Dziennik wojny - Afrykańsko-bliskowschodnia układanka - doby od czterdziestej piątej do osiemdziesiątej piątego roku (1506-1541)



Pisząc o wojnach i konfliktach zbrojnych (i nie tylko zbrojnych) trzeba mieć w pamięci kilka kluczowych kwestii:

- po pierwsze, w większości przypadków są one poza ocenami moralnymi, a kwestia dobry, zły, czy brzydki jest w ich kontekście nieistotna. 
Wojna, jak pisał stary Clausewitz (czyli Mikołajowicz) to realizacja polityki innymi środkami, a polityka to od zawsze gra interesów. 
O ile na Ukrainie z pewnym przybliżeniem można mówić o stronie słusznej i niesłusznej (choć gra geopolityczna ukraińskiego państwa zaczyna się z tych ram wysnuwać), to na Bliskim Wschodzie (i na całym Wschodzie) nie ma czystych rąk. I to trzeba przyjąć do wiadomości, jako pewną stałą. Szukanie dobrych i złych nie ma sensu, bo każdy jest umoczony po uszy. Ci sami Palestyńczycy, którzy dziś rozpaczają wobec działań militarnych Izraela, tańczyli na ulicach, gdy hamasowcy jeździli terenówkami pełnymi zwłok zgwałconych i bestialsko pomordowanych izraelskich dziewczyn. Ci sami Arabowie, którzy potępiają Iran za wysyłanie dzieci do walki, sami posyłali na śmierć dzieci obładowane materiałami wybuchowymi, żeby się wysadziły w tłumie. Ci sami Izraelczycy, którzy mówią o obronie przed terroryzmem, cieszyli się ze śmierci arabskich cywilów i odliczali czas do masakry Iranu. 
Wszyscy zboczyli z drogi, razem stali się nieużyteczni, nie ma nikogo, kto by czynił dobro, nie ma ani jednego.
Dlatego robienie analiz w kontekście ci źli, tamci dobrzy, nie ma na Bliskim Wschodzie (i w ogóle na Wschodzie) sensu. Istotne jest, jak to, co się dzieje, przekłada się na nasze interesy.

A naszym interesem jest maksymalne spacyfikowanie Rosji, bo to ona stanowi dla nas problem i zagrożenie, zmuszające nas do poszukiwania nie zawsze wygodnych sojuszy, czy to za zachodnią granicą, czy to za oceanem. Stan idealny byłby wtedy, gdybyśmy mogli zbudować system sojuszy wśród sąsiadów, ale tu właśnie Moskwa zrobi wszystko, żeby do tego nie dopuścić. 
Brak zagrożenia ze strony Moskwy to dla nas także swoboda wyboru polityki względem Niemiec i UE. 

Rosja natomiast jest częścią większej układanki, której centrum jest Pekin, a innym elementem - Iran. Każde uderzenie w tę układankę jest działaniem w naszym interesie. Każde jej wzmocnienie uderza w nasze interesy.
I tyle.
Bajdurzenie o pojęciach moralnych i wartościach to polityczne frajerstwo. 

- po drugie, pierwszą ofiarą wojny jest prawda.
Strony konfliktu rzadko przyznają, że coś im poszło nie po myśli, że przegrały starcie. Nawet jeśli jakieś działanie było totalną klapą, głośno będzie się mówić o sukcesie. Dlatego istotne jest przeanalizowanie, co z danej sytuacji wynika dla stron. 
Czy wojna na Ukrainie zbudowała mocarstwową pozycję Rosji? 
Nie, Rosja straciła wpływy na południowym Kaukazie, traci Azję Środkową, Czeczenia uzyskała bardzo szeroką autonomię, znacznie większą, niż inne regiony Erefii. Jednocześnie pogłębiło się uzależnienie Moskwy od Pekinu, który już jawnie dokonuje pełzającej aneksji rosyjskiego terytorium. 
Ukraina przeciwnie, zbudowała najsilniejszą armię w Europie, z którą musi się liczyć UE (pojawiły się głosy, że integracja Ukrainy z UE jest konieczna w celu kontrolowania tej siły) i wyszła na znaczącego gracza w geopolityce Bliskiego Wschodu i Afryki. Państwo, któremu cztery lata temu odmawiano prawa do decydowania w jakich organizacjach międzynarodowej chce uczestniczyć. 
Kto zatem jest wygrany, a kto przegrany?

- po trzecie, mało który konflikt kończy się jednoznacznym zwycięstwem jednej strony i odpoczynkiem na gruzach Berlina, czy Kartaginy. 
W przeważającej liczbie przypadków, wręcz w każdym, poza naprawdę kilkoma, walki trwają dopóki strony mają do nich siły, po czym zasiadają do rozmów i ustalony pokój jest jakimś wytargowanym kompromisem. Nasze ukształtowane obrazem II wojny światowej przekonanie o zwycięstwie jest po prostu błędne. 

- po czwarte wreszcie, w polityce, szczególnie na Wschodzie, ogromne znaczenie mają pozory i tak zwane zachowanie z twarzą. 
Dlatego tak bardzo przez wieki dążono do publicznego upokorzenia przeciwnika. Prowadzenie w tryumfie, pokazowy proces, publiczna egzekucja, odarcie z oznak godności, ostrzyżenie w kulturach germańskich (czyli wizualne zrównanie z niewolnikiem) to wszystko miało pozbawić przegranego twarzy, zrzucić go z piedestału. 
Ale takie upokorzenie jest możliwe w przypadku absolutnego i całkowitego zwycięstwa. Dlatego jednym ze sposobów zakończenia konfliktu jest umożliwienie przeciwnikowi wyjścia z niego z twarzą. 
Dlatego w celu zwycięstwa totalnego należy przeciwnika upokorzyć. 

I w tym kontekście trzeba widzieć kontredans negocjacyjny między Iranem a USA. Nie będę przedstawiał zawiłości tej gry, bo te figury akrobatyczne nie mają większego znaczenia. 
Zatem w skrócie. 
Od początku kwietnia obowiązuje zawieszenie broni, co nie oznacza całkowitego braku starć, bo obie strony czasem sobie coś ostrzelają, ale faza starć pełnoskalowych za nami. 
Iran blokuje cieśninę Ormuz, za to USA od 13 kwietnia blokują porty irańskie. 

Iran stosuje przy tym klasycznie pirackie metody, ogłaszając czerwony obszar przy wybrzeżu Omanu strefą niebezpieczną - i faktycznie atakując w tym rejonie wszystkie "nieuprawnione" jednostki - wymusza przepływ w zasięgu swoich wód terytorialnych, co z kolei pozwala na narzucanie przez Teheran myta w wysokości od jednego do dwóch milionów dolarów od statku. Co gorsza dla USA Iran żąda opłat w chińskich juanach plus "kaucji" w irańskich rialach. 

