Dziennik wojny - Negocjacyjna klęska Xi i wróżka ustawiająca nominacje na Ukrainie - dni od osiemdziesiątego pierwszego do dziewięćdziesiątego czwartego piątego roku (1542-1555)

 

Zaczniemy od wizyty prezydenta Trumpa w Chinach. 

Temat jest dość zabawny, bo jak na dłoni widać tu nie tylko grę retoryką, ale też swoistą głupotę zachodnich komentatorów. 

W czym rzecz? 
Ano właśnie w retoryce. 
Spotkanie obu prezydentów Trumpa i Xi miało miejsce 14 maja. Spotkali się, pogadali, bo czym wydane zostały oficjalne oświadczenia. 

- świat się zmienia,
- możemy na tej zmianie wspólnie skorzystać,
- a jak nie, to będzie wojna (przywołanie pułapki Tukidydesa),
- dajcie nam zająć Tajwan, bo będzie wojna. 

Biały Dom był bardziej wstrzemięźliwy 

Można to przełożyć na ludzki: "Fajne spotkanie. Pogadaliśmy, wypiliśmy herbatę. Wpadniemy jeszcze kiedyś"

Po trzech dniach USA sprecyzowały, co ustalono:
1. Będą budowane i pogłębiane relacje, Cesarz Kubuś Kung-fu Panda Puchatek jesienią odwiedzi Waszyngton. 
2. Iran nie może mieć broni atomowej podobnie, jak Korea Północna.
3. Cieśnina Ormuz ma być uwolniona dla żeglugi. Nie wolno jej militaryzować, ani pobierać opłat (i faktycznie, docierają informacje, że doszło w tej kwestii do porozumienia i przywrócony zostanie stan sprzed wojny).

Czyli w obszarze politycznym USA uzyskały, co chciały. Chiny nie uzyskały niczego. Co gorsza dla Pekinu, w trakcie wizyty Prezydent Trump na temat Tajwanu wypowiadał się zdawkowo, ale zapytany wprost po powrocie przez dziennikarzy powiedział:
- Muszę o tym porozmawiać z osobą, która rządzi na Tajwanie. Rozmawiam ze wszystkimi 
I tu jest pewien myk, bo jeśli prezydent Trump zadzwoni do Tajpei, to będzie pierwszym od 1979 roku szefem USA, który nawiąże relację z prezydentem Tajwanu!
Tym samym praca dyplomacji chińskiej wkładana od 1972 roku w międzynarodową izolację Tajwanu i uznanie wyspy za część Chin, legnie w gruzach. 

W aspekcie politycznym zatem - mimo antytrumpowskiej histerii, jakoby miał on dać się kupić Xi, wrócić na tarczy i zdradzić Tajwan - to Pekin z tego spotkania wychodzi poobijany. W zasadzie komunikat (niesprzeczny z tym, co piszą Chińczycy, ukrywający rzeczywistość za zasłoną słowotoku) informuje, że Waszyngton uzyskał dokładnie wszystko, czego po spotkaniu oczekiwał. 

Potwierdza to część gospodarcza, która de facto oznacza otworzenie się Chin na towary amerykańskie i zakończenie wojny gospodarczej. Co więcej, Chiny zgodziły się na powołanie Rady Handlu i Rady Inwestycyjnej, które będą "zarządzać" gospodarczymi relacjami chińsko-amerykańskimi. 

A biała flaga łopoce nad Zakazanym Miastem. 

Oczywiście, działanie to może służyć uśpieniu Waszyngtonu przed faktycznym uderzeniem, ale raczej nie przypuszczam. Pekin doskonale wie, o czym pisałem, że inwestując w posowiecką i rosyjską broń zabrnął w ślepą uliczkę. Wojna na Ukrainie pokazała, że sprzęt ten ma niską wartość. Interwencja USA w Wenezueli oraz wojna z Iranem znegliżowała też projekty czysto chińskie. 
W Pekinie wiedzą, że atak na Tajwan to zmasakrowanie chińskiego lotnictwa i marynarki, które nie mają odpowiednich systemów obrony. 

Tylko od grudnia USA dostarczyły Tajwanowi osiemdziesiąt dwa systemy HIMARS z pociskami ATACMS i GLRMS. Te pierwsze bez problemu są w stanie uderzyć nawet na sto pięćdziesiąt kilometrów w głąb kontynentu. Ale Taipei chce ustawić HIMARSy na wyspach położonych przy wybrzeżu Chin (Dongyin ma do lądu jakieś dziesięć-dwadzieścia kilometrów), co pozwala zasypać chińskie porty, magazyny i rejony ześrodkowania nawet pociskami GLRMS. 

