Dziennik wojny - Co się kryje za Dniem Sądu? - dni czterdziesty trzeci i czterdziesty czwarty piątego roku (1504 i 1505)


Trump zwariował! Zwariował i popycha świat w kierunku katastrofy!

Dokładnie tak samo, jak J.F. Kennedy w 1962 roku podczas kryzysu kubańskiego, gdy zagroził Moskalom użyciem broni atomowej, bo tak wyglądają negocjacje w sytuacji kryzysowej i deeskalacje przez eskalację, ale kto by tam wchodził w takie szczegóły.

Dobra, po kolei rozłożymy tę histerię na czynniki pierwsze. 

Punkt wyjścia opisałem poprzednio. 
Sytuacja w Iranie zaognia się. Iran blokuje cieśninę Ormuz, Amerykanie i Izrael atakują cele strategiczne 
I tu wtręt: nie, most nie jest celem cywilnym, tylko uzasadnionym celem militarnym, podobnie, jak linie kolejowe, systemy paliwowe, czy fabryki pracujące na rzecz frontu - celem cywilnym jest pociąg z cywilami na tym moście i tym torze kolejowym. Jeśli Polska będzie kiedykolwiek uczestniczyła w konflikcie zbrojnym, to będziemy bombardować systemy logistyczne przeciwnika, w tym tory kolejowe i mosty. 
Cel nie staje się cywilnym tylko dlatego, że jest atakowany przez siły państwa, którego nie lubimy. Nie można jednocześnie chwalić Ukrainy za niszczenie rosyjskiej infrastruktury militarnej i gospodarczej i potępiać Izraela i USA, gdy to samo robią w Iranie.
Bo to hipokryzja i fałsz. 

Na blokadzie cieśniny tracą najbardziej Chiny (czemu, już pisałem) i traci cała Azja, w tym Pakistan. Dlatego Pakistan właśnie wspólnie z Chinami wychodzi z inicjatywą rozejmu i odblokowania cieśniny Ormuz. 
Warunki są proste: USA i Izrael wstrzymują ataki, a Iran odblokowuje cieśninę. 

Iran tę propozycję odrzucił, odwracając warunki: cieśnina zostanie odblokowana, jeśli zostanie spełnionych dziesięć żądań Iranu.
Całość opisywałem poprzednio. 

Jakby dla podkreślenia swojego stanowiska Iran we wtorek nad ranem zaatakował największe saudyjskie zakłady petrochemiczne w Al-Dżubajl. W kompleksie wybucha ogromny pożar, a szczątki zestrzelonych irańskich rakiet balistycznych (co dowodzi, że wystrzelili je fanatycy z IRGC, bo wojsko nie ma takich zabawek) spadają na instalacje energetyczne. 


Po zniszczeniu naftociągu omijającego cieśninę Ormuz to drugi poważny cios Iranu w interesy państw arabskich. W kontekście wcześniejszych zapowiedzi prezydenta Trumpa, że zostanie zniszczona infrastruktura drogowa, kolejowa i energetyczna Iranu to działanie jest ewidentnym prowokowaniem. 
Na zasadzie:
- No wyskocz, cykorze. Nie odważysz się. 
Działanie członków Korpusu jest typowym zachowaniem fanatycznych wyznawców upadającego systemu gotowych zniszczyć świat, żeby męczeńsko zginąć w tym stosie ofiarnym. Coś, jak w przypadku członków Hitler Jugend i SS w końcówce III Rzeszy. 

W odpowiedzi Bahrajn zamyka Most Króla Fahda, który łączy tę wyspę (tak, wyspę!) z Arabią Saudyjską. 



Kilka godzin później w Basrze w Iraku kierowanie przez IRGC bojówki szyickie zaatakowały konsulat Kuwejtu. 



Zamieszki były wywołane bezpośrednio zabiciem trzech osób przez rakietę, która przyleciała od strony Kuwejtu...

Co jest szczególnie zabawne, zważywszy, że dzień wcześniej Kuwejt dosłownie został zasypany rakietami i dronami irańskimi

W skali miesiąca poziom tych ataków odpowiada średniej miesięcznej rosyjskich nalotów na Ukrainę w 2024 roku. Tyle, że Kuwejt nie jest stroną wojny...


"Od strony Kuwejtu" to bardzo szerokie pojęcie. Równie dobrze pocisk mógł być wystrzelony z terenu Iraku i nad Kuwejtem przelecieć. W dodatku nie ma żadnych informacji, by tego dnia z tego kierunku Amerykanie i Izraelczycy cokolwiek wystrzeliwali. Za to bojówki szyickie zareagowały tak, jakby czekały na sygnał lub okazję...

Rzecznik rządu Kataru ostrzegł, że sytuacja wymyka się spod kontroli i wezwał strony do ogarnięcia się. Zauważył też, że cieśnina Ormuz do nikogo nie należy i że powinna w niej obowiązywać wolność żeglugi

Z kolei Riad na pytanie, czy przyłączy się do planowanej na noc akcji USA oświadczył w typowo bliskowschodnim stylu, że:

- Arabia Saudyjska ma swoje sposoby obrony swoich interesów i nie ma powodu, żeby się nimi dzielić z innymi...
Pakistan wobec takiego rozwoju sytuacji ogłosił, że choć chce pokoju, w razie ataku Iranu na Arabię Saudyjską wojska pakistańskie przystąpią do wojny po stronie Saudów.