Większość armatorów ma jednak na to wywalone i półtora tysiąca statków stoi w zatoce i czeka na koniec rozgrywki.
Czemu? 
Bo Teheran przelicytował.
Decyzję o wysokości myta podjęli politycy, nie fachowcy. Dzień postoju tankowca w zatoce to dla armatora koszt około stu tysięcy dolarów. Łatwo policzyć, że koszty postoju przez około trzy tygodnie są niższe, niż opłata za przejście. Przy odpowiedniej polityce można je jeszcze zredukować, choć niewiele. 
Dodatkowo w niektórych przypadkach (nie wszystkich) straty wynikające z blokady pozwalają na manewry przy podatkach. Do tego dochodzą roszczenia odszkodowawcze, choć głównie od ubezpieczycieli, bo skarżenie rządów USA i Iranu raczej nie ma sensu.
Sumując, w pewnym zakresie armatorom ta sytuacja jest na razie na rękę. Firmom zajmującym się spedycją ropy i gazu również, bo ceny surowców kupionych tanio już poszybowały w górę, co daje zysk na innych trasach. 
Per saldo zatem straty nie są aż tak poważne, a wręcz branża paliwowa, szczególnie amerykańska, na tej sytuacji zarabia. Zysk netto jest o połowę większy od straty netto. Oczywiście dla gigantów, którzy straty koło Iranu odbijają sobie na innych trasach. Średniacy i drobniacy, szczególnie lokalni, związani z Zatoką Perską mają problemy. Ale nie oni decydują o geostrategii. 

Nic dziwnego, że większość armatorów woli stać i czekać, a statki głównie z krajów azjatyckich, uzależnionych od irańskiej ropy, płacą myto i przepływają. 

Co więcej, sytuacja w Zatoce z czasem będzie grała przeciw Iranowi (i krajom arabskim). Po mniej więcej pół roku postoju tankowce zaczną się psuć. Po roku wystąpi poważne zagrożenie wyciekami, a po dwóch latach wszyscy będą mieli problem, co z takim złomowiskiem zrobić. 

Oczywiście, nikt na tę chwilę nie przewiduje tak długiej blokady, ale ten czynnik też trzeba brać pod uwagę. W Waszyngtonie po prostu wiedzą, że jeśli w wyniku działań Iranu zostanie zanieczyszczona Zatoka Perska, to problem będzie miał Teheran. 

Klasyczny układ "złapał Kozak Tatarzyna", w którym najbardziej tracą sojusznicy... Iranu. 

Stany początkowo próbowały ogarniać eskortę tankowców przez "strefę zagrożoną", ale po kilku atakach ze strony IRGC odpuściły. Waszyngtonowi nie zależy teraz na eskalacji (czemu, to za chwilę), a wobec uderzeń w jakimś momencie musiałoby nastąpić kontruderzenie (zresztą, po irańskim ataku na niszczyciele USNavy takie uderzenie odwetowe nastąpiło). W efekcie USA wprowadziły kontrblokadę wszystkich statków wpływających lub wypływających z irańskich portów, bez względu na banderę. W razie prób przełamania blokady USNavy strzela w kominy, unieruchamiając nieposłuszne jednostki. 
To pogłębia problemy ekonomiczne Iranu i... Chin, będących głównym odbiorcą irańskiej ropy.

Czemu USA nie chcą obecnie eskalacji? 
Bo Waszyngton gra na zniszczenie irańskiego reżimu i eliminację Iranu z koalicji głodnych. Dalsza otwarta walka spowodowałaby jednak efekt dokładnie przeciwny, czyli wzmocnienie reżimu, wokół którego już zaczęli się skupiać Irańczycy niezaangażowani po stronie opozycji. 
Zawieszenie wojny i dociśnięcie reżimu ekonomicznie (inflacja wynosi sto czterdzieści procent!) po dekapitacji i solidnym plaskaczu, jakim była akcja ratowania lotników amerykańskich, w powiązaniu z ciągłą nieobecnością Najwyższego Przywódcy Mojtaby Chamenei, prowadzą do erozji systemu. Nie z dnia na dzień, ale konsekwentnie. Legitymacją każdego systemu jest sprawczość i zdolność do zarządzania kryzysem. Ich brak delegitymizuje system.


W tym kontekście obie strony negocjują przez pośredników (Pakistan i Oman). W zasadzie żądania nie zmieniły się specjalnie. 
Stanowisko Waszyngtonu przewiduje:
  • pełne otwarcie Cieśniny Ormuz - natychmiastowe, bez opłat i kontroli Iranu,
  • ograniczenia irańskiego programu nuklearnego, w tym moratorium na wzbogacanie uranu na 20 lat, przekazanie zapasów wzbogaconego uranu i demontaż niektórych obiektów,
  • utrzymanie amerykańskiej blokady portów irańskich do czasu postępu w negocjacjach, 
  • objęcie porozumieniem także kwestii Hezbollahu i Libanu.
Teheran przedstawił w niedzielę kontrpropozycję, według której:
  • USA uznają suwerenność Iranu nad Cieśniną Ormuz lub przynajmniej pozwolą Teheranowi zachować kontrolę nad ruchem i pobierać opłaty - co jest sprzeczne z prawem morskim, bo nie cała cieśnina wchodzi w obszar irańskich wód terytorialnych, a część po wschodniej stronie stanowią wręcz wody międzynarodowe,
  • Stany mają wypłacić odszkodowania wojenne - już to widzę, 
  • USA wycofają się z blokady portów i zniosą sankcje oraz uwolnią zamrożone irańskie aktywa - i może frytki do tego?
  • ruch w cieśninie będzie otwarty stopniowo - bo czemu, nie?
  • moratorium nuklearne będzie krótsze, a Stany dadzą gwarancje zwrotu wzbogaconego uranu, 
  • natychmiast zostaną zakończone walki na wszystkich frontach, w tym w Libanie - znowu rojenia, bo to oznacza powstrzymanie Izraela i Arabii Saudyjskiej, które przecież też są atakowane przez Hezbollah i Houti, więc w zasadzie takie żądanie nie ma najmniejszego sensu. 
Prezydent Trump określił tę kontrpropozycję jako nieakceptowalną i jest to dość oczywiste. Po pierwsze, Iran stawia żądania, które dotyczą państw trzecich, więc USA nawet pozornie nie mogą się na nie zgodzić. Po drugie, Teheran stawia żądania, które ustawiają go w pozycji wygranego, a nie przegranego. 
Reżim próbuje zagrać zugzwangiem, w którym każdy ruch Waszyngtonu wzmocni pozycję ajatollahów w kraju. Jeśli Stany przyjmą żądania, potwierdzą, że Teheran wygrał. Jeśli nie i eskalują konflikt, zmęczone społeczeństwo irańskie skupi się wokół reżimu, zaś tracący finansowo arabscy sojusznicy Stanów wymuszą na amerykańskiej administracji wycofanie się z tego konfliktu. 
Na razie jednak na to się nie zanosi. Wręcz przeciwnie. Organizacja Państw Producentów Ropy Naftowej OPEC zaczęła się rozpadać, bo jej członkowie coraz mniej chcą uzgadniać wspólną strategię pod dyktando interesów saudyjskich, a coraz bardziej liczą na zyski po odblokowaniu cieśniny. Szczególnie, że Zjednoczone Emiraty Arabskie są w stanie ominąć cieśninę. W dodatku od ropy zależy obecnie tylko mniej, niż jedna czwarta gospodarki ZEA. Z kolei Arabia Saudyjska nie ma większego problemu z omijaniem irańskiej blokady przez Morze Czerwone (o czym już pisałem). Także dla niej wzrost cen surowca to dar Niebios. Mogą sprzedać mniej, za to o wiele drożej. I jeszcze zarobić na tranzycie od pozostałych.

