Dziennik wojny - awantura o UPA i Rosja bez pilota - dni od dziewięćdziesiątego piątego do sto dwunastego piątego roku (1556-1572)

 


Ten wpis to ponad tydzień rzeźbienia i korygowania pod kątem zmieniającej się sytuacji. 

Tak, jak przewidywałem, mamy grubą imbę w związku z nadaniem przez prezydenta Zełeńskiego Centrum Operacji Specjalnych "Północ" imienia bohaterów UPA. Zacietrzewieni w słusznym oburzeniu (tak, słusznym) przeoczamy jednak sporo dość istotnych elementów, które właściwie pozycjonują ten ruch ukraińskich władz. 
Nasza ziemia, nasi bohaterowie!
Zacznijmy od kwestii podstawowej. 
Komu nadano to imię?
Otóż dowództwu specjalsów operującemu na północnej granicy Ukrainy. 
Na północy!
Chodzi o odcinki czernichowski, sumski i częściowo charkowski i o działania specjalne na kierunkach briańskim, kurskim i białogrodzkim po rosyjskiej stronie granicy. Nadanie nastąpiło na wniosek samych żołnierzy, którzy na co dzień walczą z Moskalami i Tik-tok Army Kadyrowa. 
To wskazuje, że w wymiarze wizerunkowym celem było zadrażnienie Rosjan. Klasyczne naplucie im w twarz. 
Czy to per saldo mądre, to inna sprawa. Niemniej przynajmniej na poziomie wnioskodawców nie miało to nic wspólnego z jakimkolwiek działaniem przeciw Polsce. 

Co nie zwalnia władz w Kijowie z odpowiedzialności. Argument, że żołnierze sami chcieli, jest niepoważny, bo na szczeblu rządowym każdy taki wniosek analizuje się pod wieloma kątami, także z perspektywy, jak to zostanie odebrane na zewnątrz (zajmowałem się opiniowaniem wniosków w mojej "firmie" i były przypadki odrzucania propozycji właśnie ze względów wizerunkowych, żeby nie dawać pożywki ew. negatywnej narracji).
Z jakiegoś powodu, mimo ogromnego szacunku, jaki już uzyskała w polskim społeczeństwie i w wojsku Brygada Świętokrzyska NSZ, nie jest ona brana na wojskowe sztandary. Podobnie, jak III i V Brygady Wileńskie WiN. Czemu? No właśnie ze względu na kontrowersje wiążące się z ich działaniami i decyzjami dowódców. 
Podobnie, na co zwrócił uwagę jeden z moich znajomych, pan Przemysław Żurawski vel Grajewski, nikt nie nadaje polskim jednostkom imienia generała Lucjana Żeligowskiego. Ruch taki byłby bowiem bardzo drażniący dla Litwinów. 
Nie ma też jednostki wojskowej imienia Orląt Lwowskich. 

No właśnie. Bo w uporządkowanym mentalnie społeczeństwie imiona i patronów nadaje się jako punkt odniesienia, a nie po to, żeby kogoś wpienić. 
Zresztą, nadanie imienia bohaterów UPA ukraińskim komandosom odbije się na nich negatywnie, bo Moskale, którzy już i tak wziętych do niewoli mordowali, teraz będą "mogli" to robić przy otwartej kurtynie, pokazując, że "walczą z nazizmem i banderyzmem".

No dobra.
Ale czemu tak i czemu teraz?

Częściowo kontekst podałem w poprzednim wpisie: afera z Julią Mendel, która ze współpracowniczki prezydenta Zełeńskiego stała się jego krytyczką, serwującą moskiewską narrację. W dodatku działania nadzorowanych przez USA służb antykorupcyjnych zaczynają potwierdzać niektóre tezy propagandy Moskwy i środowisk antyukraińskich. Zarówno w kontekście komicznym, jak konsultowanie z wróżką decyzji przez Andrzeja Jermaka, oskarżanego przez Mendel o paranie się czarną magią (przypomnę, że Kreml oskarża władze ukraińskie o satanizm), jak i poważnym, jak wypływanie w kontekście spraw korupcyjnych kogoś określanego jako Wowa (zdrobnienie do Władymir/Wołodymir/Włodzimierz - imię prezydenta Zełeńskiego), kto pociąga za sznurki. 

Do tego wiadomo już, że o NATO Ukraina może zapomnieć - NATO zresztą ma poważny kryzys spowodowany głupim cwaniactwem państw europejskich i odmową ze strony USA dalszego pełnienia roli dojonego frajera. Poza tym po postawieniu (a raczej przypomnieniu) przez nowy rząd Węgier żądań odnośnie statusu mniejszości węgierskiej na Ukrainie, kanclerz Niemiec Fryderyk Merz poinformował prezydenta Zełeńskiego, że wszystko, czego Ukraina może się spodziewać to status państwa stowarzyszonego z Unią Europejską. Co prawda stanowisko Węgier chwilę potem uległo zmianie, ale o tym dalej.
O pełnej akcesji Kijów może na razie zapomnieć. Po prawdopodobnej wygranej AfD w wyborach w Niemczech sytuacja jeszcze bardziej się pogorszy, gdyż niemiecka skrajna prawica nie kryje sympatii promoskiewskich i już jawnie uczestniczy w rosyjskich imprezach. 

Zatem Ukraina staje przed kluczowym kryzysem politycznym, może największym od 2014 roku. Cele polityczne wojny - wstąpienie do NATO i Unii Europejskiej - na razie są poza zasięgiem (w dodatku niekoniecznie wstąpienie do UE jest w interesie oligarchów, o czym już pisałem). Wychodzą też coraz bardziej informacje, które potwierdzają lub zdają się potwierdzać zarzuty Moskwy względem władz w Kijowie. 

Dalej. 
Ukraina ma już naprawdę gigantyczny problem z uzupełnianiem sił. Drony rozwiązują część problemów, ale istnieje poważne ryzyko, że zabraknie potencjału ludzkiego, żeby wykorzystać wytworzone przez ofensywę dronową przeciw moskiewskiej logistyce okno możliwości. Po prostu drony nie zajmą terenu. To muszą zrobić ludzie. Nawet jeśli będą wspierani przez drony lądowe. 
Dlatego władze ukraińskie otwarcie poprosiły państwa europejskie o wyłączenie mężczyzn w wieku poborowym (między dwudziestym trzecim a sześćdziesiątym rokiem życia) spod specjalnych praw, jakie przysługują ukraińskim uchodźcom. Warto zauważyć, że w zakres ten łapią się mężczyźni, którzy cztery lata temu nie podlegali przepisom mobilizacyjnym i nie są "uchylantami", a po prostu od czterech lat mieszkają poza Ukrainą. I nie spieszą się do powrotu. 

