Dziennik wojny - Co wynika z operacji ratowania amerykańskich pilotów w Iranie? - dni od trzydziestego szóstego do czterdziestego drugiego piątego roku (1497-1503)

 


Spójrzmy na sytuację na Bliskim Wschodzie w nieco szerszym kontekście. 

Stan ogólny jest taki:
- Izrael i Stany jednoczone zaatakowały Iran - cel to wyeliminowanie tego państwa z chińsko-rosyjsko-irańskiej układanki. Iran nie tylko stanowił znaczące źródło ropy naftowej i gazu ziemnego dla Chin oraz wsparcie militarne dla Rosji, ale także pełnił rolę eksponenta chińskich i rosyjskich interesów w regionie oraz bazę wymierzonych w Zachód działań proxy;

Iran stanowiący bezpośrednie zagrożenie dla dążących do oderwania się od wpływów rosyjskich państw Kaukazu i Azji Środkowej, stanowił dotąd czynnik stabilizujący dla dominacji Moskwy w tym regionie

- w ataku świadomie, choć nieaktywnie uczestniczyły państwa arabskie (większość), dla których Iran jest zagrożeniem na poziomie gospodarczym (ropa i gaz), społecznym (republika kontra monarchie) i ideologicznym (islam sunnicki kontra islam szyicki). Narzucona po rewolucji islamskiej w Iranie licytacja na radykalizm (której uległa też częściowo Turcja - o niej za moment) zaprowadziła kraje arabskie w zaułek zacofanych społecznie i politycznie państw surowcowych. Pierwsza z tego obłędu wyrwała się Jordania, a obecnie na kurs modernizacyjny weszła Arabia Saudyjska. Iran, łączący wysoki poziom kultury technicznej, szeroki dostęp kobiet do edukacji i funkcji publicznych z radykalnym podejściem do szariatu stanowi dla arabskich konserwatywnych monarchii wyzwanie mentalne. Pokazuje, że można być krajem nowoczesnym cywilizacyjnie i konserwatywnym obyczajowo i religijnie, że nie trzeba porzucać tradycji na ołtarzu nowoczesności (w istocie Iran jest krajem technologicznie i kulturowo zapóźnionym w stosunku nawet do sąsiedniego Pakistanu, Turcji, czy niedalekich Indii, ale w porównaniu do arabskiej przeciętności - a nie enklaw drogiej nowoczesności - jest rzeczywiście mocno do przodu). Nie bez znaczenia jest fakt, że irańskie agentury od lat destabilizują państwa arabskie. Pod pozorem walki z Izraelem Iran rozpoczął budowę swoich sił proxy w prawie każdym państwie Bliskiego Wschodu. Udało się tylko w Libanie, Syrii, Strefie Gazy i Jemenie oraz Iraku (czyli generalnie w państwach upadłych), gdzie Iran sponsoruje i zarządza uzbrojonymi milicjami, które tworzą eksterytorialne enklawy, pozostające poza kontrolą lokalnych rządów. W pozostałych krajach: Egipcie, Arabii Saudyjskiej, Jordanii, Bahrajnie, Turcji itp. miejscowe służby w porę zareagowały pozbywając się zagrożenia nim zniosło jaja. Zagrożenie jednak istnieje nadal, a działalność na przykład Houti (którzy są zbyt daleko od Izraela, by ich działanie uzasadnić walką z mitycznym syjonizmem) uderza bezpośrednio w stabilność Półwyspu Arabskiego i interesy dynastii Saudów;

- Iran stara się rozegrać jednocześnie dwie rzeczy: 
  • zmusić państwa arabskie do wycofania się z wojny i wywarcia presji na USA i Izrael w celu zakończenia działań wojennych lub sprowokować presję społeczną, która zmusi do tego rządy tych państw,
  • wyeliminować lub ograniczyć potencjał państw arabskich zarówno z zakresie militarnym, jak i, a raczej przede wszystkim, gospodarczym.
Temu służą ataki irańskie na arabskie instalacje naftowe i gazowe oraz puste (PUSTE!), bo ewakuowane jeszcze przed amerykańsko-izraelskim atakiem bazy USA w tych krajach (zniszczenie bazy uniemożliwia wykorzystanie jej przez kraj gospodarza). 
Działanie to ma na celu z jednej strony spowodowanie wycofania się państw arabskich z wojny i zablokowanie USA i Izraelowi przestrzeni powietrznej (w istocie cel niewykonalny, skoro każdy atak Iranu na Izrael musi przejść przez przestrzeń powietrzną Jordanii, a część także przez obszar Arabii Saudyjskiej - takie embargo musiałoby być obustronne). Z drugiej strony, jeśli to się nie uda, państwa arabskie mają ponieść według Teheranu takie straty gospodarcze, żeby ich przewaga nad Iranem nie wzrosła zbyt dynamicznie;