Waszyngton za jakiś czas prawdopodobnie będzie jednak musiał coś na rzecz swoich sojuszników zrobić, żeby ich nie utracić. 

I tu wracamy do zalinkowanego wyżej artykułu Saada Sallouma. Dla Teheranu wszystkie kwestie, w których jego stanowisko różni się od oczekiwań USA, są kwestią tożsamości reżimu, które go we własnych oczach legitymizują. Kontrola cieśniny, narzucanie swojej woli państwom arabskim, konfrontacja z Izraelem poprzez popieranie antyizraelskich organizacji, rywalizacja z Arabią Saudyjską także poprzez popieranie antysaudyjskich ruchów i program atomowy to wszystko są elementy konstytuujące reżim rewolucji islamskiej. Ich zniszczenie pozbawia go legitymizacji we własnych oczach (nie wyklucza to przeprowadzonej półtora roku temu dekapitacji liderów Hezbollahu i Hamasu rękami Izraela, kontrolę nad obiema strukturami Iran zachował, następcy zlikwidowanych zrozumieli, że mają zapomnieć o własnych ambicjach politycznych). 

Tu trzeba odróżnić kwestię legitymizacji reżimu w oczach obywateli od jego legitymizacji we własnych oczach, bo to różne sprawy. 
Per analogiam. 
Reżim komunistyczny legitymizował się we własnych oczach realizując w większym lub mniejszym stopniu koncepcje marksistowsko-leninowskie. Ten reżim nie mógł przeprowadzić prawdziwych reform gospodarczych i społecznych oraz politycznych, które legitymizowałyby go w oczach obywateli państw demoludów, bo straciłby legitymizację we własnych oczach. Reformy były możliwe dopiero po odrzuceniu doktryny, na której reżim był oparty, na rzecz liberalizmu w Europie, a konfucjanizmu w Chinach. 
Jednocześnie w oczach obywateli reżimy realsocu utraciły legitymację w momencie, kiedy straciły potencjał zapewniania im awansu społecznego i poprawy warunków życia. Paradoks polegał na tym, że punkty za pochodzenie na uczelniach wyższych, obowiązujące jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku, blokowały możliwość dalszego rozwoju dzieciom tych, którzy dzięki tym samym punktom czterdzieści lat wcześniej wyrwali się ze wsi i z fabryki na uczelnie. Reżim tracił legitymizację w oczach własnych beneficjantów, ale nie mógł tego zmienić, bo straciłby legitymizację we własnych oczach. 
Podobnie reżim hitlerowski w III Rzeszy mógł pójść na układ z sowietami nie tracąc legitymacji we własnych oczach (ani w oczach swoich obywateli), ale nie mógł odpuścić z kursu antyżydowskiego i antydemokratycznego, bo by ją stracił. W oczach obywateli z kolei utracił legitymację w momencie, kiedy wojna okazała się nieuniknienie przegrana. I znów reżim nie był w stanie niczego zmienić, bo utraciłby tożsamość. Mógł jedynie ponieść sromotną klęskę. 

Na Bliskim Wschodzie jest to samo, tylko bardziej. Reżim irański może zatem doprowadzić kraj do ruiny, ale nie może odpuścić z tego, co tę ruinę powoduje i przyspiesza. 

Iran jednak z geopolitycznej układanki Bliskiego Wschodu wypadł, co widać po strategii Turcji, która weszła w ostrą antyizraelską retorykę (z wzajemnością). 
Ankara z Tel-Awiwem grają o nowy podział Bliskiego Wschodu. W sytuacji, kiedy Iran wypadł z gry, a Arabia Saudyjska wyraziła oględnie désintéressement tematem sporów poza regionem Zatoki Perskiej (co nie przeszkadza jej w ofensywie gospodarczej, którą traktuje jako formę pracy nad stabilizacją regionu), Turcja wchodzi w rolę obrońcy muzułmanów na terenie dawnego Imperium Osmańskiego. 
O roli Ankary w obaleniu reżimu Assada już pisałem. W polityczną próżnię, jaka w wyniku tego, a także w skutek osłabienia Hezbollahu powstała zarówno w Syrii, jak i w Libanie, wszedł Izrael kreujący się na obrońcę wszystkich, którzy czują się zagrożeni odradzającym się islamizmem sunnickim. Pomaga w tym fakt, że nowy prezydent Syrii jest Ahmed asz-Szara (Joulani), jeden z byłych (?) liderów Al-Kaidy, przejściowo współpracujący z Państwem Islamskim, a potem je zwalczający. Zarówno alawici, jak i Druzowie, czy chrześcijanie obawiają się, że po ustabilizowaniu się nowego reżimu, władze Syrii przyjmą skrajnie radykalny kurs islamistyczny. Izrael więc prezentuje się jako gwarant ich bezpieczeństwa (co nie przeszkadza żołnierzom Cahalu w aktach antychrześcijańskich).

W tej sytuacji (i wobec spadku znaczenia pozostałych dwóch rywali do pozycji lidera w świecie islamu) Turcja przyjmuje stanowisko przeciwne i deklaruje powstrzymywanie Izraela. 
W rzeczywistości jednak powstrzymuje właśnie islamskie środowiska radykalne. Sułtan powtarza dokładnie tę samą zagrywkę, która wyniosła go do władzy i pozwala się utrzymywać na fali od lat: przejmuje od radykałów retorykę, ale nie realizuje ich programu. W efekcie wyrzuca ich na margines. Dokładnie tak wyeliminował swego czasu rosnące wpływy Państwa Islamskiego w Turcji. 

Jeśli zatem ktoś liczy na konflikt turecko-izraelski, to może się przeliczyć. Poza wojowniczą retoryką i potrząsaniem dzidami nie będzie poważniejszych starć. Izrael wie, że Turcja to nie Iran i starcie z nią niesie ogromne ryzyko, a Turcja zdaje sobie sprawę z tego, że wyprawa na Izrael to konflikt także z USA, ale również z... krajami arabskimi, które na Turcję wciąż patrzą tak, jak my na Niemców. W końcu to Turcy (w oczach Arabów "dzikusy") okupowały kraje arabskie przez kilkaset lat i jest im to pamiętane (co znów nie przeszkadza robić interesów). Zniszczenie Izraela może i byłoby dla nich interesującą opcją, ale nie za cenę ponownego wejścia Turcji na obszary ściśle arabskie. 