Dlatego ze strony ukraińskiej padła już sugestia, że to najlepszy moment na powrót do negocjacji. 

Wniosek: w Kijowie doskonale rozumieją, że koncepcja odzyskania wszystkich utraconych terytoriów zaczyna być coraz mniej realna. Dobrze będzie, jak Ukraina nie straci niczego więcej. 
To natomiast podważa w społecznym odbiorze sens dotychczasowej walki i będzie generować społeczną frustrację opartą na przekonaniu, że można było wygrać więcej.

O kontekście demograficznym i groźbie wynarodowienia już pisałem. Warto pamiętać, że Polska (mimo serwowanego co jakiś czas w mediach antypolskiego bełkotu) jest społeczeństwem dość dobrze asymilującym mniejszości i akceptującym podwójną tożsamość. Można być Polakiem, nie przestając być Anglikiem, Niemcem, Szwedem, Japończykiem, Ukraińcem, czy nawet Rosjaninem. Odkrycie niepolskich korzeni nie prowadzi u nas do automatycznego zakwestionowania polskiej tożsamości.
To teraz dołóżmy liczby. Z tego około półtora miliona przebywających w Polsce obywateli Ukrainy (z których nie każdy poczuwa się do tożsamości ukraińskiej, a około dwustu tysięcy ma Kartę Polaka) co piąty zamierza pozostać i osiedlić się w Polsce. Tu mają dom, tu mają pracę i są cenionymi pracownikami. Stopa bezrobocia wśród nich jest niższa, niż wśród "rdzennych Polaków". Ci ludzie nie mają po co wracać na Ukrainę. A w drugim pokoleniu ten stan się pogłębia: mało kto nie mówi po polsku, mało kto nie ma polskich kolegów i przyjaciół, dzieciaki działają w drużynach harcerskich, a niekoniecznie w Płaście. I owszem, jakaś część trzyma się razem, ale jeśli dwadzieścia procent otwarcie mówi o pozostaniu, a sześćdziesiąt uzależnia decyzję od sytuacji, to dla Ukrainy brzmi to jak wyrok śmierci. Bo to znaczy, że Ukraina straci bezpowrotnie do miliona faktycznych i kilka milionów potencjalnych obywateli na rzecz Polski. 
Szczególnie jeśli chodzi o kobiety sytuacja jest poważna, bo ukraińskie matki z chęci ochrony dzieci wychowają je na stuprocentowych Polaków, którzy nawet nie będą podejrzewać, jakie mają korzenie. 
Piszę to z autopsji. Moja mama mimo niemieckich korzeni wychowywała mnie na Polaka, a jakiekolwiek sugestie o związkach z Niemcami tępiła bezwzględnie - inna rzecz, że w czasie wojny moi dziadkowie odczuli na sobie "niemieckie porządki" i faktycznie nie zamierzali kultywować tradycji przodków. Tym niemniej o tym, że moi przodkowie nazywali się Wolf i Foks dowiedziałem się dopiero po odejściu mamy, gdy porządkowałem dokumenty po niej. 
W przypadku mieszanych rodzin w wielu wypadkach jest tak samo. Dzieciaki są kształtowane na stuprocentowych lokalsów. Oczywiście nie zawsze i nie wszystkie, ale dość, żeby stanowiło to problem dla Ukrainy.
Dlatego Ukraina potrzebuje cały czas podgrzewać antyukraińskie nastroje w Polsce. Po to, żeby uchodźcy nie chcieli tu zostawać, ale zapragnęli wrócić do siebie. 
Że na to są małe szanse, to inna sprawa, choćby dlatego, że wiele firm polskich nie może sobie pozwolić na utratę ukraińskich pracowników. 

Na koniec.
Ukraina zawarła szereg kontraktów z państwami arabskimi na sprzedaż dronów bojowych i chce sfinalizować umowę z USA, ale nadal nie jest ona podpisana, oczekując na decyzję Pentagonu i Białego Domu. W zamian Ukraina chce kupować broń amerykańską. 
Tyle, że USA wstrzymują ostatnio dostawy już sprzedanej broni do odbiorców ze względu na sytuację geopolityczną. Po prostu będą jej potrzebować wojska amerykańskie. 
Można przypuszczać, że w tej postaci kontrakt jednak nie dojdzie do skutku. Dla prezydenta Trumpa kwestią prestiżu będzie zresztą produkowanie amerykańskich dronów, a nie korzystanie z know-how młodszego partnera.

Krótko rzecz ujmując.
Ukraina od Europy i USA uzyskała już prawie wszystko, co mogła. Państwa europejskie w większości nie mają już czego przekazywać, a same muszą się zbroić (czego nie rozumieją w Wielkiej Brytanii). I nie zmienia tego przekazanie Ukrainie przez Szwecję dziesięciu używanych Grippenów. Magazyny w większości są puste. 
Na sprzęt z USA też Ukraina nie ma co za bardzo liczyć. 
Do tego problemem co raz większym jest postępująca asymilacja Ukraińców w Europie, szczególnie w Polsce.
Za granicą przebywają ogromne rezerwy ludzkie, unikające mobilizacji.
Afery korupcyjne coraz mocniej podważają i ośmieszają ludzi prezydenta Zełeńskiego i jego samego. Wielu Ukraińców otwarcie mówi, że system zaczyna przypominać to, co było za Janukowycza. 

Co robi każda władza, kiedy grunt usuwa jej się spod nóg?
Ucieka w nacjonalizm jako bazowy czynnik budujący tożsamość i dający legitymację do rządzenia. W dodatku taki ruch wywołując oburzenie w Polsce pozwoli uzyskać znowu poczucie zagrożenia.
Po co? 
No właśnie po to, żeby choć na chwilę odzyskać w społeczeństwie poczucie jedności narodowej i skupienie wokół urzędu prezydenta. 
Że to przejściowe i chwilowe? 
To za jakiś czas odpali się kolejną podobną imbę, licząc na podtrzymanie fali. 

A że przy okazji utraci się sympatię Polaków? 
To są akceptowalne koszty szczególnie, że jeśli w efekcie diaspora ukraińska poczuje się w Polsce niewyraźnie i zechce wrócić do Ojczyzny, to Ukraina tylko na tym zyska. Polska w ukraińskim systemie logistyki nie ma już tak kluczowego znaczenia, jak w pierwszej fazie wojny. Większość wsparcia dla Kijowa stanowią teraz pieniądze, a nie fizyczny sprzęt. 