Dopiero w tym momencie pada słynny post prezydenta Trumpa, że w nocy umrze cywilizacja. 

Brutalny, ale jednak w kontekście eskalacji, jaką w ciągu kilkunastu godzin rozkręcił Iran dość zrozumiały. 



Bo owszem, lotnictwo Izraela i USA uderzyło zgodnie z zapowiedziami w irańską infrastrukturę kolejową i drogową.

Między innymi w budowany w Karadżu most B1


No właśnie, budowany (tu stan z grudnia 2025), a nie używany. Wygląda to epicko, ale poza robotnikami (których oczywiście szkoda), atak ten nie stworzył zagrożenia dla zwykłych użytkowników

To oczywiście AI. Most nie był otwarty, a na jezdniach stały maszyny budowlane


Generalnie zaatakowanych zostało osiem mostów kolejowych i odcinków dróg. Punkty uderzeń układają się w konkretny wzór.

Ta mapa opozycyjnej agencji HRANA (Human Rights Activists in Iran) pokazuje całość izraelsko-amerykańskich ataków z 7 kwietnia, nie tylko w infrastrukturę logistyczną. Widać na niej skupienie na głównych miastach (Teheran, Quom, Isfahan), izolację wschodniej części Iranu od zachodniej oraz uderzenia w garnizony bliżej granicy z Iranem


Na tej mapie lepiej widać, że ataki na linie kolejowe odcięły logistycznie irańskie bazy rakietowe


Podobnie, jak uderzenia w drogi między Teheranem a Tabrizem

Jest to o tyle ważne, że wyraźnie widać wyczerpywanie się irańskiego arsenału. 




To jedno z wcześniejszych uderzeń w irańską bazę rakietową, zlokalizowaną na podstawie filmu propagandowego

Wycięcie logistyki umożliwiającej przeniesienie rakiet z bardziej oddalonych magazynów w zasadzie rozbroiło siły irańskie, a konkretnie Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. 

Jakby tego było mało, w mediach pojawiła się rewelacja o odpaleniu podczas narady w ukrytym schronie setki wyższych dowódców IRGC. 

To rzekomo wideo z tego ataku

To też

Jako miejsce uderzenia "chodzą" Karadż i Jazd. Problem w tym, że są one w zupełnie różnych regionach Iranu. 

Słowem, nic takiego nie miało miejsca. Jednak prawdą jest, że zlikwidowani zostali kolejni przywódcy IRGC. Między innymi szef wywiadu Korpusu Madżid Chademi oraz dowódca jednostki 840 (odpowiedzialnych za operacje zagraniczne) sił specjalnych IRGC znanych pod nazwą Quds Sardar Bagheri. 



Zbombardowane zostały kolejne irańskie rafinerie. 


Te uderzenia usprawiedliwiały ataki na siły USA i Izraela. Nawet na bazy amerykańskie w państwach arabskich. Jednak nie dawały prawa Iranowi do uderzeń w cywilne obiekty państw, nie uczestniczących bezpośrednio w wojnie.

W arabskich mediach zaczęły się pojawiać wpisy odwetowe, wprost mówiące o zemście na Iranie za lata prześladowania Arabów. 

Wyciąga się na przykład stary wywiad Mohsena Kanagarloo, współpracownika Ahmada Madaniego (współpracownika, a potem przegranego rywala Chomeiniego), w którym cytuje on rzekome słowa tegoż Madaniego:
Musimy zabić tak wielu Arabów, żeby już nigdy nie odważyli się zbuntować. Dopiero jak ich stłumimy i zabijemy wystarczająco dużo, wtedy będziemy mogli realizować projekty rozwojowe w regionie arabskim

Nie ma przy tym znaczenia, czy Kangarloo mówi prawdę, czy nie. Istotne jest podkręcanie Arabów do agresji przeciw Iranowi. 

W tym samym duchu kolportowane są autentyczne informacje dotyczące werbowania dzieci do irańskiej samoobrony.


Przypomina się przy tym, że w czasie wojny z Irakiem władze Iranu posłały dzieci z plastikowymi "kluczami do raju" na pola minowe, żeby wojsko mogło za nimi przejść. 


Jakoś nie ma przy tym znaczenia, że czysto arabskie Państwo Islamskie (z którym Iran walczył) robiło dokładnie to samo


Reza Pahlawi wezwał armię do otwartej walki z IRGC

W tej atmosferze pojawienie się w powietrzu amerykańskich samolotów zapachniało Armageddonem.


W Izraelu w telewizji zrobili odliczanie do "końca świata" (tak, bezdennie głupie)

Co prawda już koło dwudziestej drugiej naszego czasu pojawiły się sygnały, że rozmowy trwają i idą w dobrą stronę, ale nerwy były. 

Ostatecznie Iran (IRAN, NIE STANY) pod presją Chin (które najwięcej na całej wojnie traciły) ugiął się i przyjął propozycję Pakistanu, którą dobę wcześniej odrzucił, czyli natychmiastowe zawieszenie broni i odblokowanie cieśniny Ormuz. Teheran przekazał też stanowisko negocjacyjne, zawierające dziesięć żądań Iranu. 
Dalsze rozmowy mają się toczyć w Pakistanie.