Obecna przepychanka zakończy się więc raczej ustanowieniem stref wpływów, być może podziałem Syrii i Libanu (choćby nieformalnym, bez zmian oficjalnych granic). I typowym dla regionu pokojem, w którym co jakiś czas jedni wykonają drobne działania przeciw drugim, żeby opowiadać, jak dzielnie z nimi walczą. 

Zostawiamy Bliski Wschód, ale nie odchodzimy daleko, bo ciekawie się dzieje w Afryce. 
Na początek Róg Afryki i narastający kryzys w Somalii. Istotny w kontekście blokady cieśniny Ormuz.

Po kolei. 
Pamiętacie film "Helikopter w ogniu"? 



Somalia była kiedyś kolonią włoską, która w 1960 roku uzyskała niepodległość. W zasadzie od razu przyłączyła się do niego dawna brytyjska kolonia w północnej części Rogu Afryki, czyli Somaliland. Oba kraje łączyło w zasadzie wszystko: religia, język, tożsamość, kultura, literatura... 
Ale nie wyszło. 

Nie wyszło, bo mimo wspólnej świadomości narodowej, a nawet istnienia ruchu nacjonalistycznego (zamierzającego sięgać także po Dżibuti, czy zamieszkane przez Somalijczyków regiony Etiopii i Kenii) społeczeństwo Somalii mentalnie nie wyszło poza formę klanową (w zasadzie tylko w Europie taki proces się udał). 

Obszary zamieszkane przez Somalijczyków

W gospodarce pasterskiej konflikty klanowe to walka o pastwiska i źródła wody. Często brutalna i krwawa, dezorganizująca całe państwo. Coś, jak Kargul z Pawlakiem z "Sami swoi", ale sterydach. 

W efekcie pogłębiającego się chaosu walki wszystkich ze wszystkimi władzę przejął i wprowadził dyktaturę Mohammed Siad Barre, który zaczął budować w Somalii socjalizm. Eksperyment trwał do końca lat siedemdziesiątych, kiedy Barre postanowił zostać zdobywcą i wyzwolicielem i zająć zamieszkane przez Somalijczyków tereny Etiopii. Ponieważ Związek Sowiecki i Kuba pomogły socjalistycznej Etiopii w walce z socjalistyczną Somalią, Barre obraził się na Marksa i zrobił zwrot ku Zachodowi. Nawet przywrócił demokratyczną konstytucję i system wielopartyjny. Kraj już jednak wchodził w spiralę kryzysu gospodarczego, spowodowanego złym zarządzaniem, co uruchomiło z powrotem konflikty między klanami. Na dokładkę w latach osiemdziesiątych jakiś procent Somalijczyków wyruszył walczyć w dżihadzie w Afganistanie, skąd wrócili zradykalizowani, przejęci ideami salafickiej odmiany radykalnego islamu. 

W styczniu 1991 roku Mohammed Siad Barre uciekł z kraju, a Somalia się rozpadła, co znamy ze wspomnianego wyżej filmu. 
18 maja 1991 roku mieszkańcy dawnej Somalii Brytyjskiej pod nazwą Somaliland ogłosili, że wystarczy tego eksperymentu z jednością, zabierają zabawki i idą do swojej piaskownicy. 
Decyzję tę poprzedziła dziesięcioletnia wojna Mohammeda Siada Barre z dominującym w Somalilandzie klanem Issaq, którego zbrojnym ramieniem był Somalijski Ruch Narodowy (SNM). Barre posunął się do ludobójstwa, mordując w latach 1987-89 nawet do dwustu tysięcy cywilów należących do klanu Isaaq. 

W ramach powszechnego prawa do samostanowienia narodów Organizacja Niezmiernie Zbędna nie uznała Somalilandu, który od trzydziestu pięciu lat istnieje sobie na marginesie światowej polityki i całkiem dobrze sobie radzi. Rządzący krajem i fizycznie w nim dominujący klan Isaaq okazał się rozsądny, tworząc system polityczny, który odpowiada kulturze żyjących tu ludów. Trochę to przypomina system germańskich tingów: wyższą izbę parlamentu stanowią przywódcy klanów, a niższą Zjazd Klanów. Nie ma więc bezmyślnego kopiowania nowoczesnych europejskich systemów politycznych, a raczej sięgnięcie do systemów z wczesnej historii Europy, gdy na takiej samej zasadzie działała plemienna demokracja wśród Celtów, Germanów, czy Słowian. 
Somaliland jest państwem dość stabilnym, dobrze się rozwijającym, aktywnie zwalczający terroryzm i piractwo. 
I nadal nie uważany za suwerenne państwo, choć za takie uważa się Somalię, która właśnie ponownie się rozpada. 

Wracając do Somalii. 
W wyniku wojny domowej, której fragment znamy z "Black Hawk Down" od Somalii zaczęły odpadać poszczególne regiony. Większość jednak powróciła pod skrzydła Mogadiszu, włącznie z zachodnią częścią Somalilandu. 
Co prawda rząd Somalii niewiele miał do powiedzenia na prowincji, gdzie wciąż trwały walki, ale formalnie istniało jedno państwo. Nie zmieniło tego nawet objęcie władzy przez Unię Trybunałów Islamskich, będącą somalijskim odpowiednikiem talibów (utworzyli ją weterani wojny z sowietami w Afganistanie), ani rozbicie tej struktury przez interwencję zbrojną Etiopii wspieranej przez Unię Jedności Afrykańskiej. 
Sytuacja zmieniła się stosunkowo niedawno, kiedy wybrany w 2022 nowy prezydent Somalii Hassan Szejk Mohammud po dwóch latach rządów zmienił konstytucję zwiększając centralizację kraju i pozycję prezydenta poprzez wybory powszechne na ten urząd. To wywołało bunt w położonych skrajnie na północy i południu stanach Puntland i Jubaland, obawiających się powtórki z dyktatury Mohammeda Siada Barre. 
Puntland, który wcześniej ogłosił niezależność, ale nie wystąpił z federacji, tym razem zadeklarował, że nie uznaje władz centralnych i choć formalnie nadal nie ogłasza pełnej niezależności de facto zachowuje się, jak odrębne państwo. 
Podobnie w następnym roku postąpił Jubaland - nie ogłaszając formalnie niepodległości buduje faktycznie odrębne państwo. 
Próby zbrojnego rozwiązania problemu przez Mogadiszu skończyły się porażką. 

Z kolei po tym, jak Mohammud przedłużył sobie (poprzez parlament) kadencję, relacje z rządem centralnym zerwał Stan Południowo-Zachodni. 