Takie były prawdopodobnie rachuby kiedy podjęto w Kijowie decyzję o nadaniu imienia Bohaterów UPA Centrum Operacji Specjalnych "Północ".
Ten ruch nie był wymierzony w Polskę, choć brano pod uwagę i świadomie to kalkulowano, że Polska nim oberwie. Władze ukraińskie chciały gwałtownej i wymierzonej w ukraińską diasporę reakcji Polaków, ale to nie był cel, a środek do celu. 

Ale nic nie poszło tak, jak przewidywano. 

Po pierwsze, reakcja Polski była dla władz ukraińskich całkowitym zaskoczeniem. 
Wcześniej wszelkie takie sytuacje spotykały się z polskiej strony z umiarkowanymi reakcjami.  Oburzenie wyrażały środowiska dość skrajne. I patrząc na wypowiedzi niektórych przedstawicieli polskich władz i tym razem byłoby pewnie podobnie, ale...
Tym razem jednak, nie licząc zaprzańców, którzy nie przepuszczą żadnej okazji, żeby zwymiotować na własne społeczeństwo, protest - bardziej lub mniej radykalny - był reakcją na tyle powszechną, że nawet co przytomniejsi politycy opcji proeuropejskiej zaostrzyli swoją retorykę. Poza naprawdę nielicznymi, w tym mistrzami świata w opluwaniu Polaków z GWnianej, większość nawet próbując nieco łagodzić ton zaczynała artykuły i wypowiedzi od stanowczego. że decyzja prezydenta Zełeńskiego jest nie do przyjęcia i nie do zaakceptowania. 
Reakcja polskiego społeczeństwa była zdecydowana, stanowcza, spontaniczna i - co najważniejsze - niezależna od opcji politycznej (nie licząc zaprzańców). Zaznaczanie na mapach google nieistniejących już polskich wsi na Wołyniu z opisem, co się tam stało, czy wchodzenie na ukraińskie konta komentujące sytuację z polemikami względem ukraińskich narracji, to tylko przykłady. 

Po drugie, prezydent RP Karol Nawrocki odpowiedział z grubej rury wnioskując o odebranie Orderu Orła Białego prezydentowi Zełeńskiemu. Tę decyzję opiniuje kapituła orderu, a poprzeć ją musi premier, ale pan Tusk po pierwotnym kwestionowaniu wniosku prezydenta, kiedy zorientował się, że popiera ten wniosek większość obywateli RP, uznał, że jest on uzasadniony. Możliwe zatem, że jednak ostatecznie podpisze kontrasygnatę, co przesądzi o wyniku. 
Reuters, Politico, Euronews, a nawet Al-Jazeera opublikowały zdystansowane w tonie artykuły, w których dość dokładnie i obiektywnie opisana została Zbrodnia Wołyńska, a w dodatku pamięć o niej została zestawiona ze wsparciem, jakiego Ukrainie udzieliło państwo, a co ważniejsze także społeczeństwo polskie. 
Zasięgi tych materiałów nie powalają na kolana, ale...
Post z linkiem do artykułu na profilu Politico.eu na Xrze uzyskał ponad sto dziesięć tysięcy wyświetleń, tysiąc siedemset polubień i setki repostów oraz komentarzy. Podobnie w tysiące poszły zasięgi pozostałych mediów piszących na ten temat. 
Łącznie można oszacować, że artykuły na temat Zbrodni Wołyńskiej dotarły do około pół miliona osób z całego świata, z czego większość nie jest Polakami, ani Ukraińcami. Informacje te narzuciły w zachodniej infosferze polską optykę i narrację na ten temat. Osłabiły jednak wizerunkową pozycję Ukrainy. Jeden z komentatorów Deutsche Welle Jacques Schuster wprost napisał, że tymi decyzjami Ukraina oddala się od Europy. 

Na dokładkę premier Magyar w zasadzie na drugi dzień po wybuchu afery polsko-ukraińskiej, już 3 czerwca ogłosił uzyskanie porozumienia z Ukrainą w kwestii praw mniejszości węgierskiej (dla ukraińskich radykalnych środowisk nacjonalistycznych bardzo bolesne), co otwiera drogę do rozpoczęcia pierwszej fazy negocjacji akcesyjnych. W tym momencie spór z Polską stał się nagle główną, a nie - jak dotąd - poboczną przeszkodą w procesie wstępowania Ukrainy do UE. 

Żeby jeszcze pogłębić wtopę, do tematu gloryfikacji UPA odniosły się oficjalnie władze Izraela w oświadczeniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych. "Głębokie zaniepokojenie" wyraził także Instytut Yad Vaszem. 

Ze strony ukraińskiej natychmiast zaczęła się akcja gaszenia pożaru w postaci postów, artukułów, czy wypowiedzi choćby ministra spraw zagranicznych Ukrainy. Wszystkie w kontekście
- Wicie-rozumicie, ale to nie tak, jak myślicie. A w ogóle, to na tym korzysta Rosja!
Nieliczne wypowiedzi miały wydźwięk:
- Ej, ale musimy przyznać, że nasi przodkowie spieprzyli temat i przestać ich wychwalać.
Oczywiście, Rosja na tym korzysta, ale nie na oburzeniu Polaków, tylko na decyzjach Kijowa, które potwierdzają oskarżenia Rosji przeciw Ukrainie. 

Co ciekawe, bardzo dużo tych komentarzy było pisanych wyłącznie po ukraińsku i skierowanych do ukraińskiego odbiorcy, któremu pisano, co ma myśleć. I tu pojawiło się polskie pospolite ruszenie, które zgodnym chórem w bardziej kulturalny lub bardziej chamski sposób prostowało ukraińskiemu odbiorcy, że niekoniecznie tak. 
Ogromną pracę wykonał tu Andrzej Matowski, który przypomniał, jak doszło do zaognienia konfliktu polsko-ukraińskiego w latach trzydziestych, wykazując, że był to skutek świadomych decyzji ukraińskich nacjonalistów. Jego artykułem pięknie orało się te narracje. Reporter Witold Szabłowski (autor książki "Opowieści z Wołynia), który przypomniał Ukraińców zamordowanych przez UPA za pomaganie Polakom, czy też Klaudiusz Wesołek - potomek ocalonej z Wołynia dziewczynki - który również dwujęzycznie rozbijał te narracje.