Obie strony ogłosiły miażdżące zwycięstwo nad wrogiem i można się rozejść?




No niezupełnie. 
Izrael dalej wycina Hamas (a przy okazji także innych mieszkańców Libanu, między innymi libańskich chrześcijan). Dziś rano Cahal zrobił Hamasowcom masakrę w Bejrucie. 



Oficjalna narracja mówi o udaremnieniu przewrotu przeciw legalnym władzom Libanu.
Cóż...
Jak pisałem poprzednio, Liban toleruje działalność Cahalu na swoim terenie, pozwalając mu masakrować szyitów i irańską agenturę, z którą kraj ma od dawna problem i którzy utworzyli sobie państwo w państwie. Dla Hamasu zmiana władzy na pozytywnie nastawioną to szansa na zmianę strategii armii libańskiej i wyrównanie szans w walce z Izraelem.

Dziś rano, już po zawarciu rozejmu Iran ostrzelał prowadzący do Janbu naftociąg w Arabii Saudyjskiej (pisałem już o jego roli i znaczeniu). Rakiety zostały przechwycone, ale atak miał miejsce.

Czy to zerwanie rozejmu?
No nie. 
Problem w tym, że władze Iranu mierzą się w tej chwili z wewnętrzną opozycją, ale proreżimową!

Tłum skanduje
- Śmierć kompromiście!
odnosząc to do Mojtaby Chamenei'ego, który mimo, że nie obecny, firmuje rozejm, bo musiał na niego wyrazić zgodę. Radykalne skrzydło IRGC nie akceptuje porozumienia.

I to nie są małe grupki



Problem w tym, że w przewidywaniu dekapitacji poszczególni lokalni dowódcy IRGC jeszcze przed wojną dostali autoryzację do samodzielnych działań bez decyzji dowództwa naczelnego. To oznacza, że nie ma jednego Korpusu, ale kilkanaście lokalnych struktur powiązanych jedynie ideologicznie, ale nie strukturalnie

Swoją grę prowadzi na przykład przewodniczący irańskiego parlamentu, który w środę rano groził państwom arabskim (sojusznikom USA) cofnięciem ich do epoki kamienia łupanego (tego już antytrumpiści nie odnotowali), a dziś kwestionuje wartość rozejmu.

Tak, w Iranie też są świry chcące kontynuować wojnę

I nie zgadniecie! Narrację o zerwaniu rozejmu podbijają media prokremlowskie. 


Bo jak już pisałem, Moskwy nie stać na utratę Iranu. Będzie mącić.

Jaki jest bilans starcia na tę chwilę?
"Zwycięski" Iran musiał odblokować cieśninę Ormuz (choć nie w pełni i wspólnie z Omanem będzie pobierał myto). 

W odpowiedzi na działania Izraela Iran ograniczył ruch w cieśninie do dziesięciu statków dziennie i nałożył cła. Teheran uzależnił też kontynuowanie rozmów od zatrzymania działań Izraela w Libanie

"Zwycięski" Iran stracił praktycznie całą flotę.
"Zwycięski" Iran stracił podstawowy filar reżimu, jakim był Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (to nie znaczy, że Korpusu nie ma, ale jego straty są tak poważne, że jego znaczenie w reżimowych strukturach radykalnie spadło). 

To, co zostało z jednej z baz Korpusu, policji, służby bezpieczeństwa itp w Urmai koło Tebrizu

Upadek Korpusu do tego stopnia, że otwarcie mówi się o konflikcie prezydenta Pezeszkiana z dowództwem IRGC.
Armia zachowała generalnie bierność tak, że reżim musiał sprowadzić swoje bojówki z Iraku i Pakistanu, co wzmogło niechęć samych irańczyków do reżimu. Przejawem pasywnego oporu jest postawa mieszkańców rejonu, w którym lądowała załoga zestrzelonego F-15. Mimo oferty ogromnej nagrody poza nielicznymi członkami struktur reżimowych nikt nie podjął żadnego działania, żeby lotników złapać.

W IRGC zaczęło się załamywać morale. Jeszcze nie na skalę znaczącą, ale już zauważalną. 

Dezerter z IRGC mówi o dezercji dowódców z checkpointu i porzuceniu na nim podwładnych. Takich filmów pojawiło się trochę, choć nie na skalę, świadczącą o całkowitym rozkładzie Korpusu. Dochodzą też sygnały, że wezwani rezerwiści z IRGC nie stawili się do służby. Ale nadal to margines

W celu łatania braków w ludziach reżim nawołuje do służby nastolatków. 

W sieci krąży film pokazujący uzbrojone zwolenniczki reżimu, które stwarzają większe zagrożenie dla siebie i przypadkowych widzów, niż dla wrogów

I nie, to nie jest fejk.

W kulturze mocno akcentującej męskość i w reżimie traktującym kobiety podrzędnie tegoż reżimu bronią... kobiety! Nie, żebym czegoś tym paniom odmawiał, ale to dokładnie tak, jakby Palestyńczycy bronili Izraela, bo samych Izraelczyków by zabrakło

Gospodarka, energetyka i logistyka w kraju nie istnieją. 