- Turcja - trzeci główny gracz świata islamskiego - gra na wzmocnienie swojej pozycji, zatem dystansuje się zarówno od Iranu, jak i USA z Izraelem oraz także państw arabskich, prezentując się jako mediator. Na razie de facto żadnych mediacji nie prowadzi, ale skupia się na zachowaniu neutralności (podobnie, jak wobec wojny na Ukrainie). Okazyjny ostrzał terytorium Turcji irańskimi rakietami należy raczej traktować, jako formę ostrzeżenia ze strony Teheranu, że jest w stanie sięgnąć sąsiada, więc niech sąsiad się nie wychyla;

- Pakistan w tym kociołku gra zupełnie inną grę, ale on ma dużo do stracenia. Raz, że jest sojusznikiem Arabii Saudyjskiej, w dodatku uzbrojonym w broń nuklearną, co w przypadku rozszerzenia się konfliktu może oznaczać irańskie uderzenie wyprzedzające. Dwa, że ma na swoim terenie dużą mniejszość szyicką (nawet do dwudziestu procent), która w znacznym stopniu może (i na pewno jest) zinfiltrowana przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. To oznacza, że Pakistan nie może sobie pozwolić na zbyt aktywne działanie przeciw Iranowi. Z drugiej strony pacyfikacja Iranu i rozbicie IRGC daje władzom w Islamabadzie możliwość spacyfikowania separatystów w Beludżystanie (region podzielony między Iran i Pakistan - miejscowi strzelają do jednych i drugich) oraz opanowania ewentualnych ruchów odśrodkowych w środowisku szyickim. 
Do tego dochodzą pakistańskie problemy z ropą naftową (o tym dalej).
Dlatego Pakistan wspólnie z Chinami wyszedł z inicjatywą mediacji w konflikcie. To podnosi znaczenie Islamabadu, rywalizującego ze wszystkimi dookoła, a głównie z Indiami;

- Rosja i Chiny mimo zdystansowania się od wojny w Iranie wspierają reżim zarówno wywiadowczo, jak i materiałowo. Co ciekawe, o ile w pierwszej fazie wojny na Ukrainie to irańscy instruktorzy i drony zasiliły Moskali, teraz Moskwa posyła do Iranu zmodernizowane wersje Szahidów oraz instruktorów z doświadczeniem z walk na Ukrainie. To zaangażowanie redukuje jednak potencjał Rosji do ataku na terenie Europy (zasoby wbrew mitom nie są niewyczerpane), jak i Chin na Tajwan (ale z zupełnie innego powodu, o którym dalej);

- Izrael prowadzi pokerową i bardzo ryzykowną rozgrywkę o swoje bezpieczeństwo. Trzeba przy tym rozumieć, stan mentalności izraelskiego społeczeństwa (rozumieć nie oznacza akceptować, tylko być tego świadomym), które obecnie nie wierzy w żadne porozumienia. Zarówno Hamas, jak i Hezbollah wielokrotnie złamały wszelkie wcześniejsze ustalenia, więc w Izraelu wezwania do rozmów nie znajdują podatnego gruntu (a swoją drogą, przywykajmy do tego, że w razie konfliktu z islamistami w Europie, będzie tak samo, bo zgodnie z szariatem przysięga dana niewiernym nie ma znaczenia i nie wiąże - niewierny musi dotrzymać przysięgi danej muzułmaninowi, a muzułmanin nie musi dotrzymać przysięgi danej niewiernemu). 
W celu eliminacji zagrożenia (tak, jak jest ono w Tel-Awiwie postrzegane) Cahal wjechał do Libanu. Oczywiście u nas już się pojawiło oburzenie, że został zaatakowany "suwerenny kraj". Problem w tym, że sytuacja zupełnie nie pasuje do europejskich wyobrażeń. 
Zacznijmy od tego, że Liban nie jest krajem jednorodnym religijnie, zaś podziały etniczne pokrywają się w znacznym stopniu z religijnymi. 

