasem SZU mają gigantyczne problemy z uzupełnianiem siły żywej. Żołnierze kończą się nie tylko w wyniku zgonów, czy dostania się do niewoli. Wielu po prostu jest tak poważnie kontuzjowanych, że nie nadają się do żadnej walki. Na ich miejsce brakuje chętnych. Ostatni masowy entuzjazm zgłoszeń ochotników miał miejsce latem i jesienią 2022 roku, kiedy tworzono Gwardię Ofensywną. Nieudana ofensywa 2023 roku zgasiła wszelkie złudzenia o szybkim zwycięstwie. Teraz tylko siły dronowe pozwalają utrzymać front. Bez nich ukraińskie wojska lądowe są zbyt nieliczne i wyczerpane. 
Ale w propagandzie tego nie widać. Jest pompowanie sukcesu. 

Tymczasem...
Nie będzie NATO.
Nie będzie UE.
Front realnie może w końcu dojść do Dniepru. 
Jak wyjaśnić społeczeństwu, że wojna politycznie została przegrana? 

Może właśnie o to chodzi w tych zaczepkach pod adresem Łukaszenki? Akcja militarna Ukrainy spotka się z białoruską odpowiedzią, na którą Kijów raczej nie jest gotowy, a w efekcie będzie można klęskę wyjaśnić "zdradzieckim atakiem". 
Bo innego logicznego wyjaśnienia tej gry nie widzę. 

Pan Piotr Skwieciński twierdzi, że władze Ukrainy uwierzyły w swoją potęgę i próbują kreować powojenny porządek tak, by Warszawa była w pozycji podległej względem Kijowa. 
Coś takiego mogło przyjść do głowy prezydentowi Zełeńskiemu. Widzę, że część ukraińskich komentatorów leci w te kreacje. Ale nie wierzę, że Cyryl Budanow nie zna rzeczywistości. 

To szybko o sytuacji frontowej, póki się jakoś radykalnie nie zmieniła. 

Kolejne zmasowane uderzenie Moskali na Kijów w nocy z 14 na 15 czerwca spowodowało pożar i uszkodzenie Ławry Peczerskiej, która dla prawosławnych ma takie znaczenie, jak Jasna Góra dla polskich katolików. 

Na filmie wygląda to bardzo dramatycznie...

Podobnie, jak na specjalnie udramatyzowanych i wykadrowanych zdjęciach


Przede wszystkim zniszczony został dach, który prawie w całości spłonął, ale kopuły i konstrukcja całości generalnie są tylko trochę uszkodzone. 

Oczywiście, to nie zmienia w niczym moralnego wymiaru ostrzału świątyni. 
Moskale kombinują, że to przypadek, wynik zestrzelenia lub rakieta ukraińskiej OPL. I jest to możliwe, szczególnie, że w świątynię trafił tylko jeden pocisk (prawdopodobnie Szahid). 
Ale...

Ale trafienie to jest skutkiem zmasowanego ostrzału zabytkowego centrum Kijowa. W jego wyniku trafione zostały także Arsenał Sztuki i Wytwórnia Filmowa im. Dowżenki, gdzie spłonęło archiwum kostiumów (częściowo zabytkowe ubrania, służące jako wzory do tworzenia kostiumów współcześnie). 
No to już nie były przypadki. 

Na drugi dzień ukraińskie drony uderzyły w rafinerię Kapotnia pod Moskwą, a następnego dnia doszło do powtórki. 


Uderzenie było potężne, a tym bardziej bolesne, że Moskwa jest bardzo mocno chroniona przez OPL i systemy antydronowe. 


Siatki antydronowe nad magazynami paliw niewiele dały, bo płonące odłamki po eksplozji na siatce i tak wywoływały pożar

Nasycenie OPL w bezpośrednim sąsiedztwie chronionych obiektów (zamiast obrony strefowej, która miałaby na celu po prostu nie dopuścić pocisków nad cel) wręcz pogarszało sytuację, powodując pożary w zupełnie nieoczekiwanych miejscach. 