Oprócz tego Tajwan dostał sześćdziesiąt samobieżnych haubic z systemami dowodzenia, drony (amunicja krążąca) Altius, drony MQ-9B Sea Guardian (odmiana Reapera, czyli bezzałogowego samolotu uzbrojony w rakiety lub bomby i zdolny do wykrywania i niszczenia okrętów podwodnych), czołgi Abrams (dotarła już większość ze stu ośmiu zamówionych) i wiele innej broni i amunicji. Wkrótce dotrą też nowe F-16 Block 70, które dołączą do już posiadanych przez tajwańskie lotnictwo F-16 Viper (Viper to wcześniejsze wersje F-16 zmodernizowane do poziomu Block 70/72). Tajwan ma ich łącznie między sto a sto pięćdziesiąt maszyn. 

Do tego należy doliczyć jednoznaczne stanowisko Japonii w kwestii Tajwanu i zmianę japońskiej doktryny militarnej na ofensywną. 

Krótko mówiąc, okno możliwości, kiedy atak na Tajwan był otwartą opcją, właśnie się z hukiem zamyka. I Pekin zdaje sobie z tego sprawę. 

Oczywiście, możliwe jest działanie na rympał, że "teraz, albo nigdy", ale Xi dotąd nie wykazywał się skłonnością do nadmiernego ryzyka. To nie Putin. 

Wkrótce (dokładnie pięć dni) po wizycie prezydenta Trumpa w Pekinie przed oblicze Kung-fu Cesarza stawił się jeden z Putinów. 
Przyjmowany jak udzielny władca (ten sam protokół, co w przypadku prezydenta Trumpa) musiał jednak przełykać co chwila paskudztwa, jakie serwował mu Xi. 
Znowu pomijając retorykę, a skupiając się na konkretach.

RoSSja po raz kolejny nie przepchnęła finalizacji rurociągu Siła Syberii 2 - to w ogóle jest tragikomiczna historia, bo rurociąg Siła Syberii 1 został przez Rosję wybudowany po 2014 roku i wtedy Chiny wykorzystały przymusową sytuację Rosji (sankcje i izolacja po aneksji Krymu), wymuszając na niej budowę nitki do granicy państwowej bez gwarancji, że cokolwiek powstanie ze strony chińskiej i że Pekin cokolwiek kupi. Moskwa, żeby w ogóle móc cokolwiek sprzedać Chinom musiała najpierw wyłożyć gigantyczne pieniądze. Kiedy wreszcie po 2019 nafta i gaz popłynęły tym rurociągiem, Chiny narzuciły cenę na poziomie ledwo dającym zwrot z inwestycji. W dodatku mimo zastosowania zasady "bierz lub płać" (tę samą wobec Europy stosował Gazprom) Chiny zapewniły sobie szeroki margines tolerancji tak, że okresowo mogą nie korzystać z Siły Syberii i nie ponoszą z tego tytułu konsekwencji. 
Od 2020 trwają rozmowy o drugiej nitce rurociągu Siła Syberii 2. I znowu na Kremlu spartolili sprawę, doprowadzając do powtórki sytuacji z 2014 roku, tylko bardziej. Na ten moment poza ogólnymi parametrami technicznymi nic nie jest ustalone. Szczególnie cena surowców. 

Ponadto Chiny zapewniły sobie:
- większą integrację gospodarki rosyjskiej z chińską, co wobec słabości gospodarczej Rosji oznacza de facto przekształcenie się w surowcową kolonię Chin i rynek zbytu,
- możliwość drenażu rosyjskich mózgów pod hasłem współpracy naukowo-technicznej i wymiany uniwersyteckiej, 
- otwarcie Rosji na chińską propagandę i soft-power pod pozorem wymiany kulturalnej. 

Mimo pozorów wysokiego poziomu szacunku, co raczej było formą upokorzenia Stanów Zjednoczonych, Chiny po prostu wytarły Rosją podłogę. 

Na koniec wątku chińskiego dwa słowa o pułapce Tukidydesa i jak Chiny (które nią grają) mogą się na niej wygrzmocić.

Pojęcie to stworzył grecki historyk, który nazywał się (co za zaskoczenie) Tukidydes. Opisywał on dzieje zmagań między Atenami a Spartą nazywane wojnami Peloponeskimi. 
Tukidydes postawił tezę, że:
- Jeśli w regionie rośnie nowa siła, to dotychczasowy hegemon będzie starał się ją hamować, co spowoduje reakcję agresywną wschodzącej potęgi, co zwiększy presję dotychczasowego hegemona i tak dalej, aż do otwartego konfliktu, którego pierwotnie żadna ze stron wcale nie chciała.
Coś, jak relacje polsko-niemieckie. Im bardziej Polska się wzmacnia, tym bardziej Niemcy czują się zagrożeni i próbują rozwój Polski hamować, co irytuje Polaków, co drażni Niemców itd. Aż do otwartego konfliktu (atak Niemiec na Polskę w 1939 roku też był skutkiem tego mechanizmu). 