Na to nakładają się działania Al-Kaidy, której ekspozyturą w Somalii jest wywodząca się z Unii Trybunałów Islamskich Al-Szabaab, a także Państwa Islamskiego. 

Cały ten kipisz wygląda mniej więcej tak:


I teraz w tej układance pojawiają się znani nam aktorzy. 
W grudniu ubiegłego roku Izrael jako pierwszy uznał państwowość Somalilandu. Umowy w sprawie wykorzystania portu w Berberze Somaliland podpisał także z Etiopią (która tak odzyskuje wyjście na morze, które utraciła po oderwaniu się Erytrei) oraz... Zjednoczone Emiraty Arabskie! 

Szykują się kolejne (na razie marginalne) uznania kreowane przez ZEA.

Film jest propagandówką, więc trudno powiedzieć, czy na pewno do tych decyzji dojdzie, ale dobrze pokazuje sytuację Somalilandu i Somalii

Północ Puntlandu kontrolują Al-Szabaab oraz ISIS, które się fizycznie zwalczają. Katar mediuje między rządem centralnym a Al-Szabaab, które sponsoruje Turcja, zaś zarówno ISIS, jak i Al-Shabaab zwalczane są przez Arabię Saudyjską, która wspólnie z Turcją popiera rząd centralny w Somalii (jednocześnie z nią rywalizując). Za to Zjednoczone Emiraty Arabskie, będące na innych obszarach bliskim sojusznikiem Arabii Saudyjskiej (między innymi wspólnie wykonywali ataki na Iran), w Rogu Afryki wspierają niezależność Somalilandu, a także Puntlandu i Jubalandu poprzez inwestowanie w leżące tam porty Berbera, Bosaso i Kismayo. 

Somalia jest na prostej drodze, żeby podzielić los Libanu, czy Syrii, gdyż każdy z obecnych w niej graczy chce wyrwać to, na czym mu najbardziej zależy. 

Wszystkim jednak zależy na tym samym.
Na kontroli wyjścia z Morza Czerwonego na Zatokę Adeńską. Kto będzie panował cieśniną Bab-el-Mandeb, będzie kontrolował ruch statków na Morzu Czerwonym. 
A że Somalijczyków czekają kolejne dziesięciolecia wojen, to kto by się w arabskich stolicach przejmował? 

To jeszcze pozostając w Afryce odnotuję, że powstańcy w Mali (dżihadyści z Al-Kaidy oraz Tuaregowie - na co dzień się nie znoszą, ale wspólny wróg jednoczy) ostatecznie wykopali Moskali z Kidal i w efekcie z północy tego kraju. Dżihadyści podeszli pod stolicę kraju Bamako. 

To rzekomo film z przedmieść Bamako (w rzeczywistości raczej z Kati). Na pewno dotyczy ostatniej ofensywy Al-Kaidy i Tuaregów. W ręce powstańców wpadło kilka miast, w tym Aguelhok, Tessalit, Tessit i Ber 

Al-Kaida ogłosiła oblężenie Bamako i blokadę dróg. 

Sytuacja w Mali według Clementa Molina. Siły Tuaregów (kolor zielony) szkolone są i wspierane przez operatorów ukraińskiego GUR, któremu informacje przekazuje wywiad francuski

W zamachu samobójczym w Bamako zginął prorosyjski minister obrony Mali Sadio Camara.



Moskale i siły rządowe próbują kontratakować, ale nawet jeśli uzyskują sukcesy, to mają one charakter taktyczny i nie zmieniają sytuacji ogólnej. Wyszkoleni przez Ukraińców operatorzy dronów panują nad afrykańskim frontem

Z map opracowanych przez Liama Karra z portalu Critical Threats wynika, że sytuacja prorosyjskich reżimów w Mali, Nigrze i Burkina Faso staje się trudna i zmierza w stronę krytycznej. 
Utrata przez malijski rząd Kidal  oraz zablokowanie Timbuktu i Gao to de fakto odcięcie całej północy Mali (choć lokalnie część północy pozostaje w rękach sił rządowych, ale bez szans na realne wsparcie). W rękach sił prorządowych zostało poszatkowane i pozbawione wzajemnej łączności południe. Podobnie o kontroli nad północą i wschodem swojego kraju może zapomnieć rząd Burkina Faso. Tylko Niger ma na razie spokój, ale jeśli padnie Mali i Burkina Faso, rząd Nigru nie ma jak zatrzymać utraty południowo-zachodniej części państwa

Rosyjski Korpus Afrykański, który miał zwalczać terrorystów, zapewnić miejscowym kacykom niezależność od Zachodu (wyrzucenie Francuzów się udało), a ludności stabilizację w zamian za dostęp rosyjskich oligarchów do afrykańskich surowców, okazał się niezdolny do realizacji wyznaczonego sobie zadania. 

I to jest może nie koniec rosyjskich snów o roli światowego rozgrywającego, ale na pewno początek końca. Także początek końca afrykańskiego El Dorado rosyjskich elit. 

Dopóki interesy rosyjskie w Afryce realizowała prywatna korporacja wojskowa Liga, zwana wagnerowcami, system działał. Czemu? Bo był oparty na prywatnych interesach. Wagnerowcy (eksploatując ludność miejscową) bezpośrednio korzystali z tego, co dla reżimu i swoich oligarchów chronili. Nie dość, że mieli dobrze płacone, to jeszcze skapywało im "ze stołu". Podlegający Ministerstwu Agresji i stanowiący część regularnych sił zbrojnych Jebanarium Rosyjski Korpus Afrykański jest jednak tak samo wydolny (a raczej niewydolny), jak całe to bagienne państwo. 
Oczywiście, do całkowitego kolapsu Rosji w Afryce jeszcze daleko. Nadal Moskwa kontroluje Libię, Sudan, Republikę Środkowoafrykańską, Niger, Mali i Burkina Faso, ale proces prucia rosyjskiej dominacji już się rozpoczął. 

Zatem pora na Jebanarium i największą moskiewską porażkę tego sezonu, czyli obchody tak zwanego Dnia Zwycięstwa.

Wracamy do  zalinkowanego na początku tekstu Saada Salouma o legitymizacyjnym lustrze, w którym przeglądają się reżimy. 

Takim lustrem dla elit rosyjskich jest mit Trzeciego Rzymu, Rosji jednoczycielki dawnych ruskich ziem, zwyciężczyni nad faszyzmem i błogosławieństwie RuSSkiego Miru. 
Cały ten obraz w tym roku wylądował w błocie. 

Zacznijmy od dość komicznego dekretu prezydenta Zełeńskiego, który oficjalnie zezwolił Rosjanom na świętowanie i wyznaczył obszar Moskwy wyłączony z ukraińskich ataków w dniu 9 maja.  
Zełeński, jako zawodowy komik doskonale wyczuwa kontekst: państwo zaatakowane, które według moskiewskiej propagandy miało już dawno przestać istnieć, okazuje łaskę rzekomo silniejszemu hegemonowi i "pozwala" jego obywatelom świętować. 
No plaskacz elegancki.