Stan władz irańskich na 6 kwietnia. Widać, że wojsko praktycznie nie zostało ruszone (kolumna po lewej). Za to Korpus (zaraz obok) zdziesiątkowany

Nie za bardzo wiadomo, kto w istocie rządzi w Iranie. Obecnie nieobecny Najwyższy Przywódca Modżtaba Chatami? Prezydent Pezeszkian? Przewodniczący parlamentu Mohammad-Bagher Ghalibaf?

Czy może dowódca IRGC Ahmad Wahdi? Korpus próbuje konsolidować władzę i budować "ukryte państwo", ale tu będzie pole do konfliktu zarówno z armią (która w zasadzie nie ucierpiała), jak i ze strukturami cywilnymi i duchownymi

No sukces pełną gębą. Jeszcze jeden-dwa takie sukcesy, a Iran przestanie istnieć. 

Reżim jeszcze nie upadł i nie upadnie z dnia na dzień. To nie Hollywood, ani Mosfilm. Ale proces gnicia się rozpoczął i ciężko będzie go zatrzymać. 

Nie zatrzymają tego nawet egzekucje, jak dwudziestotrzyletniego Majidrezy Rahnawarda. Tańce na grobach ofiar reżimu są kolejnym wyrazem protestu i oporu



Co zyskały Stany? 
Przede wszystkim dały demonstrację siły i determinacji, ale połączoną z okazaniem woli porozumienia. 
Jak myślicie, czemu w 1945 roku zrzucono bomby na Japonię? Żeby złamać japoński opór, którego już prawie nie było? 
Nie, żeby pokazać, że USA mają nowy typ broni i mają determinację, żeby jej użyć. To nie był komunikat do rządu Japonii, a do Stalina. I na kilka lat ta demonstracja przyhamowała sowieckie apetyty (komuniści we Francji byli gotowi robić rewolucję, żeby dostać "bratnią pomoc" Armii Czerwonej). 

Dla polityki "Make America Great Again" taka demonstracja jest kluczowa do dalszych działań. Na tej samej zasadzie, na której westernowy szeryf po przyjeździe do miasta bezprawia zabija na wstępie jednego bandziora, a potem stawia warunki pozostałym. 
Można się śmiać, ale literatura westernowa buduje mentalność Amerykanów.

Po drugie, zyskali sojusznicy USA. Mimo mniejszej sprzedaży, ale większym cenom Arabia Saudyjska jako jedyny kraj Zatoki Perskiej na wojnie zarobiła. Te zyski budują jej pozycję w regionie. 

Po trzecie, Stany zrobiły sobie testy broni i uzbrojenia, taktyki operacji lotniczych i specjalnych i wiele, wiele innych. Stosunkowo niskim kosztem. 

O stanie reżimu irańskiego już napisałem. 
Dla jasności. Nie uważam, że reżim rozpadnie się jutro. Nic z tych rzeczy. Jeśli jest jakieś porównanie, to do sytuacji Polski w 1980 roku. Struktury reżimu są już rozbite i wewnętrznie skłócone oraz niestabilne. Główny filar, jakim jest IRGC i jego przybudówki jest poważnie osłabiony. 
Ale w obecnej sytuacji podstawowym problemem dla ludzi będzie przeżycie. To będzie pogłębiało erozję systemu, ale też wzmacniało w społeczeństwie skrzydło reformatorskie.
W Iranie raczej nie będzie ponownej rewolucji. Prędzej porozumienie reformatorskiej części reżimu z umiarkowaną opozycją i częścią emigracji. 
Jednak powrotu do sytuacji sprzed stycznia bieżącego roku nie ma. 

Przekaz do świata;
Nie wchodź nam w drogę, bo nawet jeśli pozwolimy ci żyć, to będziesz musiał nauczyć się jeść bez zębów.
Wracając do "szaleństwa" prezydenta Trumpa. 
Nie było ono ani większe, ani mniejsze, od działań Johna Fitzgeralda Kennedy'ego w 1962 roku. Kiedy suwerenny rząd Kuby zaprosił sowietów do utworzenia bazy na wyspie (do czego miał prawo), a sowieci skorzystali i rozlokowali na niej wyrzutnie rakiet z głowicami jądrowymi, prezydent Kennedy podniósł amerykańskie siły atomowe i zagroził użyciem ich, jeśli sowieci się nie wycofają. 

Tu było dokładnie to samo. 
Wobec eskalacji konfliktu na linii Iran-kraje arabskie-Pakistan, w który zaangażowane było przynajmniej jedno państwo posiadające broń atomową i jedno dążące do jej zdobycia, konieczne było natychmiastowe ucięcie tematu. I tym ucięciem była deeskalacja przez eskalację dokładnie tak, jak to zrobił prezydent Kennedy w 1962 roku. Dokładnie tak, jak my wobec rozkręcającej się kłótni mówimy:
- Mam odejść? 
- No weź mnie uderz
ten
- Jeszcze jedno słowo i dostaniesz.
Dodatkowy plus, że przy takim rozegraniu prezydent Trump pozwolił władzom Iranu wyjść ze starcia z twarzą (co na Wschodzie ma kolosalne znaczenie, niezrozumiałe w Europie). Teheran może mówić o sukcesie, choć większość społeczeństwa, nawet popierająca reżim (to jest zmiana) zdaje sobie sprawę, że to tylko propaganda. I chore marzenia polskich onuc. 