A wręcz doprowadziło do uderzeń we własne obiekty pociskami OPL. 

Ta epicka eksplozja z pokrywką była właśnie skutkiem trafienia rakietą z rosyjskiego Pancyra

Tutaj sytuacja podobna. Zestrzelony dron spadł na budynek, w który chwilę potem trafiła rakieta przeciwlotnicza

Po tej masakrze, co zrobili Moskale? 

Ściągają do Moskwy resztę systemów przeciwlotniczych z frontu!

Pracownica moskiewskiej rafinerii widząc słup dymu uznała, że dalsza podróż do pracy nie ma sensu

Prognozy nie zachęcają do spacerów...

Przy okazji w niedzielę ukraińskie drony zaatakowały rafinerię w Antypińsku koło Tiumenia. Problem w tym, że to oznacza, że rosyjskie zakłady wzbogacania uranu w Majaku znajdują się w zasięgu ukraińskich uderzeń

A to fabryka półprzewodników i elektroniki w Woroneżu w poniedziałek

Co do pozostałych aspektów, to warto tylko odnotować informację Thorkilla, że pod Wołczańskiem Moskalom powoli udaje się okrążyć elementy broniącej się tu 159 Brygady Zmechanizowanej. 



W Wasyliwce na południe od Zaporoża przy brzegu dawnego Zalewu Dnieprzańskiego Ukraińcy wysadzili w powietrze most drogowy. 



Przez tenże most w Wasyliwce biegnie jedyna droga zaopatrzenia dla rosyjskich sił w rejonie Kamiańskiego i Stepnogórska. To znaczy, na wschód od tego rejonu jest kilka mniejszych mostków i dróżek, ale pytanie, jaki te mostki mają udźwig, bo to kluczowe ograniczenie dla logistyki. 

Natomiast Robert Browdy "Madziar" opowiada o wymuszeniu na Moskalach wycofania wojska z Krymu wyłącznie w wyniku ostrzału dronowego. 

Cóż... 
Biorąc pod uwagę logistykę Krymu faktycznie jest to realny scenariusz. Po prostu po odcięciu zaopatrzenia nie będzie szans na wyżywienie wojska. 
Ale to jeszcze nie oznacza odzyskania tej prawie wyspy. 


Na razie władze Krymu zapowiadają planowe wyłączenia energii elektrycznej z powodu poważnych uszkodzeń sieci.


Rosyjscy blogerzy wojenni domagają się do dowódcy Floty Czarnomorskiej Aleksandra Mojsiejewa, żeby zorganizował konwoje zaopatrujące Krym, albo się... zastrzelił!


A dwaj wspominani już przeze mnie rosyjscy propagandyści Romanow i Fighterbomber pokłócili się.  Romanow (Władymir Romanow) nazwał debilem Fighterbombera (byłego nawigatora rosyjskiego lotnictwa wojskowego kapitana Ilię Tumanowa), gdyż Tumanow publicznie ucieszył się, że na Krym dotarła dostawa dużych ilości paliwa.


Dotarła i włączyła się w pracę nad globalnym ociepleniem.


Aksjonow, rosyjski gubernator Krymu zapowiedział, że paliwo będzie dostępne tylko dla służb i urzędów. Osoby prywatne mają poruszać z buta lub rowerem

Kryzys paliwowy w całej Rosji jest problemem, ale Moskale nie tracą wiary...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - Kim jest Pierwsza Bojowniczka Wenezueli? - dni trzysta szesnasty, trzysta siedemnasty i trzysta osiemnasty czwartego roku (1411, 1412 i 1413)

Dziennik wojny - Co się kryje za Dniem Sądu? - dni czterdziesty trzeci i czterdziesty czwarty piątego roku (1504 i 1505)