Ta mozaika działała całkiem nieźle (mimo wewnętrznych napięć między chrześcijanami a muzułmanami) do końca lat sześćdziesiątych. Wtedy jednak do Libanu napłynęły masy Palestyńczyków, którzy po nieudanym przewrocie w Jordanii zostali stamtąd wywaleni. W Libanie Palestyńczycy zaczęli się szarogęsić, a tak zwane "obozy uchodźców" zaczęły mieć charakter eksterytorialnych enklaw. Ludzie mieszkający od pokoleń w Libanie zaczęli być kontrolowani i legitymowani przez "przybłędów". W dodatku stosunek muzułmanów do chrześcijan zmienił się z pięć do sześciu na dwa do jednego (czyli mówiąc po ludzku do 1970 roku chrześcijanie, głównie maronici, stanowili pięćdziesiąt pięć procent społeczeństwa Libanu, a po tej dacie ich liczba spadła poniżej jednej trzeciej). W dodatku Palestyńczycy zaczęli zachowywać się agresywnie względem libańskich chrześcijan. Podczas otwarcia lokalnego kościoła we wschodnim Bejrucie z rąk terrorystów z Organizacji Wyzwolenia Palestyny zginęło kilku chrześcijan. To wyzwoliło i tak już tlący się konflikt (mapa z r/MapPorn)

Po kilku latach do tygla dolał Iran, który po rewolucji islamskiej utworzył w Libanie swoją agenturę, czyli Hezbollah. W skrócie, był to - od początku inspirowany, szkolony, finansowany i kierowany z Teheranu - ruch w pierwszej fazie ujmujący się na najmniej liczną, najbiedniejszą i najbardziej wykluczoną grupą społeczną w Libanie. Szybko jednak z formuły samoobrony Hezbollah przekształcił się w organizację separatystyczno-rewolucyjną dążącą do ustanowienia republiki islamskiej na wzór Iranu. Dzięki polityce Hezbollahu szyici z marginesu stali się trzecią siłą polityczną Libanu i opanowali południowy i wschodni (Dolina Bekaa) regiony tego kraju. 
Przez rdzennych libańskich sunnitów i chrześcijan szyici postrzegani są jako element obcy i napływowy (podobnie, jak Palestyńczycy) i destabilizujący kraj.

De facto nawet jedna czwarta Libanu znajduje się pod ścisłą kontrolą Hezbollahu, który jest największą niepaństwową siłą zbrojną. Na tyle mocną, że realizowana od dwóch lat strategia rozbrajania go przez rządowe wojska libańskie w istocie utknęła. Hezbollah został pozbawiony ciężkiego sprzętu, ale zachował zdolność atakowania zarówno Izraela, jak i rządowych sił libańskich. Jak do tego dodać, że na kontrolowanych przez tę organizację terytoriach decyduje ona o strukturze władz, obsadzie stanowisk i ekonomii, mamy w istocie pełny separatyzm przy pozorach integralności państwowej Libanu

W tym kontekście zupełnie inaczej wygląda wjazd Cahalu na południe Libanu. 
To oczywiście jest atak na terytorium innego państwa, ale państwo to nie ma suwerenności nad najechanym przez Izrael terytorium. Co więcej, atak ten jest rządowi w Trypolisie na rękę, bo pomaga rozwiązać jeden z istotnych problemów polityczno-społecznych, uniemożliwiających zakończenie okresu libańskich wojen domowych. 

Dla Izraela stworzenie strefy buforowej do rzeki Litanii, czyli na tyle daleko, żeby niemożliwe było ostrzelanie jego terytorium rakietami bliskiego zasięgu, to gwarancja własnego bezpieczeństwa. 

Dla chrześcijan i Druzów pacyfikacja Hezbollahu to po prostu gwarancja możliwości przeżycia. 
Dla sunnitów (wewnętrznie skłóconych i słabych) to usunięcie istotnego i groźnego rywala. 
Generalnie na akcji Cahalu przeciw Hezbollahowi wszystkie pozostałe siły wygrywają. Dlatego mimo rytualnych wyrazów oburzenia ze strony rządu libańskiego, armia Libanu nie podejmuje działań przeciw Cahalowi, ograniczając się do operacji ewakuacyjnych i humanitarnych, a przy okazji rozbrajania wycofujących się oddziałów Hezbollahu. 
Izrael wziął na siebie rolę tego złego, który wyciągnie gorącego kartofla (a jakie to ma znaczenie, bez względu na to, co by Izraelczycy zrobili, i tak reakcją będzie powszechne oburzenie i potępienie). Skoro tak, to niech przynajmniej ludziska mają prawdziwy powód do nienawiści - takie jest dość powszechne podejście w Izraelu: 
- Przestańmy się przejmować tym, co ludzie powiedzą, bo zawsze powiedzą o nas źle, róbmy, co uważamy za właściwe i dobre dla nas.
Generalnie Bliski Wschód to kocioł, w którym nasze pojęcia dobra i zła niespecjalnie mają odniesienie. 