Pozostając w Iranie.

Chcecie teorię spiskową? 
No to proszę.
W mediach pojawiła się informacja, podbijana radośnie przez irańską propagandę, że faktycznym powodem amerykańskiej operacji w Isfahanie było przejęcie i ewakuacja poza Iran zapasów wzbogaconego uranu, przechowywanego w elektrowni atomowej w Isfahanie.

Czy coś może być na rzeczy?
Faktycznie media od początku marca przeciekały informacje o tym, że taka operacja (nie tylko w odniesieniu do Isfahanu) jest rozważana. Oficjalnie jednak nikt w Białym Domu nic takiego nie powiedział. 
1 kwietnia (dzień dobry, oni też ten dzień świętują) Washington Post podał, że Pentagon opracował szczegółowy plan obejmujący wkopanie się w tunele, sprowadzenie sprzętu ciężkiego i budowę prowizorycznego pasa startowego dla samolotów cargo (w tym typu MC-130) i wywiezienie promieniotwórczego materiału. 
Gazeta nie odwołała tej historii na drugi dzień, ale...

I tak dochodzi do całej akcji z ratowaniem amerykańskich lotników. Na miejscu akcji lądują dwa MC-130J. W Isfahanie przechowywana jest połowa zapasów, jakie ma Iran, czyli jakieś... pół tony. To wchodzi w małe cylindry po około dwadzieścia pięć kilogramów uranu w jednym. Cały cylinder z opakowaniem ochronnym waży około siedemdziesięciu kilogramów. Około dwudziestu cylindrów po siedemdziesiąt kilo to orientacyjnie półtorej tony. Dla jednego MC-130J (ładowność dziewiętnaście ton) to żaden problem. Jeszcze część specjalsów weźmie na pokład.

Wszystko się spina? 
Pozornie tak. 

Gdzie ta historia ma słabe punkty?

Po pierwsze, brak sprzętu do rycia w ziemi. Według rzekomego planu najpierw miał wylądować ciężki sprzęt, który wryłby się w grunt do podziemnych magazynów uranu i którym cylindry zostałyby wywiezione z magazynu na lotnisko. 
Czyli potrzeba przynajmniej półciężarówki, nie licząc sprzętu do rycia w ziemi. I to naprawdę w dużych ilościach. 
Tymczasem na miejscu bazy nie znaleziono szczątków żadnego takiego sprzętu, ani pojazdów. Wątpliwe, by komandosi pod ogniem przepakowywali koparki do nowych samolotów. 

Po drugie, czas. Jak wspomniałem do magazynów trzeba się dostać. I nie wystarczy, jak jakiś agent z elektrowni otworzy specjalsom bramę. Magazyny zostały zasypane w wyniku bombardowań i trzeba je odgruzować. To nie zajmie minut, ale godziny, a nawet dni. Bez opanowania terenu nie da się tego wykonać. Na pewno nie siłami setki komandosów, a tylu brało udział w operacji. To wymagałoby przynajmniej równowartości brygady. 

Szczególnie, że teren elektrowni, choć znajduje się w rejonie dość gęsto zaludnionym stwarza dobre warunki do obrony. Po jej opanowaniu można by się w niej jakiś czas bronić w oparciu o rzeźbę terenu, ale nie siłami setki specjalsów!

Po trzecie, lokalizacja. Tymczasowa baza operacyjna Amerykanów została ulokowana około trzydzieści pięć kilometrów od centrum Isfahanu na nieczynnym rolniczym lotnisku. Od miasta i systemów radarowych, strzegących elektrowni i międzynarodowego portu lotniczego osłoniętym grzbietem górskim. 
Idealne miejsce, żeby się ukryć, ale nie do tego, żeby podjąć działania po drugiej stronie gór. Po prostu z punktu widzenia celów operacji, jeśli miałoby nim być wywiezienie uranu, to lądowisko nie ma sensu. 


Szczególnie, że znacznie bliżej znajduje się wspomniany port lotniczy z utwardzonymi pasami, dającymi pewność, że MC-130J wylądują i wystartują. 


A w innym rejonie, ale też bliżej, niż tymczasowa baza leży lądowisko dla śmigłowców. 


Jeśli operacja odzyskania uranu miałaby mieć szanse powodzenia, to realizować ją powinny znacznie większe siły.

Po oślepieniu systemów radarowych na lotnisku imienia Szahida Beheszti lądują specjalsi, którzy opanowują je. Następnie przylatują samoloty z batalionami rangersów lub wydzieloną grupą z 82 Dywizji Powietrzno-Desantowej, którzy zabezpieczają lotnisko. 
Jednocześnie inne grupy SOF opanowują i paraliżują irańskie siły bezpieczeństwa w mieście. 
Trzecia ekipa specjalsów opanowuje elektrownię i rejon magazynów. Podciąga się część sił zabezpieczających z lotniska do obstawienia elektrowni i rejonu "wykopalisk". 