Najlepsza w tym była próba szantażu ze strony Ukraińców, że jak OOB zostanie odebrany prezydentowi Zełeńskiemu, to on więcej nie przyjedzie do Polski. Na co większość komentariatu stwierdziła "i dobrze". No i faktycznie, lecąc do Londynu na spotkanie z przywódcami Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii prezydent Zełeński ominął Polskę, czym nikt się w naszym kraju nie przejął, Premier Tusk po tejże konferencji oświadczył, że Polska nie będzie honorować decyzji podjętych bez jej udziału (akurat w kontekście harmonizowanej z Berlinem polityki polskiego rządu ta wypowiedź jest niezłym dysonansem, ale za półtora roku szykują się wybory parlamentarne, więc nie takie objawienia będziemy widzieć i słyszeć - przy okazji mamy fajną egzemplifikację tezy, że procesy społeczne i polityczne są umiarkowanie zależne od aktualnych sterników polityki - Polska mimo wszystkich starań Berlina i Moskwy oraz Kijowa i tak już wyrosła na tak poważnego gracza w regionie, że zignorowanie jej może się skończyć katastrofą). 

Oczywiście, każdy naród ma swoich kretynów, więc i w ukraińskich komentarzach pojawiły się sugestie "wyzwolenia spod polskiej okupacji" na przykład Przemyśla. Mają one taki sam sens i taki sam zasięg społeczny, jak publikacje polskich idiotów o podziale Ukrainy między Polskę a Rosję. 

Najmocniej do pieca dorzucił jeden z liderów Prawego Sektora Dymitr Jarosz, który palnął wierszem Szewczenki, a potem było jeszcze ciekawiej. 



Warto przetłumaczyć to w całości, bo pokazuje groch z kapustą, jaki panuje w standardowym ukraińskim umyśle:

Do Polaków

Gdyśmy byli kozakami,
Unii nie było
Z wolnymi braćmi Polakami
Wolno się nam żyło.

Kwitnęły stepy nam wesoło,
Kwitły sady nasze,
Niby lilie w około,
Tak to, bracie Lasze.

Dumne były matki nasze,
Bo wolnych rodziły.
Tak, mieliśmy, bracie Lasze
I wolność i siły.

Ale oto w imię Boga
Przyszli Jezuici,
Zapalona chata droga,
A my krwią obmyci!

O, tak bracie! W imię Boże
Raj nasz zamącili,
I rozlało się krwi morze,
A chatę — spalili...

Schyliły się łby kozacze
Jak zdeptane trawy,
Ukraina płacze, płacze
Zmarnowanej sławy.

Pomarniało głów bez liku
A ksiądz wyśpiewuje
Głośno w obcym nam języku
Swoje Alleluje!

Tak to, tak to bracie Lasze,
Księża i panowie
Rozsiekali drużbę naszą
Mieczem po połowie.

Podaj-że rękę kozakowi
I szczere serce jemu daj,
Dopomóż, bracie, wygnańcowi
Odtworzyć dawny, cichy raj!

Ten wiersz proroka narodu ukraińskiego Tarasa Szewczenki jest teraz bardzo aktualny...
Nie chcę być wrogiem Polaków... mamy już dość wrogów...
Jednym z moich największych marzeń jest sojusz wojskowo-polityczny Ukrainy, Polski, Litwy, Białorusi (bez Łukaszenki), Mołdawii itp. , stan nuklearny tego sojuszu, wpływ na procesy europejskie i światowe...
A część polskich polityków nie zwalnia tempa; więc starają się wbić nóż w plecy ukraińskiej państwowości i jak najbardziej potencjalnej unii geopolitycznej...
Daj pokój nam i naszym Bohaterom, którzy walczyli z rosyjskimi, niemieckimi i polskimi okupacjami...
Teraz walczymy o naszą i waszą wolność... My - Ukraińcy - tarcza Polski i całej Europy. Bez nas Imperium Moskwy owinęło by Cię w kilka tygodni...
Jeśli nie daj Boże, przegramy z kacapami, ty będziesz następny.. Imperialiści cię zniszczą, tak jak zniszczyli samolot twojego prezydenta i wszystkich liderów państwa... Na co nie zareagowaliście...
Namawiam jeszcze raz naród Polski i ich przywódców, aby nie żyli przeszłością... Daj szansę przyszłości!
Bo jeśli tak się nie stanie, to ustąpicie z areny historycznej i nie zamienicie się w honorowych Polaków, a w nienarodowe śmieci.
Apeluję do zaakceptowania, że byliście na naszej ukraińskiej ziemi, tak jak teraz i erefici... A my Ukraińcy mieliśmy i mamy absolutne prawo niszczyć zajd i agresorív na ich ziemi danej przez Boga.
Jeśli to zaakceptujesz, wtedy prawda zwycięży... I wtedy będziemy mieli szansę, wspólnie, zbudować nowe życie w nowej Europie.
Jeśli nie, to osłabi i Was, i nas i nie wyklucza, że Polska po raz kolejny zostanie podzielona między siebie mocarstwa tego świata...
Polski szowinizm na wyjeździe!
Niech żyje wolna Polska i niepodległa Ukraina!
Stańmy się znowu braćmi!
Jak widać, wbrew komentarzom z naszej strony Jarosz nie grozi Polsce, ani Polakom, tylko próbował wyjaśnić konsekwencje dla Polski upadku Ukrainy i wskazać na Rosję jako wspólnego wroga (powtarzający się motyw). 
Ale jednak stwierdzenie "zapomnijcie o swoich ofiarach, bo nie będziemy mogli zbudować sojuszu" jest megagłupie i świadczy o kompletnym niezrozumieniu mentalnych i społecznych uwarunkowań. Nie da się żadnych pozytywnych relacji zbudować na przemilczaniu złej przeszłości, a już na pewno nie na retoryce "mieliśmy prawo". 
Problem w tym, że na Ukrainie bardzo wielu rozumuje dokładnie tak. I to nie jest kwestia zsowietyzowania, jak próbuje tłumaczyć pan Parafianowicz, tylko mentalności wschodniej, która jest w ostrej kolizji z myśleniem zachodnim, a raczej północno-zachodnim. 