- USA wreszcie prowadzą z Iranem tę samą grę, co z Rosją, tylko innymi środkami. Celem jest wyjęcie Iranu (i Rosji) z sojuszu z Chinami. Rzecz w tym, że rozmowy z Teheranem miały dotąd tyle samo sensu, co rozmowy z Hezbollahem, Hamasem i Rosją. Mówimy nie o cywilizacji Zachodu, w którym może już nie obowiązuje zasada, że:
- U mnie słowo droższe pieniędzy,
ale nadal pacta sunt conventa przynajmniej w ogólnym zarysie. 
Na Wschodzie pakty zawiera się po to, żeby coś zyskać, a trwały pokój nigdy nie jest opcją. Celem zarówno wojny, jak i pokoju jest osiągnięcie celu, jakim jest panowanie, władza i dominacja (a myślicie, że traktowanie w tych krajach kobiet ma inny cel, niż realizacja panowania, władzy i dominacji na poziomie jednostkowym?).
Prezydent Trump dość dobrze rozumie wschodnią mentalność (ma z nimi powiązania rodzinne i biznesowe), dlatego nie mówi o pokoju dla pokoju, ale proponuje coś, czemu pokój ma służyć. 
- Ej, Ali, dogadaj się z Icchakiem.
- A co będę z tego miał? 
- Będziemy wspólnie robić biznesy. 
- OK.
Oczywiście w Europie to rozumowanie nie jest rozumiane (nomen-omen), bo przez wieki dominacji chrześcijańskiej wizji polityki, w której pokój był celem, a nie środkiem, całkowicie o niej zapomnieliśmy. Stąd szydera o "dyplomacji transakcyjnej". 
Tylko, że dyplomacja zawsze była transakcyjna, a Europa nauczyła się tylko ubierać ją w pozory, żeby nie raziła wrażliwych ocząt.  

Dekapitacyjne (odgławiające) uderzenie na Iran powoduje kilka dalekosiężnych skutków.
Po pierwsze faktycznie osłabia reżim - oczywiście, faktem jest, że reżim w efekcie zaostrzył kurs, ale to nie dowodzi jego siły, a wręcz przeciwnie. Józef Stalin mówiący, że wraz z postępami socjalizmu walka klasowa się zaostrza, nie był daleki od prawdy. Silny reżim może sobie pozwolić na pozory wolności, swobody i demokracji. Słaby musi zaostrzyć kontrolę, żeby opanować kryzys. 
Przykład z Polski. Epoka Gierka to szczyt siły komunistycznej władzy w Polsce. Mimo konfliktów na osi państwo-Kościół i protestów społecznych, nie istnieje realne zagrożenie dla władzy PZPR. Kościół został ogarnięty poprzez obchody tysiąclecia Państwa Polskiego, które przykryły uroczystości z okazji tysiąclecia chrztu Polski. Radykalna frakcja komunistyczna Kuronia i Modzelewskiego została spacyfikowana w 1968 roku. Protesty na Wybrzeżu w 1970 roku nie przekształciły się w szerszy ruch społeczny. Ruch niepodległościowy jest rozbity i dopiero się zaczyna konsolidować w nowe formuły, co nastąpi dopiero za prawie dekadę. Nie ma alternatywy wobec PZPR. 
Co robią komuniści? 
Liberalizują.
Można wyjeżdżać za granicę, studiować na Zachodzie. Sprowadzane są zachodnie technologie. Wraca się do narracji patriotycznej. Mówi się o przyjaźni polsko-amerykańskiej. 
System jest silny i pewien swojej siły, więc może okazać łaskawość do tej pory wykluczanym.
Zmiana następuje w 1976 roku, kiedy sprawna maszynka przekupywania społeczeństwa zaczyna się psuć, a powiązani ze stalinowskim betonem (Kuroń, Modzelewski) twórcy obnażają "sprzeczności systemu" głównie atakując to, co wiązało się z liberalizacją (tzw. kino moralnego niepokoju, czyli kolejne wcielenie "szkoły polskiej", zajmującej się atakowaniem i zohydzaniem polskiej historii z pozycji stalinowskich). 
Po protestach w Radomiu i Ursusie (w zakładach zbrojeniowych, w stu procentach kontrolowanych przez służby) system zaostrza kurs. 
Splot wydarzeń związanych z kryzysem paliwowym na świecie, wywołanym przez niego kryzysem gospodarczym w Polsce (kredyty nagle gwałtownie zdrożały), zawaleniem się zaufania do władzy, podgryzanym przez stalinowski beton (Kuroń, Modzelewski) przy pomocy tfurców doprowadza do Sierpnia '80 i "karnawału Solidarności". Władza eroduje w tempie ekspresowym, choć nie została zdekapitowana. 
Jaka jest odpowiedź reżimu?
Stan wojenny, represje, pacyfikacje. Tylko po to, żeby po dekadzie złożyć broń i sztandar wyprowadzić. Ale w sposób kontrolowany, z zachowaniem uprzywilejowanej pozycji nomenklatury.