Lądują samoloty ze sprzętem i ekipą do kopania, która po wyładowaniu i zapakowaniu na samochody jedzie odgruzować magazyn. 

To trwa przynajmniej godzinę. 

Po jakichś dwóch godzinach zaczyna się kontrakcja zaalarmowanych sił irańskich, zatem dalsza część operacji odbywa się pod ogniem. Irańczycy mający czas, ściągają moździerze i artylerię wszelkiego rodzaju. Oczywiście to jest niszczone przy pomocy amerykańskiego lotnictwa i dronów. Jednak z każdą godziną ewakuacja uczestników eskapady jest coraz mniej możliwa. Każda godzina pogarsza położenie Amerykanów.

Załóżmy jednak, że mimo wszystko Amerykanom udało się wykopać cylindry, zapakować je na ciężarówki, wstawić z samochodem do samolotu, ewakuować cały personel i bezpiecznie odlecieć. 

Całość jakiekolwiek szanse powodzenia ma tylko wtedy, kiedy operacja opiera się na lotnisku międzynarodowym i wykorzystaniu jego dwóch czterokilometrowych pasów startowych. Wszystko inne oznacza widowiskową katastrofę.

Po czwarte, zaskoczenie. Takie operacje udają się wyłącznie wtedy, kiedy przeciwnik się ich nie spodziewa, oczekuje czegoś innego i dopiero po jakimś czasie zaczyna się ogarniać, że gra w inną grę, niż uczestnicy operacji. 
Tu mamy tej zasady zaprzeczenie. Od miesiąca Amerykanie przeciekają informacje o planowanej tego typu operacji. Nawet jeśli uważamy ją za absurd, wzmocnienie ochrony zagrożonego obiektu jest priorytetem. Irakijczycy mieli miesiąc na wzmocnienie ochrony elektrowni i rejonu magazynowania paliwa do reaktora. Atak na taki obiekt jest kretynizmem.
I oczywiście, można myśleć, że Amerykanie to debile, ale to nie jest sposób na sukces. 

Z czym zatem mieliśmy do czynienia? 
Z dezinformacją. I to po obu stronach. 
Irakijczycy opowiadają o udaremnieniu akcji odebrania im wzbogaconego uranu, żeby ukryć fakt, że przez pięć godzin specjalsi hasali sobie w bezpośrednim sąsiedztwie Isfahanu i elektrowni jądrowej, że śmigłowce i samoloty amerykańskie robią w Iranie, co chcą, a miejscowa ludność nie daje się nakłonić do współpracy nawet gigantycznymi pieniędzmi (a zważywszy stan drugiego lotnika, dystans, jaki pokonał i poziom grzbietu górskiego, na który wszedł, można przypuszczać, że wręcz ktoś mu pomógł).
Ogłasza się zatem - wzorem Moskali - udaremnienie operacji, której nie było, żeby przykryć bezradność wobec operacji, która miała miejsce. 

Amerykanie...
Czy Amerykanie miesiąc temu wiedzieli, że będą potrzebowali odwrócenia uwagi sił irańskich od właściwego celu operacji? 
Nie... I tak. 
Nie wiedzieli, że w dniach 3-5 kwietnia 2026 będą ratować zestrzelonego operatora systemów uzbrojenia z F-15. 
Wiedzieli, że prędzej, czy później będą potrzebowali swobody operacyjnej wewnątrz terytorium Iranu i sobie ją wytworzyli puszczając fejki o planowanej operacji w stylu Hollywood, doskonale zdając sobie sprawę, że w każdym systemie i w każdej armii takie informacje spowodują zwiększenie poziomu ochrony wskazanego obiektu. A to oznacza ściągnięcie w zagrożony (przynajmniej mentalnie) rejon wszystkich sił z okolicy. Żaden dowódca nie pozwoli sobie na zlekceważenie takiego sygnału nawet, jeśli wie, że to podpucha. 

Kiedy specjalsi lądowali na swoim prowizorycznym lotnisku, Irakijczycy pilnowali elektrowni i czekali tam na przeciwnika. Dopiero po kilku godzinach zorientowali się, że ktoś ich robi w bambuko i zareagowali. Ale nie posłali sił głównych, które nadal pilnowały elektrowni, tylko pospolite ruszenie z Basydż wzmocnione kilkoma oddziałami z IRGC. 
Strach, że może jednak chodzić o elektrownię i uran spraraliżował decyzyjność irańskiego dowództwa. 
To dało Amerykanom swobodę operacyjną. 

A swoją drogą, to nie zdziwię się, jeśli kilku specjalsów zostało na miejscu i prowadzi dalsze działania... 

Amerykanie w efekcie mają nie tylko sukces propagandowy, ale przećwiczenie w warunkach lokalnych tego typu operacji. Wiedzą, co się sprawdza, a co nie i nad czym trzeba popracować. 
To coś, jak desant w Dieppe, tylko we współczesnych warunkach i z lepszym efektem wizerunkowym.

Irańczycy mają swędzenie sempiterny kryte buńczuczną retoryką, ale w efekcie nadal nie wiedzą, co Amerykanie odwalą następnym razem. Przy kolejnym takim desancie będą równie zdezorientowani, jak teraz. 