W czym rzecz? 
W prawie zemsty, które lokalnie istniało też w Europie (a we Włoszech istnieje nadal). Pamięć o zabitych oznacza obowiązek zemsty. Jeśli pamiętam, to hoduję urazę. Budowa nowej relacji wymaga - odwrotnie, niż w naszej kulturze - odrzucenie pamięci. 
Coś w ten deseń, jak w "Weselu" Wyspiańskiego:
- Myśmy wszystko zapomnieli;
mego dziadka piłą rżnęli...
Myśmy wszystko zapomnieli.
Tyle, że te słowa Pana Młodego odnoszą się do ciemnych, niewyedukowanych chłopów galicyjskich, wodzonych na pasku przez agenturę zaborców. Pan Jarosz chyba nie chce być traktowany, jak ciemna masa sterowana przez obcych agentów. 
W kulturze zachodniej warunkiem budowy nowych relacji jest wyznanie winy i zadośćuczynienie. Choćby symboliczne i ograniczone.

I to są istotne bariery kulturowe w relacjach polsko-ukraińskich. Obie strony chcą się dogadać, ale zupełnie inaczej widzą kryteria i warunki brzegowe tego porozumienia. Ukraińcy chcą, żeby Polacy przyszli powiedzieli:
- Co było, to było, zapomnijmy o tym. 
Polacy zaś oczekują, że Ukraińcy przyszli i powiedzieli:
- To było złe, przepraszamy, zapomnijcie o tym. 
Obie postawy wzajemnie się wykluczają, więc są nie do pogodzenia. 

Wreszcie w sobotę do Warszawy w te pędy przyjechał szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy Cyryl Budanow, który spotkał się zarówno z przedstawicielami rządu, jak i Kancelarii Prezydenta RP próbując ugasić pożar wywołany przez jego szefa. Towarzyszyła mu dwójka jego zastępców, więc wizyta, choć nieoficjalna, była na wysokim szczeblu. 
Wyjechał z informacją, że:
- Pamięć o ofiarach Wołynia nie podlega negocjacjom. 
Jeszcze w piątek 5 czerwca władze ukraińskie ogłosiły zgodę na prace poszukiwawczo-ekshumacyjne w kilku dawnych polskich wsiach na Wołyniu, w tym w Hucie Pieniackiej i Woli Ostrowieckiej (w której zaczęły się masakry ludności polskiej na Wołyniu). 
Po wyjeździe generała Budanowa z Warszawy mówi się, że Ukraina rozważa zmianę patrona ukraińskiej jednostki. 
Deklaracja ta zawiesiła proces odbierania Orderu Orła Białego prezydetowi Zełeńskiemu. 
Ale Bartosz Cichocki, jedyny ambasador, który w lutym 2022 roku nie wyjechał z atakowanego Kijowa, swój medal "Za zasługi dla Ukrainy" prezydentowi Zełeńskiemu odesłał. 

I tak kapiszon, który na ulicy Bankowej chcieli wykorzystać do poprawienia sobie notowań w społeczeństwie, okazał się prawdziwym granatem, który wybuchł ekipie prezydenta Zełeńskiego w twarz. Skutkiem jest nie tylko to, że świat zaczyna dowiadywać się o zbrodniach Ukraińskiej Powstańczej Armii - co jest bardzo niewygodne dla Ukrainy, bo potwierdza rosyjską narrację przeciw Ukrainie. 
Gorsze z perspektywy ukraińskich władz jest to, że zaczyna się ta wiedza przebijać do samych Ukraińców. Oczywiście, na obecnym etapie reakcją jest zatykanie uszu i:
- Lalalala nie chcę tego słuchać, a poza tym wasi też mordowali. 
Miny rzedną, kiedy pokazuje się im, że czym innym jest przekroczenie pewnych reguł przez pojedynczych dowódców, a czym innym zaplanowanie i przeprowadzenie czystki etnicznej na rozkaz szefostwa. 

Koniec końców coś, co miało wzmocnić pozycję prezydenta Zełeńskiego, ugryzło go w cztery litery. 

Temat będzie wracał, bo droga Polaków do wybaczenia i Ukraińców do skruchy jest kręta i wyboista. To nie film, nie ma stopklatki.

Drugi ruch prezydenta Zełeńskiego w kwestii budowy swojej pozycji miał już więcej sensu. 

4 czerwca wystosował on list otwarty do władzy Erefii (oficjalnie do Putina), w którym zaproponował dwustronne, z pominięciem Stanów Zjednoczonych i państw europejskich, rozmowy pokojowe. 
List jest de facto ultimatum:
- Dogadaj się z nami, albo cię zniszczymy.
Punktem wyjścia rozmów ma być bezwarunkowe zawieszenie broni, wymiana jeńców w całości i obecna linia frontu. 
Ukraina zatem odpuszcza twarde "nie" w kwestiach terytorialnych i zbliża się do stanowiska USA. Jak już pisałem, odzyskanie terenów Donbabwe i Ługandy ma umiarkowany sens z punktu widzenia ukraińskich interesów. Branie sobie na głowę zrujnowanych miejscowości ze sfrustrowaną i mocno antyukraińską ludnością to przepis na kolejną wojnę w ciągu kilku lat. Zostawienie ich Rosji - razem z ich gniewem i frustracją - to mina podłożona Jebanarium. A jak do tego dojdzie praca organiczna ukraińskich służb, to kwestią czasu jest antyrosyjskie powstanie, któremu oczywiście przyjdą z pomocą "ochotnicy" z Ukrainy. 

List został poprzedzony potężnym dronopadem w Petersburgu, na co musieli patrzeć i miejscowi, i goście zagraniczni, w tym z Niemiec i USA, którzy przyjechali na Petersburskie Forum Ekonomiczne. 
Jeden z Putinów wyśmiał list, a w sobotę Rosja odpowiedziała atakiem na dwa ukraińskie statki ratownicze (z oznaczeniami SAR) na Morzu Czarnym. 

A teraz kontekst.
W miniony weekend w Londynie spotkali się szefowie rządów Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, a w nadchodzącym tygodniu spotyka się w Brukseli Rada Europejska w sprawie negocjacji z Rosją. Wiadomo, co pokazało petersburskie forum, że kraje UE będą dążyć do znalezienia sposobu na zakończenie wojny i podobno całkiem mocno wywierają w tej sprawie naciski na Ukrainę. USA swoją robotę zrobiły i zgodnie z deklaracją prezydenta Trumpa, nie zamierzają się dalej angażować. 
Wysyłając list w formie, jak to określił jeden z Putinów "nieuprzejmej" prezydent Zełeński jednak wysunął propozycję pokojową i to mocno idącą na rękę zarówno Zachodowi, jak i Rosji. Zrobił to jednak w sposób, którego Moskwa nie mogła zaakceptować bez utraty twarzy. Wyszłoby bowiem na to, że Kreml ugiął się pod militarnym szantażem. 