Co to ma do Iranu?
Ano to, że represje i zaostrzenie kursu są działaniami reżimu w stanie kryzysu i nie dowodzą jego siły, a przeciwnie: pokazują, że reżim musi zdjąć maskę, żeby utrzymać jaką-taką stabilizację. 

A ze stabilizacją Iran ma gigantyczny problem. Co prawda ostatecznie oficjalne źródła irańskie potwierdziły wybór Mojtaby Chamenei na Najwyższego Przywódcę, ale sam wybór rodzi wątpliwości wobec zarówno zbombardowania tego dnia siedziby Rady Ekspertów, gdzie miał się dokonać wybór, jak i wobec kontrowersji związanych z tą kandydaturą (wielu członków Rady kwestionowało ideę wyboru syna na miejsce ojca - Alego Chamenei, który zginął 28 lutego w izraelskim ataku), jak i fizycznej nieobecności Mojtaby od tamtego ataku. Nawet był moment, że w celu zaprzysiężenia państwowych oficjeli wystawiono kartonową podobiznę Mojtaby. 

To nie jest fejk!

Ta obecna nieobecność obecnie nieobecnego Najwyższego Przywódcy doprowadziła do tego, że w naszą Wielkanoc w proreżimowych mendiach niepaństwowych pojawił się wygenerowany przez AI film przedstawiający Mojtabę w schronie dowodzenia. 


Publika zareagowała szyderą.


Generalnie wieści z Iranu są skąpe i ograniczone z powodu wyłączenia internetu. Kto nie ma starlinka, milczy. 

Faktyczny test lojalności Irańczyków wobec reżimu przyszedł dość nieoczekiwanie. 

W piątek 3 kwietnia około południa nad górami Zagroz w południowo-zachodnim Iranie został zestrzelony amerykański F-15 "Strike Eagle". Konstrukcja stosunkowo stara i specyficzna, do wypracowywania i utrzymywania dominacji w powietrzu (jego rosyjskim odpowiednikiem są Suki 27, 30 i 35). Pierwsze loty bojowe wykonywało to jeszcze za istnienia Związku Sowieckiego, nim Raj Krat zaczął udawać, że jest czymś innym. Sam fakt, że takim samolotem latano nad terytorium Iranu świadczy, że irańska obrona przeciwlotnicza nie istnieje. Przy sprawnej OPL samolot nie doleciałby nad terytorium Iranu. 

Ale doleciał i tu jednak okazało się, ze nigdy nie można lekceważyć przeciwnika, bo kiedy w jakiejś fazie lotu efka wyszła na wyższy pułap została namierzona przez irańską obronę i zestrzelona. 
Pilot i operator uzbrojenia katapultowali się i lądowali na ziemi. 

Amerykanie uruchomili procedurę SAR, czyli odnalezienia i ewakuacji obu lotników.
Pilot został odnaleziony u podnóża gór Zagroz, około stu-dwustu kilometrów od granicy i ewakuowany w ciągu kilku godzin - amerykańskie śmigła bez przeszkód latały w głębi Iranu.

Władze irańskie wezwały natomiast do poszukiwania drugiego lotnika, oferując około pięćdziesięciu tysięcy (TYSIĘCY) dolarów za pomoc w złapaniu go. Apel został skierowany do ludności obszaru stosunkowo biednego, zamieszkanego przez nomadów. Każdy tysiąc dolarów to dla nich skarby Ali Baby. Szczególnie w obecnej sytuacji gospodarczej Iranu.
I co? I nic. 

W irańskich socjalach zaczęły się pojawiać tego typu filmy z poszukiwań. Podobne ustawki nagrała reżimowa telewizja. Tyle, że nic z tego nie wynikło

Tych sześciu członków IRGC już nigdy nikogo nie zabije (cytując klasyka)

Lotnik wspiął się na grzbiet górski (na około dwa tysiące metrów) gdzie uruchomił nadajnik lokalizacyjny. Amerykańskie drony zaczęły krążyć w pobliżu odpędzając patrole IRGC i Basydż. Wysłany jako wsparcie A-10 Thunderbold II został zestrzelony z ręcznej broni OPL, ale pilot zdążył zawinąć się nad Zatokę Perską, gdzie bezpiecznie się katapultował. 