Ale to nie koniec upokorzeń, bo samo świętowanie w Rosji to faktycznie obraz nędzy i rozpaczy. Jeszcze rok temu było prężenie muskułów (przynajmniej w Moskwie, bo na prowincji to już różnie). Tymczasem w roku bieżącym było bardziej, niż skromnie. Najkrótsza parada (razem z przemówieniem jednego z Putinów trwała czterdzieści pięć minut), bez sprzętu ciężkiego, same "dworskie" dywizje od tupania. W treściach zaś mowa nie o potędze Rosji (a wcześniej ZSRR), lecz o bohaterach "specjalnej operacji wojskowej".
Słowem, stypa, a nie święto. 


Pogrzebowe wrażenia pogłębiają materiały pokazujące paradę wdów po poległych w Czycie...


Albo paradę kalek w Tatarstanie (i nie tylko).


- Mam jedno pytanie do organizatorów - czemu zrobili to właśnie tak?
Ktoś chyba satyrę potraktował jak instrukcję.


I w zasadzie nie ma co męczyć tematu. To było bardziej, niż żenujące. 



A, no warto dodać, że generalnie międzynarodowo na te obchody wszyscy położyli lachę. 
No prawie wszyscy. 

Paradę swoją osobą zaszczycił oczywiście Bulbenfuehrer Aleksander Łukaszenka. Poza nim z obszarów posowieckich prezydenci Kazachstanu i Uzbekistanu. Ponadto prezydent Laosu i król Malezji. Szefów marionetkowych państewek oderwanych siłą od innych państw, jak Abchazja i Osetia Południowa nie liczę. 
Do tego delegacja polityków serbskich, ale nie na szczeblu rządowym i ambasada Chin (bo Cesarz-Chan zaproszenie olał - szykował się na spotkanie z prezydentem Trumpem, który wybierał się do Pekinu, więc miał poważniejsze sprawy, niż impreza u nieudolnego wasala). 
Premier Słowacji poleciał do Moskwy (na około przez Czechy, Niemcy i Szwecję, bo państwa bałtyckie odmówiły mu prawa przelotu nad swoim terytorium, a Polska nie wprost, ale też dała do zrozumienia, że lepiej nie nad nami). Jednak na Placu Czerwonym się nie pojawił. Bunt wobec europejskiego mainstreamu kończy się, gdy trzeba poświecić twarzą publicznie w towarzystwie zbrodniarzy. 

W zasadzie tylko Koreańczycy z północy prezentowali się dumnie, paradując ze srebrnymi i złotymi "kałachami".


W celu przykrycia tej wizerunkowej i prestiżowej porażki Kreml podkreśla, że w tym roku nie rozsyłał oficjalnych zaproszeń, a goście przybyli "z własnej inicjatywy".

Ze "względów bezpieczeństwa" odwołany został też "Nieśmiertelny Pułk", czyli zwyczajowa parada z portretami poległych w II wojnie światowej sowietów. 

Raczej jednak obawiano się, że dziadków i pradziadków zastąpią mężowie i synowie

Tak, czy inaczej, "Nieśmiertelny Pułk" władze przeniosły do internetu, po czym...
Wyłączyły internet.

Co na to zwykli Rosjanie? 

Cóż...
Różnie.

Od mantrowania, że 
- Przeca my wielkie państwo i sława gierojam!
Do
- Na chuj było zaczynać wojskową operację specjalną?

- Zacznijmy od Pieczyngów...
- Niestety, zabrakło weteranów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, zostali tylko synowie pułku (dzieci wojny) i siedzą oligarchowie, posiadacze i kapitaliści!!!
- Od Pieczyngów...
(chodzi o sam początek historii średniowiecznej Rusi, której głównym wrogiem były stepowe plemiona Pieczyngów - czyli: zacznijmy od początku, wróćmy do podstaw

Tak, nie piszcie tych postów. Czyszczą. Zostanie jeden post ku chwale wielkiego sternika. Powrót do sowka (czyli ZSSR)


- Na cmentarzu powinna być cisza. A nie parady i święta.
- Poszło kino zamiast parady
- Świętujemy z miłością, a oni rozdeptali dumę

Chwała Bogu, bez ataków terrorystycznych


- Jednym słowem SWO (Szalona Wojskowa Operacja)
- Nie wiem, ludziska, co powiedzieć, ale dla mnie to dyskredytacja samego ducha Dnia Zwycięstwa
- No i dobrze, mam nadzieję, że przynajmniej samoloty nie będą maszerować po Placu Czerwonym


Technika (sprzęt ciężki) mam nadzieję będzie? Nasze wielkie uzbrojenie pokaże, żeby Gejropa się nas bała

- I gdzie te ważne słowa, które zapowiadał Pieskow?
- Lepiej by powiedział, na chuja zaczynali SWO, żeby co? Żeby to wszystko było??
- Gdzie ta obiecana ważna wypowiedź? Taki bełkot, który wygłasza każdego roku oznacza wciąż to samo.
- Na pewno jeszcze rok trzeba poczekać. Albo dłużej.
Rosjanie nie przestali być agresywnymi imperialistami. Nie żałują zbrodni, nie jest im wstyd za wywołanie wojny. Nie ma refleksji, że zachowali się podle. 
Jest im przykro, że się nie udało i że zamiast zwycięstwa mają żenadę. 

Żeby przykryć tę siarę jeden z Putinów na drugi dzień zachwalał uwieńczoną powodzeniem próbę międzykontynentalnej rakiety balistycznej zdolnej do przenoszenia ładunków jądrowych Sarmat. 

Oczywiście kompromitacja musiała zostać ukarana. W środę Ukraina została zaatakowana za pomocą ponad siedmiuset pięćdziesięciu dronów.


Większość została zniszczona dronami przechwytującymi Sting, ale i tak widać moskiewską furię. To był największy jednorazowy atak dronami od początku wojny.


W nocy ze środy na czwartek nastąpił kolejny atak, tym razem z udziałem rakiet. 


Nie wszystkie niestety rakiety i drony zostały przechwycone. 

W Kijowie zawalił się blok mieszkalny, grzebiąc pod gruzami kilkadziesiąt osób. Lista strat dopiero jest ustalana

Inna perspektywa bloku w Kijowie

Najwięcej ofiar wśród ukraińskich cywilów padło w Dnipro - ośmiu zabitych w ciągu jednego dnia. 
Te furiackie ataki nie mają żadnego wpływu na sytuację na froncie i są tylko prymitywną zemstą na zwykłych ludziach. 

To jak zatem przedstawia się sytuacja frontowa na Ukrainie? 