Mamy zatem do czynienia z taką scenką:
- Dogadajmy się i zakończmy konflikt, ty ch*ju, albo ci mordę przerobię na siodło dla mojego osła.
- Obrażasz mnie. To niepoważne.
- Widzicie, odrzuca moją ofertę. 
Zabawne jest to, że zagrywka ta jest kopią metod rosyjskich, stosowanych przez Kreml wielokrotnie. 

To krótko o Forum Ekonomicznym w Petersburgu i związanym z nim dronopadzie. 

- Gospodarka rosyjska nie upada, ona tylko zeszła do poziomu, na jakim od lat żyją w krajach Unii Europejskiej
- oświadczył w swoim wystąpieniu na Forum jeden z Putinów. 

O samym Forum nie ma się co za bardzo rozpisywać. Może poza tym, że pojawili się na nim przedstawiciele [Moskiewskiej] Alternatywy dla Niemiec (AfD) (przypomnę, że jeszcze w październiku zeszłego roku za udział w moskiewskim zlocie nacjonalistów jeden z liderów AfD został wywalony z tej partii). Druga ciekawostka to obecność Rodneya Mimsa Cooka Juniora, który co prawda reprezentował oficjalnie prezydenta Trumpa, ale który jest urzędnikiem federalnym bardzo niskiego szczebla (szef "konserwatorów" miasta Waszyngton i to też nie całego). 
- Mister President, powinniśmy kogoś posłać na forum petersburskie, żeby nie zamykać kanałów komunikacji.
- Poślijcie kogoś mało ważnego. 
- Szatniarz może być? 
- Może. 
O udziale Cooka w tej imprezie nie wiedział nawet Marco Rubio, więc nie było to nic istotnego. Ale Moskwa się cieszy, bo miała "oficjalną delegację USA" - to pokazuje, jak upadł jej status. 

Trzeci i w sumie najważniejszy gość to delegacja Arabii Saudyjskiej (ale na średnim szczeblu ministrów). Rijad uzyskał od Moskwy to, że na Półwyspie Arabskim powstanie wytwórnia szczepionek wykorzystująca rosyjską technologię, a także fermy kurczaków (brojlerów). Poza tym Rosja odpali Arabii Saudyjskiej pasze, a sama kupi ryby i owoce morza. 
Układ wyraźnie nierównoprawny, bo dający Saudom zastrzyk technologii i możliwość usamodzielnienia się w zakresie bezpieczeństwa zdrowotnego i żywnościowego oraz zabezpieczający dostęp do pasz w zamian za trochę towarów luksusowych. 
Luksusowych dla nas, bo u nich to tego jest dużo i stanowi powszechną dietę. 
Poza tym padło trochę gładkich słów w odniesieniu do energetyki, ale bez konkretów. 

Generalnie Petersburskie Forum Ekonomiczne to wydarzenie bardziej polityczne, niż gospodarcze. Podpisane umowy mają w większości charakter ramowy i deklaratywny, ale bez konkretów. 

A wszystko zaczęło się "z dymem pożarów i z hukiem dronów", bo Ukraina uczciła petersburską imprezę pokazem fajerwerków. 


Pół setki pocisków rozwaliło terminal naftowy w petersburskim porcie



Przy okazji oberwała korweta (według klasyfikacji NATO) "Bojkij", która dostała dronem w nadbudówkę, co spowodowało uszkodzenie sensorów i radiolokacji. 




Cios jest przede wszystkim wizerunkowy, bo korweta i tak stała w doku w remoncie, ale należy do najbardziej nowoczesnych w rosyjskiej flocie. 

Zabawne jest to, że Petersburg na Forum reklamował się jako "światowa stolica technologii dronowych". 


Dodatkowego smaczku całej imprezie dodaje to, że Elwira Nabulina, szefowa rosyjskiego banku centralnego, na Forum w tym roku nie pojawiła się. Oficjalnie zaniemogła biedaczka i głos jej odebrało. Nieoficjalnie uciekła w chorobą, żeby nie wyjść na idiotkę publicznie. Ponoć ma to być przygrywka do ucieczki z Rosji. Ponoć pod presją zgodziła się pozostać na stanowisku jeszcze przez rok do końca swojej kadencji, ale pod warunkiem, że będzie mogła odjeść w razie ogłoszenia stanu wojennego. 

A o stanie wojennym przedstawiciele rosyjskich elit mówią już otwartym tekstem. 


Profesor Andriej Biezrukow (były oficer wywiadu) z Moskiewskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych MGIMO (czyli uczelni KGB/SWR) wprost powiedział podczas Forum, że stan wojenny będzie trwał dwadzieścia-trzydzieści lat i dwa pokolenia, jak dorosną, będą prowadzić wojnę.

- Przeżyłem wszystkie cztery dni forum ekonomicznego i chciałbym podsumować, jak to wszystko wyglądało.
Wyglądało tak, jakbyśmy wszyscy znajdowali się w spadającym samolocie. Jesteśmy pasażerami. I kto to jest „my”? Ekonomiści, firmy, inwestorzy i nawet urzędnicy. Wszyscy oni są pasażerami w kabinie samolotu, który nurkuje w dół z przyspieszeniem swobodnego spadku.
I podczas gdy tak siedzimy, dyskutujemy między sobą z pasją o tym, co moglibyśmy zrobić, żeby jakoś ustabilizować ten samolot.
Ale sprawa jest taka: 
Prawdziwa władza siedzi z przodu w kabinie pilotów. I ta kabina jest całkowicie odizolowana akustycznie i absolutnie nieprzenikniona dla wszystkich pasażerów z tyłu. Nam wszystkim zostaje w gruncie rzeczy tylko jedna rzecz: mieć nadzieję i modlić się, że pilot samolotu w końcu chwyci ster mocno w ręce i przyciągnie go do siebie. Tylko to może nas wszystkich uratować. Dlatego jedyne, co nam pozostaje, to po prostu się modlić
- podsumował były moderator rosyjskiego kanału ekonomicznego RBC (moskiewski odpowiedni Bloomberga) Timofiej Martynow.

Przechodzimy do sytuacji frontowej. 

Kluczowe tematy są dwa: Krym i Konstantynówka.

Krym. 
Siły ukraińskie kontynuują izolację strategiczną półwyspu, a obecnie praktycznie wyspy. W serii dronowych i rakietowych uderzeń uszkodzone i wyeliminowane z użycia mosty W Heniczesku, Armiańsku i Czongarze, co realnie przekształca Krym w wyspę. 