Tymczasem w Chinach zniknięto człowieka. I to zniknięto dosłownie w stylu sowieckim. Nigdzie nie ma śladu, że ktoś taki istniał. 
Nie pierwszy, nie ostatni, ten jednak jest szczególnym przypadkiem, który dość poważnie komplikuje chińskie plany względem Tajwanu. 


Yan Wei był konstruktorem lotniczym, twórcą samolotu J-20 Chengdu, który miał być odpowiedzią na amerykański F-35, czyli myśliwcem stealth piątej generacji. Oprócz tego był wiceprezesem China Aviation Industry Corporation (AVIC) i członkiem Chińskiej Akademii Nauk.
Był. 

Od przełomu lat 2024/2025 Yang przestał pojawiać się publiczne. Ostatni raz widziano go w październiku 2024. 
W styczniu 2025 roku jego profil zniknął ze strony AVIC. Razem z nim wyparował prezes Hao Zhaoping.
W marcu bieżącego roku profil Yanga został usunięty też ze strony Chińskiej Akademii Nauk. 
Był człowiek, nie ma człowieka. 

Równolegle do opinii publicznej przebijają się informacje podważające wartość myśliwców J-20. Wprowadzone do służby w 2017 roku maszyny niekoniecznie odpowiadają wyznaczonym dla nich standardom. 
Najpierw już w styczniu 2025 roku pojawiły się głosy, że wykorzystanie przez Yanga (czytaj: zerżnięcie) rosyjskiego nieudanego projektu MiG-1.44 popsuło charakterystykę radarową maszyny i jej osiągi. Zaczęły się pogłoski, że samolot nie jest w stanie podjąć równorzędnej walki z amerykańskimi maszynami czwartej generacji, a miał być odpowiedzią na piątą. 
Zaraz potem w mediach pojawiają się zdjęcia fuszerek przy wykonywaniu konstrukcji kadłuba i skrzydeł w seryjnych samolotach. I to poważnych, jak źle zamocowane nity. Coraz głośniej mówi się, że samolot wyposażany jest w komercyjny sprzęt pokładowy, w tym awionikę "z AliExpress". 

Ostateczny cios wiąże się jednak z kompromitacją chińskich systemów radarowych. W czasie inwazji amerykańskiej na Wenezuelę chińskie radary chroniące wenezuelską przestrzeń powietrzną nie wykryły żadnego (ŻADNEGO!) amerykańskiego samolotu, ani śmigłowca. Nie tylko F-35, które mają system stealth, ale nawet zwykłych transportowców i śmigłowców szturmowych. Po czym zostały usmażone impulsem elektromagnetycznym. 
Sytuacja powtórzyła się na Pakistanem w czasie starcia tego kraju z Indiami, a na końcu w Iranie, gdzie również chińskie radary całkowicie zawiodły wobec maszyn typu F-14. 
Na dokładkę w czasie irańskiego ataku na lotniskowiec USS Abraham Lincoln amerykańskie systemy antyrakietowe przechwyciły wszystkie sto jeden wystrzelonych pocisków. Systemy naprowadzania tych rakiet pochodziły z Chin. 
Okazało się, że chińska armia jest ślepa, głucha i bezzębna. 

Yang Wei zniknął ostatecznie jeszcze przed uderzeniem na Iran, kiedy już było wiadomo, że chińskie radary nie wykrywają żadnych samolotów. 

Jaki to jednak ma związek z F-20? 
Podstawowy. 
F-20 miał być samolotem niewykrywalnym dla radarów i z powodzeniem przechodził testy. W Chinach. Na chińskich radarach. Które nie wykrywają niczego. 
Powstało zatem podejrzenie, że F-20 nie jest maszyną typu stealth, tylko do jego wykrywania wykorzystano "ślepca". 
Już po zniknięciu Yanga pojawiły się informacje, że oszukiwał on państwowy koncern, któremu prezesował. Za państwowe fundusze i zaplecze na prace badawczo rozwojowe własnej prywatnej firmy, której produkty odsprzedawał koncernowi, którem wiceprezesował. 

Co się stało z Yang Wei? 
Nie wiadomo. Nieoficjalnie nie żyje, ale są różne wersje jego zgonu. Od rozkazu popełnienia samobójstwa, który osobiście miał wydać Kung Fu Kubuś Panda Puchatek Xi na poligonie po katastrofie (rozpadnięciu się w powietrzu) testowego egzemplarza J-20 po niedwuznaczną sugestię smutnych panów, żeby Yang sam rozwiązał problem i nie narażał rodziny na problemy związane z oficjalnym śledztwem i procesem. 

W tym samy czasie zniknięto Wu Manqing odpowiedzialnego zarówno za radary pokładowe i systemy naprowadzania, jak i za systemy ochrony radarowej przeciw samolotom stealth oraz dwóch ekspertów od rakiet i elektroniki Wei Yiyin i Zhao Xiangeng.