Sytuacja jest dość skomplikowana. 
Rosja zaczęła wiosenno-letnią ofensywę, którą niespecjalnie jednak widać, jeśli chodzi o efekty. No chyba, że mówimy o efektach w postaci złomu zalegającego teren, ale do tego wrócę za chwilę. 
Patrząc, co odwalają bojcy, można odnieść wrażenie, że to zupełnie nowe siły, szkolone przez ludzi, którzy nie zauważyli, że od 2022 roku sytuacja na froncie się zmieniła. 

Zanim omówię szerzej poszczególne odcinki, krótko o podstawowym elemencie, jaki stopniowo się wykształcał od miesięcy, ale obecnie ma już charakter systemowy. 
Ukraina bowiem poszerzyła bezpośrednie zaplecze frontu na tyłach Rosjan do... kilkuset kilometrów!

W czym rzecz?
Bezpośrednie zaplecze frontu, to pas przylegający do linii rozgraniczenia, na którym nie toczą się walki, jest na tyłach walczących oddziałów (więc to nie jest strefa śmierci), ale gdzie nadal możliwe jest porażenie przeciwnika środkami uderzeniowymi szczebla operacyjnego, a czasem nawet taktycznego (artyleria, lotnictwo i... drony). I właśnie drony zmieniają sytuację. 

I to drony produkowane przez ukraiński przemysł.

Chodzi o drony Hornet (przez Moskali nazywane "Marsjanami"), częściowo sterowane przez sztuczną inteligencję, odporne na zakłócenia generowane przez systemy walki elektronicznej (jak wprowadzono drony na światłowodach pisałem, że to system przejściowy). 

Hornety wróciły do tego, czym w pierwszych dniach inwazji były Bayraktary. Patrolują wyznaczony obszar i wypatrują rosyjskich pojazdów, najlepiej ciężarówek z logistyką, po czym je neutralizują. 



Odporne na zakłócenia, sterowane poprzez Starlinka ze wsparciem AI (w zasadzie od momentu "zablokowania" dronu na celu przechwycenie go przez zakłócenie sygnału jest niemożliwe, można je tylko zestrzelić) grasują swobodnie po całym rosyjskim zapleczu aż do terytorium właściwej Rosji. 

Szacunki mówią, że ich łupem pada co dziesiąta rosyjska ciężarówka z zaopatrzeniem podczas kursu tam lub z powrotem. 
Mało? 

Policzmy. 
Wyjeżdża sto ciężarówek. 
Z pierwszego kursu wraca dziewięćdziesiąt.
Z drugiego kursu wraca osiemdziesiąt jeden.
Z trzeciego kursu wracają siedemdziesiąt trzy.
Z czwartego kursu wraca sześćdziesiąt sześć.
Z piątego kursu wraca sześćdziesiąt.
Z szóstego kursu wracają pięćdziesiąt cztery.
Z siódmego kursu wraca czterdzieści dziewięć. 

Mało która baza transportowa ma sto ciężarówek, ale progresja jest taka sama przy mniejszych liczbach. Jak jest dwadzieścia ciężarówek, to po siedmiu kursach zostaje dziesięć. 

Zależnie od intensywności walk, a co za tym idzie liczby kursów, po jednym-dwóch, a najdalej trzech dniach logistyka nie ma połowy swojej floty ciężarówek. To oznacza, że bojcy w pierwszej linii dostaną dwa razy mniej amunicji, dwa razy mniej paliwa, dwa razy mniej jedzenia. 
Co przełoży się na ich zdolności bojowe, bo raczej rzucanie kamieniami w grę nie wchodzi.  

Praktycznie wygląda to tak. Zanim cokolwiek dojedzie do linii frontu, staje się łupem dronów. Mapka od pułkownika Korowaja (pozdrawiam)

Szalejące na niskich wysokościach (co utrudnia zestrzelenie) wzdłuż objazdu lądem (Most Krymski jest wyłączony z militarnego użycia) Hornety już doprowadziły do faktycznego odcięcia Krymu pod względem logistycznym. 


Półwysep zamienił się w największy samorządny obóz jeniecki. Nie da się z niego wyjechać, ani wypłynąć bez zgody Ukraińców. 

A przy okazji podczas raju na Krym zarejestrowano Horneta (dokładnie Queen Hornet) odpalającego rakietę powietrze-ziemia w mobilny system obrony PLOT.


Celem ataków są nie tylko linie zaopatrzenia, ale magazyny, punkty naprawcze, miejsca stacjonowania rosyjskich jednostek, centra dowodzenia i rejony ześrodkowania. 

Na filmie po kolei:
Sartan pod Mariupolem - magazyn amunicji,
Bojkiwskie koło Mariupola - skład materiałowo-techniczny i centrum logistyczne,
Mikołajewka w Obwodzie Donieckim - baza remontowa,
Światotroickie na Zaporożu - stanowisko dowodzenia i obserwacji,
Roweńki w Obwodzie Ługańskim - miejsce stacjonowania mechaników rosyjskiej armii, 
Kuljiwskie na Zaporożu - poligon. 
Zaatakowane zostało także miejsce stacjonowania rosyjskich dronów w Nowej Tawołżance w Obwodzie Białogrodzki (Erefia).

A tak wygląda centrum sterowania dronami w reportażu dziennikarza Der Bild Juliana Roepcke

A będzie gorzej dla Moskali i lepiej dla świata, bo ukraińskie Ministerstwo Obrony rozpoczyna współpracę z firmą Palantir, która rozwija właśnie sztuczną inteligencję.


Moskale zdają sobie sprawę z sytuacji i tym bardziej irytuje ich nieadekwatna odpowiedź władz na zagrożenia. 


To jeszcze dołożymy do tego rozwój ukraińskich dronów lądowych. W tym takich, które są bombami na kołach i gąsienicach. 


A to Konstantynówka, gdzie taki właśnie dron wysadził cały budynek, w którym ukryło się ośmiu bojców

To jak mamy już kontekst, zrozumiemy, czemu w kwietniu postępy rosyjskie były tak słabe, że w ogólnym bilansie SZU zaczęły odzyskiwać terytorium, dochodząc do wyniku stu szesnastu kilometrów kwadratowych netto (po odjęciu zysków rosyjskich) na plus. 
Po prostu wyczerpane ciągłą, trwającą już drugi rok ofensywą siły rosyjskie, pozbawione skutecznej logistyki, straciły swoją i tak już marną wartość bojową. 

Lecimy po kolei.

Odcinek sumski - brak zmian od północy. Moskale tu utknęli. Natomiast kontynuują nacisk od wschodu. 

Na razie z miernym efektem

Pewien problem mam z Wołczańskiem. Na ukraińskich kanałach pojawiają się informacje o odbiciu z rosyjskich rąk jakichś przedmieść, ale nic tego nie potwierdza. 
Stagnacja.