W nocy z soboty na niedzielę amerykańskie siły specjalne (sławne Team 6 Navy Seals, Delta i komandosi sił powietrznych) wylądowali koło Isfahanu (w centrum Iranu) i założyli tam bazę operacyjną na nieczynnym lotnisku rolniczym.
Mówimy o Isfahanie. Trzecim co do wielkości mieście Iranu, gdzie znajduje się elektrownia atomowa, bazy wojskowe, bazy IRGC, bazy policji i generalnie jest ono silnie bronione. 

Jak istotny jest Isfahan w irańskim systemie bezpieczeństwa pokazuje eksplozja magazynów amunicji w tym mieście zbombardowanych 31 marca. Takiej ilości nie trzyma się dla kompanii wojska!


Jak mówię koło, to znaczy naprawdę koło. Obok. W takim dystansie, jak Otwock w stosunku do Warszawy

Dwa samoloty MC-130J Commando II po lądowaniu na tym prowizorycznym lotnisku utknęły, więc zostały zniszczone, żeby nie wpadły w ręce Irańczyków, a wezwano lżejsze C-130J (dwukrotnie lżejsze). Tyle, że aby zmieścili się wszyscy, musiały przylecieć trzy.


Jeden z amerykańskich śmigłowców poszukiwawczo-ewakuacyjnych HH-60 G podczas akcji

Oczywiście, lądowanie nie uszło uwagi sił irańskich, które...
Postanowiły poczekać. Z jakiegoś bowiem powodu w tak dużym i nasyconym wojskiem oraz służbami mieście nie było wystarczającej liczby gotowych do akcji jednostek, które przeprowadziłyby kontrakcję przeciw Amerykanom. 
Ataki zaczęły się około pierwszej w nocy, gdy uratowany lotnik był już na lotnisku i zbierano się do odwrotu. To nie był jeden szturm, tylko fala ataków, odpieranych przez operatorów sił specjalnych oraz za pomocą dronów MQ9 Reaper oraz przy wsparciu A-10 i kilku myśliwców. 
Około piątej rano Amerykanie odlecieli do siebie, zostawiając na ziemi dwa utknięte i zniszczone przez siebie MC-130J i kilka zniszczonych Ah-6 Black Bird. Dodatkowo w trakcie powrotu do bazy uszkodzone zostały dwa Black Hawki i rannych zostało kilku żołnierzy. 

A milicjanci z Basydż chwalili się znalezionymi w pustych wrakach gaciami w paski i gwiazdy

Dlaczego się o tym rozpisuję?
Raz, że to ciekawe studium operacji CSAR (Combat Search and Rescue), a dwa, że...


Przypomnijcie sobie początek tej historii.
W Iranie wiedzą, że został zestrzelony samolot i załoga się ewakuowała.
Mimo to amerykańskie śmigłowce swobodnie prowadzą poszukiwania w rejonie zestrzelenia, skąd podejmują pilota po ledwie kilku godzinach. 
Poważnie kontuzjowany operator uzbrojenia wędruje w obcym terenie w góry i wspina się na 2000 metrów i choć władze irańskie oferują miejscowej ludności dziesiątki tysięcy dolarów, nikt go nie znajduje (kto zna góry, wie, że liczba ścieżek w górach jest mocno ograniczona i miejscowi doskonale je znają, a przybysze nie - wystarczyło obstawić skrzyżowania szlaków i lotnik nie miałby szans). 
Amerykanie zakładają główną bazę operacyjną tuż przy trzecim co do wielkości mieście Iranu, a Irańczycy dopiero po chwili orientują się, że mają gości. 
Przez kilka godzin Irańczycy nie są w stanie zebrać sił do likwidacji bazy - nie mówię już o tym, że nie decydują się na zwykłe jej ostrzelanie! Szturmują bezpośrednio, zamiast położyć ogień sektorowy i wejść w celu zebrania ciał i rannych. Ale przez kilka godzin zbierają siły w ponad dwumilionowym mieście!
Okazuje się, że zebranie ekipy do walki nie z bezbronnym tłumem, a wyszkolonymi komandosami, nie jest takie proste. 
Ale przecież IRGC ma koszary i zwarte oddziały. Czemu ich nie użyto? Nie wierzę, że wszystkie były zaangażowane w ganianie po górach Zagroz. W Polsce Jaruzela jednostki ZOMO i wojsk wewnętrznych byłyby w Otwocku maksymalnie dwie godziny o ogłoszeniu alarmu. 