Szczególnie istotny jest tu Armiańsk, a także Myrne i Stawki. Czemu?
O ile mosty w Heniczesku i Czongarze łączą Krym ze stałym lądem nad cieśninami morskimi, o tyle Armiańsk leży na przesmyku Perekopskim, który jest jedynym lądowym połączeniem Krymu z kontynentem. 

Przez Armiańsk biegnie jedyna droga lądowa i jedyna lądowa linia kolejowa na półwysep. Ale koło Armiańska przebiega też kanał, którym dostarczana jest słodka woda z Dniepru na Krym (kiedyś była dostarczana, bo od zniszczenia przez Moskali Zapory Kachowskiej w zasadzie pozostaje on suchy - ale nadal stanowi przeszkodę dla pojazdów) i przez ten kanał idą zarówno droga T2202, jak i linia kolejowa. W Armiańsku oddziela się też droga M17, biegnąca naokoło do Nowej Kachowki i przechodząca w zasięgu ukraińskiej artylerii spod Chersonia. W dodatku znacznie dłuższa, jeśli chce się bezpiecznie przedostać do Melitopola i Mariupola


Z drogi M17 można odbić w kierunku drogi T2202 koło Stawek i Myrnego. 

A następnie po odbiciu w Czaplince na wschód spokojnie i bezpiecznie pojechać w stronę Mariupola...

Tylko te dwa mosty też zostały zniszczone. 

Most drogowy w Czongarze został natychmiast zastąpiony mostami pontonowymi. 

Ale je też - najpierw jeden, a potem drugi, który miał go zastąpić - zostały zniszczone

Według niepotwierdzonych informacji, drugi atak na most pontonowy miał miejsce w momencie, kiedy przejeżdżał nim wojskowy transport, co pogłębiło - nomen-omen - zniszczenia. 

Poleciał też most kolejowy w Czongarze, a także most drogowy w Heniczesku. 


Tym samym droga Rostów-Krym oraz jej alternatywne objazdy przez Armiańsk i Heniczesk została wyeliminowana. 

Poza linią kolejową przez Armiańsk oraz wciąż uszkodzony Most Krymski nie istnieje obecnie droga, która umożliwiałaby komunikację między Krymem a Rosją. Te dwie rachityczne nitki komunikacyjne istnieją raczej tylko ze względów humanitarnych. 
Zatkanie się tych arterii jest kwestią czasu. Nie trzeba ich niszczyć. Same się zablokują. 

Sytuacja na Krymie robi się poważna, gdyż zaczyna brakować nie tylko paliwa (o tym dalej), ale i zwykłych towarów w sklepach

Uroczysty wjazd czterech (CZTERECH) cystern z paliwem na Krym. Żeby uniknąć trafień Moskale rzekomo przemalowują swoje cysterny paliwowe tak, żeby udawały, że transportują na przykład mleko. Takie mleko łatwopalne...

Od początku maja siły ukraińskie wykonały ponad tysiąc uderzeń dronowych i rakietowych (głównie dronowych na rosyjskie szlaki komunikacyjne, systemy radarowe i OPL. 

Żółty kolor to systemy radarowe, niebieski to środki transportu, głównie ciężarówki, a białe to inne cele, w tym drogi i mosty

Clement Molin, od którego są mapy i filmy, naliczył czterysta piętnaście zniszczonych rosyjskich ciężarówek, co daje średnio dziesięć pojazdów dziennie. 

W efekcie ruch ciężarówek na trasie R-280 z Krymu do Mariupola spadł o ponad siedemdziesiąt procent. 

Ukraińscy droniarze zabrali się następnie za pociągi, dostarczające materiały wojenne z magazynów na Krymie do oddziałów walczących w Obwodzie Chersońskim i Obwodzie Zaporoskim

Dodatkowo partyzanci z krymskiego ruchu Atesz informują, że Flota Czarnomorska po cichu wynosi się z Krymu. 


Sztab i dowództwo mają być przeniesione do Noworosyjska. Oficerowie już podobno szukają nowych mieszkań dla swoich rodzin. 
A wszystko za sprawą jednej rakiety Neptun, która 11 czerwca zwizytowała budynek Dowództwa Floty Czarnomorskiej. 



A zaczęło się w 2022 roku od drona z Aliexpress z podczepionym granatem...

Także Atesz twierdzi, że Moskale zaczynają się zwijać z Mierzei Kirnburskiej u ujścia Dniepru. Powodem są zakłócenia logistyki w istocie uniemożliwiające skuteczną walkę.

Żółte linie to trasy w zasadzie wyłączone z użycia. Tymi drogami po prostu nic nie dotrze. To powoduje, że cała okupowana część Obwodu Chersońskiego nie ma żadnych szans na wsparcie i uzupełnienia w razie ukraińskiego ataku

Jeśli SZU uda się tu rozbić siły rosyjskie, to w zasadzie cały front południowy się rozpada, a Ukraińcy dochodzą do Mariupola i zaczynają faktyczne oblężenie Krymu. 

Ukraińcy powtórzyli zatem, ale w makroskali to, co udało im się w 2022 roku pod Chersoniem: wyizolowali zachodnią część frontu południowego i Krym przekształcając je w "samorządne obozy jenieckie".

Sytuacja jest rozwojowa, bo dziś wieczorem zaczął się kolejny zmasowany atak dronowy na Krym

Równolegle trwa ukraińska ofensywa przeciw rosyjskim instalacjom naftowym. 
I tu też jest ciekawie, bo 

Spośród osiemnastu strategicznych magazynów paliw, jakie mają Moskale (ponad sześćdziesiąt stalowych zbiorników zawierających do nawet ćwierć miliona ton paliw) zniszczeniu lub poważnemu uszkodzeniu uległo już siedem, czyli prawie połowa

To odbija się już nie tylko na warunkach życia mieszkańców, ale i na zaopatrzeniu armii. Wojskowe ciężarówki podobno krążą po kraju, szukając, gdzie by tu zatankować, a miejscowi obcych kierowców przepędzają. Szczególnie, że taka ciężarówka mało nie bierze i jedno jej tankowanie to problem dla całej społeczności lokalnej. 

Według rosyjskiego propagandysty Romanowa w Obwodzie Rostowskim od granicy z Donbabwe obowiązuje limit sześćdziesięciu litrów i zakaz tankowania do kanistrów. Dla wojskowego Kamaza, o jakim jest mowa na filmie, to w zależności od typu możliwość przejechania od niecałych dwustu do poniżej stu kilometrów (Kamazy palą od trzydziestu pięciu do osiemdziesięciu litrów na sto kilometrów). Sprzedawczynie są niewzruszone, bo jak ulegną, grozi im kara finansowa. 
- Niech pan dzwoni na infolinię! 

czyli 

- Odwołuj się przez okno! 