Czarne strzałki to kierunki ataków rosyjskich, żółte kręgi to stanowiska obronne SZU, a czerwone linie to ukraińskie umocnienia. Ta mapka i następne podobne wzięte od Clementa Molin

Wołczańsk obecnie wygląda tak

Odcinek Kupjański również stagnacja. Obie strony szukają punktu przełamania pozycji przeciwnika. Moskale mają tu jednak inicjatywę i próbują przenikać przez ukraińskie pozycje, wykorzystując gęsto rosnące tu drzewa. 
Generalnie jednak sytuacja miasta jest niezagrożona. 

Żółte strzałki obrazują ukraińską logistykę. Moskale wracają do koncepcji, żeby najpierw doczołgać się do Oskiła i dopiero atakować miasto

Także tu w bezpośrednim zapleczu frontu operują drony. Tu wysadzenie podręcznego magazynu amunicji Moskali

Odcinek Izjum także brak zmian.

Niebieskie kółka to ukraińskie fortyfikacje

Słowiańsk.

Moskale od południa i wschodu idą konsekwentnie na to miasto, ignorując Kramatorsk. Dlaczego, już pisałem: po zajęciu Słowiańska i Konstantynówki Kramatorsk nie ma szans na długą obronę.

Moskale zbliżają się do ukraińskich punktów oporu lub już są z nimi w bezpośrednim kontakcie. Zanim doczołgają się do miasta, minie jeszcze sporo czasu. Mapa od Clementa Molina

Także tu pojawiają się jakieś bełkoty o ukraińskiej kontrze, ale nie ma potwierdzeń. 

W rejonie Konstantynówki Moskale dotarli do miasta i próbowali wziąć je od południa, ale bez skutku. Topografia jest tu przeciw nim. Dlatego obecnie szukają obejścia od wschodu i zachodu, ale to uniemożliwiają ukraińskie pozycje obronne na skrzydłach. 




Właśnie na tym kierunku doszło do sytuacji sugerujących, że na froncie pojawili się bojcy szkoleni na tyłach bez uwzględnienia doświadczenia z dotychczasowych działań. 

We wtorek Moskale przypuścili szturm kolumną pancerną od strony Jaru Czasów. Zupełnie, jak na filmie, albo ćwiczeniach dla sztabowców. Skończyło się jak zwykle. Masakrą

Rozkaz wydał i poprowadził ktoś, kto nie zna realiów wojny na Ukrainie i nie rozumie, że tego się nie robi, jeśli chce się żyć. 

Do bardzo podobnej sytuacji doszło na drodze między Jarem Czasów a Bachmutem. Gdzie drony dopadły kolumnę dwudziestu Moskali z terenówkami DessertCross. 


Także tu dowodzący przemarszem ewidentnie nie miał pojęcia, gdzie się znajduje i jakie tu panują zasady działania. 

Może to sugerować, że na froncie znaleźli się nie zmobilizowani, a tacy, którzy przeszli pełne szkolenie wojskowe. Być może poborowi, którzy po odsłużeniu swojego podpisali kontrakt? 
Zmobilizowani praktycznie nie są szkoleni na tyłach, tylko od razu rzucani na front. Szkolą ich na miejscu ci, którzy przeżyli, więc realia wojny znają na pamięć. Tymczasem w ataku kolumny pancernej i działaniu tej grupki na wózkach golfowych widać rękę szkoleniowego betonu z tyłów. 

To są na razie izolowane przypadki, choć w jednym rejonie. Jeśli będą się powtarzać, może to oznaczać, że odnalazły się siły, których przez kilka miesięcy nie mogliśmy odszukać. Jeśli jednak to byłoby to i Moskale rzucili do walki siły tyłowe, szykowane na drugą fazę rozgrywki (ewentualnie przeciw NATO), to potwierdzałoby fatalną sytuację z werbunkiem. Od stycznia bowiem liczba nowo nabranych na wojnę na Ukrainie nie uzupełnia strat. Jest niższa, niż ubytki. Do tego chodzi swego rodzaju odwrócenie trendu: do tej pory skazańcy odsiadujący w Rosji wyroki podpisywali kontrakty, żeby iść na wojnę i skrócić odsiadkę. Teraz zakontraktowani popełniają przestępstwa, żeby trafić do więzienia i wyjść z wojny. 

Idziemy dalej. 
Pokrowsk.

A raczej Dobropole

Tu Moskale mają duży problem, bo chociaż zajęli Pokrowsk jakiś czas temu, to trudno mówić o kontrolowaniu całego terenu. Pokrowsk, będący w końcu ważnym węzłem komunikacyjnym, jest dla nich nie do wykorzystania. 
Żeby to zmienić, muszą przesunąć front w kierunku północnym. 

Co może być trudne, zważywszy na ukraiński system umocnień

Moskale szykują tu jednak duże siły, więc nie sposób czegokolwiek przewidywać.

Pod Hulajpolem Moskale zgodnie z przewidywaniami utknęli na rzece Hajczul.


Największe sukcesy terytorialne SZU odnoszą koło Zaporoża, gdzie skutecznie likwidują skutki najbardziej durnego ataku Rosjan w rejonie Przymorska i Stepnogórska. 

Mapka od Ukraine Control Map

Trochę bardziej czytelna mapa od Unit Observer

Kiedy mówimy o ukraińskich umocnieniach, mowa o czymś takim. To rosyjski film z odcinka zaporoskiego

To gdzie te sto szesnaście kilometrów kwadratowych odzyskanego terenu? 
 
W zasadzie wszędzie. 

Sto szesnaście kilometrów kwadratowych to nie jest duży obszar. Sumując niewielkie zyski, jakie na przestrzeni całego kwietnia Ukraina osiągnęła na różnych kierunkach, uzyskujemy taki spłachetek (uzyskała więcej, te sto szesnaście kilometrów kwadratowych to zysk netto, czyli po odjęciu tego, co zyskała Rosja


Wyniki ukraińskie wzbudziły uznanie ze strony Amerykanów...


A Moskale znów zaczęli bełkotać, że na Ukrainie walczą z NATO, nie z Ukraińcami


O wizycie prezydenta Trumpa w Chinach, rosyjskiej prowokacji w Norwegii oraz ukraińskiej dramie z wróżką na szczytach władzy następnym razem. 

Na dobranoc zdobywcy nagrody Darwina w kategorii militarnej. Wszyscy z Jebanarium.

Bo jak cię strzelę!

Pa tera, jak się strzela z granatnika (ten gieroj to oficer, więc pewnie też świeżo po szkoleniu, bez obeznania z realiami frontowymi)

Kijek jako podręczne narzędzie saperskie




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - Kim jest Pierwsza Bojowniczka Wenezueli? - dni trzysta szesnasty, trzysta siedemnasty i trzysta osiemnasty czwartego roku (1411, 1412 i 1413)

Dziennik wojny - dni od sto siedemdziesiątego piątego do sto dziewięćdziesiątego szóstego czwartego roku (1271-1292)