Co więcej, cała akcja toczy się przy zupełnej obojętności miejscowej ludności! W bezpośrednim sąsiedztwie improwizowanej bazy znajduje się kilka zabudowań, a cztery kilometry na południowy zachód leży wioska Deh-e Now (przez miejscowych nazywana Deh Now). Co najmniej dwieście-trzysta osób musiało widzieć i słyszeć najpierw śmigłowce, a potem podchodzące do lądowania samoloty. 
I minęło kilka godzin zanim pojawiły się grupy rozpoznawcze IRGC! Ludność miejscowa nie zareagowała. 

Cała ta wariacka akcja, w której powodzenie jeszcze dzień wcześniej wątpił francuski generał Michel Yakovleff (typowo francuskie nazwisko) - gość oględnie mówiąc kontrowersyjny - i nazwał ją "wykraczającą poza scence fiction", ta szalona akcja udała się dzięki wyszkoleniu, odwadze, wyposażeniu i koordynacji Amerykanów, ale także i przede wszystkim dzięki temu, że irańskie struktury bezpieczeństwa po prostu nie istnieją.

- Musicie przestać wciągać kokę między spotkaniami
- mówił we francuskiej telewizji generał Jakowlew


W sumie, to nie dziwię się, czemu Francuzi nie chcą walczyć za kraj, który ceni ich mniej, niż sprzęt

To jeszcze nie jest moment, żeby opozycja przejmowała władzę (zresztą Pahlawi wzywa, żeby teraz, w czasie ostrzału nie wychodzić ze schronów), ale to jest moment, w którym władza już nie może niczego wymusić na społeczeństwie. Ani prośbą, ani groźbą, ani tysiącami dolarów. 
Pustka, wydmuszka. 

Wracając do gry Waszyngtonu, ma ona jeszcze jedno pole. 
Ropa. 
Tu pokrótce, bo o cieśninie Ormuz już pisałem poprzednio. 
Jednak warto się przyjrzeć tematowi bliżej.


Rzecz w tym, że głównymi odbiorcami ropy, która płynie przez cieśninę Ormuz są kraje azjatyckie. Z dziewiętnastu milionów baryłek dziennie aż szesnaście trafia do Azji. Z tej ilości połowę biorą Chiny, jedną piątą Indie, podobny wolumen trafia do Japonii i Korei Południowej, a resztę biorą pozostałe kraje azjatyckie i Australia. 

Stany i Europa korzystają z mniej, niż dziesięciu procent ropy z Zatoki. 

Zatem główna fala skutków blokady cieśniny uderza w Pekin, który ma zapasy na bieżącą działalność, ale w razie ataku na Tajwan będzie potrzebował stałego zaopatrzenia w ten surowiec, a ropa z Zatoki to prawie dwie trzecie całego wolumenu chińskiego zaopatrzenia w paliwo. Przy okazji, eksport do Chin to osiemdziesiąt procent tego, co sprzedaje Iran. 

I oczywiście, tankowce chińskie mają swobodę żeglugi, ale nie każdy tankowiec płynący z ropą do Chin jest nominalnie chiński. Amerykańskie też ją transportują, a tych Iran nie puszcza. 

Wspominałem poprzednio o rurociągach omijających cieśninę. No to zgodnie z tym, co pisałem, ten w Zjednoczonych Emiratach Arabskich został wysadzony przez Iran.


Z czasem konsekwencje dotrą też do innych państw, ale po pierwsze, nie tak szybko, a po drugie, inne państwa nie szykują się do uderzenia na sąsiedni kraj. 
W dodatku są one nieraz wspierane przez USA, które na przykład odsprzedają Indiom ropę z Wenezueli. 

Najpoważniejsze zagrożenie związane z ropą i dotyczące Europy wiąże się z... 
Przemysłem farmaceutycznym!

Tak, łykając tabletkę pożerasz coś, co pierwotnie było ropą naftową (czyli płynne resztki dinozaurów). Co prawda większość końcowych producentów lekarstw znajduje się w Europie, ale półprodukty wytwarza się...
W Chinach!

Chińczycy nie mogą odpuścić produkcji półproduktów farmaceutycznych, bo natychmiast w tak powstałą niszę wejdzie konkurencja. Poza tym, to, co zakontraktowane i opłacone musi dotrzeć do odbiorców, bo wejdzie arbitraż i blokada kont. 
Zatem dla Chin powstała w wyniku blokady cieśniny sytuacja jest co najmniej niezręczna. 