Dla Xi afera ta oznacza konieczność weryfikacji i przerobienia zarówno samolotów, jak i radarów. W tej chwili chińskie kierownictwo nie może być pewne w zasadzie niczego, co dotyczy sprzętu wojskowego. 
Podobna sytuacja miała miejsce w 2022 roku, kiedy rosyjski sprzęt skompromitował się na Ukrainie. Chiny na gwałt zaczęły wycofywać się z już zawartych kontraktów, wycofywać zakupione w Rosji uzbrojenie i pozbywać związanych z nim ludzi. 
To oznacza kolejne miesiące opóźnienia w planach dotyczących Tajwanu. Nikt nie zacznie takiej wojny nie mając pewności, że jego samoloty będą skuteczne, a radary nieprzenikalne. 

Tymczasem chińskie struktury siłowe zaserwowały dwa podobne incydenty na dwóch różnych akwenach. 
W pobliżu wysp Senkaku na Morzu Wschodniochińskim jednostka pływająca Straży Przybrzeżnej Kraju Pępka zaatakowała rybaków z Kraju Kwitnącej Wiśni. 

Rybaków uratowała interwencja jednostek japońskich

Senkaku, a po chińsku Diaoyutai leżą sobie w równej prawie odległości od terytorium Japonii, Chin i Tajwanu i każdy uważa, że należą się jemu. Zasadniczo historycznie jest to terytorium Chin, które w końcówce XIX wieku zajęła Japonia. I już nie oddała. 
Wyspy są bezludne, ale mają znaczenie strategiczne. Chronią Tajwan od północy i dają wgląd w chińskie wybrzeże między Wenzhou i Fuzhou oraz są punktem wyjścia na japońską prefekturę Okinawa. 
Mają też sporo cennych zasobów surowcowych. 
Takich incydentów w tym regionie jest sporo, ale w obecnej napiętej sytuacji międzynarodowej każdy może być początkiem większej afery. 

Do podobnego incydentu, tylko zakończonego zatopieniem wietnamskiego rybackiego statku, doszło na Morzu Południowochińskim koło Wysp Paracelskich. 


Status tego terytorium jest podobny, jak w przypadku Wysp Senkaku, tylko odwrotny. To Chiny w 1974 roku zajęły je przepędzając Marynarkę Wojenną Wietnamu Południowego i nie zamierzają ich oddać. Tajwan też uważa, że należą do niego, choć ma do nich prawo, jak muzułmanie do Wzgórza Świątynnego (oni na poparcie roszczeń mają przynajmniej sen Mahometa, Tajwan nie ma nawet tego).
Chińczycy na zajętym terytorium nie bawią się w kurtuazję, tylko siłowo niszczą każdego, kto naruszy narzuconą przez nich granicę. 


Pamiętacie wycie, kiedy amerykańska Coastal Guard topiła łodzie przemytników narkotyków?

Kończąc przeskoczymy do Panamy w Ameryce Łacińskiej, gdzie też doszło do incydentu, choć to raczej zwykły wypadek. 
Po godzinie szesnastej czasu lokalnego w Balboa dokładnie pod Mostem Ameryk, łączącym brzegi kanału, podczas załadunku zapaliła się i wybuchła cysterna samochodowa. Eksplozja wywołała reakcję łańcuchową i doszło do dużego BUM!


Jeden człowiek zginął, kilku zostało rannych i poparzonych. Most czasowo został zamknięty, a po inspekcji ponownie otwarty. 
Moskiewskie kanały bredzą o zagrożeniu dla żeglugi przez kanał, ale nic takiego się nie zdarzyło. 

Oczywiście, ktoś mógłby chcieć zrobić taki sabotaż i być może dokładnie taki miałby przebieg, ale jego skutek dla żeglugi byłby mocno umiarkowany. 

Z podwórka europejskiego warto wspomnieć, że Mołdawia zaczęła proces połączenia się z Rumunią i uregulowania statusu Naddniestrza. To oczywiście generować będzie konflikty ze środowiskiem prorosyjskim. 
W niedzielę odbędą się wybory na Węgrzech i wiele wskazuje na to, że epoka Wiktora Orbana może dobiegać końca (choć może się też zdarzyć inaczej). W każdym razie środowiska prorosyjskie bredzą już o tym, że z Ukrainy na Węgry przysłano cztery tysiące komandosów (no pewnie od razu milion!), którzy w razie wygranej Orbana mają przeprowadzić przewrót i go odsunąć. 
To pokazuje, że środowiska prorosyjskie liczą się z porażką i już budują narrację uzasadniającą odrzucenie wyniku wyborów lub wręcz właśnie siłowe przejęcie władzy. 
Swoją drogą, ewolucja Orbana z antysowieckiego lidera opozycji na wręcz agenta Moskwy warta jest zastanowienia. 
Wybór kontrkandydata Orbana Petera Magyara w kwestii Ukrainy niewiele zmienia, bo jest on tak samo przeciwny udzielaniu Kijowowi pomocy. Różnica będzie w podejściu do pomysłów Brukseli. 

O sytuacji na Ukrainie następnym razem. 








Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - Kim jest Pierwsza Bojowniczka Wenezueli? - dni trzysta szesnasty, trzysta siedemnasty i trzysta osiemnasty czwartego roku (1411, 1412 i 1413)

Dziennik wojny - dni od sto siedemdziesiątego piątego do sto dziewięćdziesiątego szóstego czwartego roku (1271-1292)