Po ataku dronowym na bazę paliwową w Rybińsku


Mieszkanka tego miasta opisała sytuację, w której stojący w kolejce po przydziałowe 20 litrów jej krajanie nakrzyczeli na czekających razem z nimi sołdatów. Według innych relacji zdarzyły się już przypadki rękoczynów względem "obrońców RoSSji"

Jak to się odbija na sytuacji frontowej? 
W wersji optymistycznej SZU już rolują front na północ od Hulajpola. 

Mapa od Ukraine Control Map

W realnej jednak Ukraińcy budują kolejne linie obrony tak, żeby jak najbardziej wyczerpać Moskali w walce o każdy metr ziemi. 

Plany ukraińskie biorą pod uwagę dojście Moskali do Pawłogrodu (ten samotny pierścień pośrodku), a nawet na przedpola Zaporoża i Dnipro. Na ten moment ofensywa dronowa, choć niezwykle skuteczna, daje Ukraińcom oddech i spowalnia rosyjskie postępy, ale za wcześnie na realną kontrofensywę. Mapka od kanału Playfra na Xrze.

Na froncie południowym wygląda to jeszcze bardziej ciekawie. Ukraińskie umocnienia wykorzystują ukształtowanie terenu i uzupełniają wcześniejszy system "linii Załużnego" (czerwony kolor). Linia rzeki Czajhul to obecnie pierwsza linia umocnień. Jak widać, koło Hulajpola została już ona przerwana. Na szczęście ukraińskie umocnienia nie dają obecnie możliwości rolowania frontu po przerwaniu linii umocnień w jednym miejscu

Na pierwszej mapie warto spojrzeć na rejon Konstantynówki i Kramatorska w prawym górnym rogu. Pokazuje to, czemu Ukraina nie może tych pozycji ot tak odpuścić i dlaczego zajęcie obu miast nie rozwiązuje problemów Moskali. 

No właśnie. Konstantynówka. Obecnie najbardziej newralgiczny odcinek ukraińskiego frontu. 


W ciągu minionych prawie trzech tygodni Moskalom udało się przerwać ukraińską obronę w rejonie Berestoku na zachodnio-południowym podejściu do miasta oraz pod Stupoczkami od północnego zachodu. Oznacza to operacyjne oskrzydlenie miasta i początek zamykania go w kotle. Droga na Kramatorsk jest pod kontrolą ogniową Moskali. 

Jak to realnie wygląda? 
Według rosyjskich kanałów na terenie miasta działa około dwustu pięćdziesięciu bojców, którzy głównie lokalizują pozycje ukraińskie, po czym naprowadzają na nie drony i bomby KAB oraz FAB. 
Ze strony ukraińskiej obronę głównie w historycznym centrum, czyli na dworcu, na cmentarzu i fabryce chemicznej ma trzymać do tysiąca ukraińskich żołnierzy. Większość ciężkiego sprzętu i wojska ZSU już podobno wycofała do Drużkówki i Kramatorska. 

Tak sytuację przedstawiają źródła rosyjskie

Według DeepState nie jest to takie jednoznaczne. Przed Moskalami walka w bardzo gęsto zabudowanym terenie, a wycofanie przez Ukraińców ciężkiego sprzętu oznacza możliwość swobodnego blokowania ostrzałem niezajętych przez Rosjan dzielnic miasta

Według strony ukraińskiej dowódcy sił broniących miasta mówią o utrzymaniu się do końca lata. 

Faktem jest, że ukraińscy dowódcy 28 Brygady Szturmowej i 156 Brygady dali ciała i dopuścili do obecnej sytuacji. Za to zostali przez generała Syrskiego odwołani (szczególnie za przełom Moskali pod Ilinówką na południowo-zachodnim odcinku).

Faktem jest też jednak, że szalone dwa kilometry, które zmieniły sytuację na tym odcinku, Moskale szli przez prawie trzy tygodnie. W tym tempie walka o opanowanie całej Konstantynówki potrwa jeszcze długo. 

I faktem jest, że co prawda Moskale wieszają flagi na budynkach, gdzie się da, żeby z drona fajnie to wyglądało, ale przekonanie, że dwustu pięćdziesięciu ludzi jest w stanie opanować obszar dwudziestu pięciu kilometrów kwadratowych (obszar wielkości warszawskiego Bemowa - 10 ludzi na kwadrat o bokach kilometr na kilometr), to fantazja godna bajek z mchu i paproci. W dodatku przy czterokrotnej przewadze przeciwnika. W istocie Moskalom udają się infiltracje małymi grupami, ale do przełomu daleko. 

Pozostałe odcinki bez istotnych zmian. 

W tym kontekście rozdzwoniły się telefony...

Ponieważ dziś prezydent Trump obchodzi urodziny, zadzwonili do niego i jeden z Putinów, i prezydent Zełeński. 
I obaj przedstawili treść tych rozmów w sposób jak najbardziej korzystny dla siebie. 
Biały Dom potwierdził, że rozmowy się odbyły. 

Z innych tematów, w Armenii wybory parlamentarne mimo rosyjskich starań wygrał dotychczasowy premier Nikol Paszynian. Moskwa wysłała do Armenii Ormian mieszkających w Rosji. Władze Armenii przybyłych mężczyzn od razu powoływały na ćwiczenia wojskowe. 

Poza tym, warto przyjrzeć się sytuacji w Iranie oraz działaniom amerykańskim wokół Kuby. 
Postaram się to ogarnąć w najbliższym czasie, o ile znowu coś się nie odwali, co zmusi mnie do pisania na inny temat. 
Ciekawy jest też temat "drugiego powstania ulsterskiego" i zbliżającego się przesilenia w kwestii imigracji w Europie. Wielka Brytania jest w zasadzie na początku wojny domowej. 

War Monitor zauważył dziwne loty rosyjskich samolotów transportowych.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - Kim jest Pierwsza Bojowniczka Wenezueli? - dni trzysta szesnasty, trzysta siedemnasty i trzysta osiemnasty czwartego roku (1411, 1412 i 1413)

Dziennik wojny - Co się kryje za Dniem Sądu? - dni czterdziesty trzeci i czterdziesty czwarty piątego roku (1504 i 1505)