Dlatego wspólnie z Pakistanem (również żywotnie zainteresowanym odblokowaniem cieśniny Ormuz) Pekin przedstawił Teheranowi propozycję zawieszenia broni i rozmów o statusie cieśniny. 
Iran odpowiedział w podobnym stylu, jak Rosja na Ukrainie, że ni cholery bez zdjęcia sankcji, wsparcia w odbudowie i gwarancji bezpieczeństwa. 

Z kolei prezydent Trump ostrzegł, że jeśli cieśnina nie zostanie odblokowana do wtorku (dał na to czterdzieści osiem godzin), to Iran straci wszystkie mosty i elektrownie.


I na potwierdzenie Amerykanie rozwalili Iranowi most B2, będący największym mostem w kraju.


Media opozycyjne zareagowały tak:




Ale najciekawsze, że prorządowa (ale nie państwowa) IranTV podała ten sam film z ciekawym wprowadzeniem.

Przy Great Iran jest flaga Iranu sprzed rewolucji islamskiej. Takich zagrywek ze strony reżimowych mendiów jest coraz więcej. To ta sama gra, co przywrócenie do wojska rogatywki, czy też granie "Pierwszej Brygady" za Jaruzela. System wyczerpał swój potencjał propagandowy i próbuje podpiąć się pod symbole i retorykę opozycji

Co ostatecznie wydarzy się we wtorek, to się okaże. Wbrew pozorom uderzenia w elektrownie i mosty nie są bez sensu ze strategicznego punktu widzenia. 
Wszystkie nowoczesne systemy operacyjne, w tym rakietowe i radarowe oraz łączność, ale nie tylko, a także zakłady produkcyjne potrzebują energii elektrycznej. Generatory mogą pracować do czasu i nie dadzą porównywalnej mocy. 
Zniszczenie elektrowni to wyrwanie kręgosłupa razem z oczami i uszami. 

Z kolei zniszczenie mostów niszczy wszelką logistykę. Reżim traci możliwość przerzucania sił z rejonu w rejon. następuje całkowita izolacja poszczególnych ośrodków. Nie ma łączności, nie ma komunikacji. Kraj zostaje cofnięty do epoki kamienia łupanego. 

Wtorek przed nami, zobaczymy, co się ostatecznie okaże.

Jeśli chodzi o sytuację na Ukrainie, to nie ma jakichś bardzo znaczących zmian. Generalnie sytuacja jest kontynuacją tego, o czym pisałem poprzednio.

Warto odnotować kolejne ukraińskie uderzenie w port Ust Ługa i praktycznie całkowite wyeliminowanie go z transportu ropy oraz kolejne uderzenia w Noworosyjsk. 


Plus ataki na kolejne zakłady petrochemiczne.

Tutaj w Tatarstanie

W tym kontekście częściowe zniesienie amerykańskiego embarga na rosyjską ropę oraz wzrost cen ropy nie zmienia sytuacji Rosji. Raz, że G7 nałożyła na rosyjską ropę cenę maksymalną i tak omijaną przez flotę cieni, ale mającą jednak wpływ na to, co Moskwie się proponuje. Dwa, że Rosja w zasadzie nie ma którędy eksportować swojego surowca, o ile w ogóle go uzyska. 

Decyzja o częściowym zniesieniu embarga była bardzo rozsądna. Dotyczyła bowiem statków załadowanych przed 11 kwietnia bieżącego roku. Mówimy o krypach, które po morzach i oceanach krążą w niektórych przypadkach od miesięcy szukając portu, gdzie mogłyby się wypakować. 
Przez to, że wyładowane błąkają się po akwenach, stają się ekologicznymi bombami zegarowymi. Jeśli nie pozbędą się towaru i nie trafią do portów na naprawy, to po prostu zaczną się łamać i tonąć, powodując masowe skażenia. 

Wracając do Ukrainy, prezydent Zełeński zaproponował rozejm na okres Wielkiej Nocy, która w prawosławiu przypada w połowie kwietnia. 

O tym, czemu wojna w Iranie dodatkowo opóźnia chińskie plany względem Tajwanu w następnym wpisie.

A RoSSja po raz kolejny wyłączyła internet


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - Kim jest Pierwsza Bojowniczka Wenezueli? - dni trzysta szesnasty, trzysta siedemnasty i trzysta osiemnasty czwartego roku (1411, 1412 i 1413)

Dziennik wojny - dni od sto siedemdziesiątego piątego do sto dziewięćdziesiątego szóstego czwartego roku (1271-1292)