Chiny odwołując się do pułapki Tukidydesa mówią, że nie chcą wojny, ale są na nią gotowe, by zająć należne im miejsce w geostrategicznej układance. Porównują się przy tym do Aten, a USA miałyby pełnić rolę Sparty.
Szkopuł w tym, że Ateny wojny peloponeskie przerżnęły z kretesem i ostatecznie stały się łupem Macedonii, podczas, gdy Sparta mimo strat utrzymała niezależność aż do 192 roku pne. 
Czemu?
Ponieważ szybko rosnąca potęga Aten i ich agresywna polityka (zbrojne wymuszanie przystąpienia do Związku Morskiego) na tyle przestraszyła mniejszych graczy, że chętnie mimo różnic przyłączyli się do Sparty. Ta nie miała silnej floty, więc nie stanowiła takiego zagrożenia dla wyspiarzy, a państwa lądowe też wolały mieć silną spartańską armię po swojej stronie. 
Ta analogia działa także i dziś prowadząc do tego, że mimo wzajemnych urazów i niechęci USA, Japonia i Korea Południowa wspólnie działają przeciw agresywnej polityce Pekinu. Dla Chin wszczęcie awantury w Azji może być więc początkiem równi pochyłej, po której zjeżdża Rosja. 

Oczywiście, pamiętamy, co pisałem o zachowywaniu twarzy na Wschodzie. Teraz Chiny zrobią teatr pod tytułem:
Możemy zaatakować Tajwan, kiedy chcemy, ale na razie nie chcemy.
Przeskakujemy z Chin na Ukrainę, gdzie mają niezły cyrk, a nawet dwa. 

Pierwszy to zaskakująca wolta byłej rzeczniczki prezydenta Zełeńskiego Julii Mendel, która nagle zaczęła gadać moskiewską narracją. 
Po kolei. 
Julia Mendel była przez ponad dwa lata rzeczniczką Kancelarii Prezydenta Ukrainy. Została wyłoniona w konkursie spośród czterech tysięcy kandydatów. Odeszła sama na własną prośbę motywując to przemęczeniem i złym stanem zdrowia (prezydent Zełeński pracował wtedy po kilkanaście godzin na dobę). Pisała już wtedy książkę "Kожен із нас — Президент" ("Każdy z nas jest prezydentem"), którą wydała krótko po odejściu z urzędu. A w zasadzie dwa dni potem. 
Po rezygnacji Julia Mendel nadal współpracowała z Biurem Prezydenta Ukrainy jako społeczny doradca w kontaktach z mediami. 
Już po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji wydała drugą książkę, tym razem po angielsku, zatytułowaną "The Fight of Our Lives: My Time with Zelenskyy, Ukraine's Battle for Democracy, and What It Means for the World".
W obu publikacjach o prezydencie Zełeńskim wypowiadała się w superlatywach.
Zełeński był powiewem świeżości, który dał ludziom nadzieję, jakiej od dawna nie było.

Zełeński z natury był merytokratą i nieustępliwie starał się udowodnić swoją wartość.
pisała w "The Fight of Our Lives".
Wołodymyr Zełeński przyjechał z wyraźnym zamiarem dania szansy wszystkim tym „talentom z ludu”, którzy według plotek mają znajdować się gdzieś w pobliżu 
- oceniała w "Każdy z nas..."

I nagle 11 maja pojawia się wywiad Tuckera Carlsona z Julią Mendel, w którym jedzie ona po prezydencie Zełeńskim, jak po burej suce. 
Zacznijmy od tego, że on w ogóle nie jest osobą, którą widzicie na ekranie. W rzeczywistości jest zupełnie inny. Ciągle zmienia maski. Absolutnie nie panuje nad swoimi emocjami. Często wpada w histerię… Nie ma tej empatii, którą pokazuje na ekranie. Jest bardzo dobrym aktorem… Na ekranie gra rolę pluszowego misia, ale gdy kamera się wyłącza, zamienia się w grizzly i niszczy ludzi.
No cóż, jest dyktatorem. Granice są zamknięte od czterech lat. To nielegalne. Naruszenia praw człowieka są ogromne, prześladowania ludzi. 
To otwarta tajemnica… Chodzi o to, że sama nigdy nie widziałam, jak bierze narkotyki. Ale ludzie, którzy znają go od 20–25 lat, mówią, że używa kokainy… Znikał na 15 minut do łazienki i wracał jako zupełnie inna, pełna energii osoba. 

Nie jestem tu po to, żeby usprawiedliwiać rosyjską inwazję… Ale ten konflikt nie jest już czarno-biały. Jest ciemny i jeszcze ciemniejszy… Zełenski jest złem. Po prostu ukrytym… Dziś jest jedną z największych przeszkód na drodze do pokoju.

Jedyny sposób, żeby dziś wesprzeć Ukrainę, to zmusić ją do zawarcia porozumienia pokojowego. 

[Zełeński] Miał prywatną rozmowę z Putinem [w grudniu 2019 w Paryżu]. Obiecał mu, że Ukraina nigdy nie wejdzie do NATO. 

Jeśli wojna toczy się o wejście do NATO — Ukraina nie ma na to szans. Jeśli o zwrot terytoriów — tracimy je od trzech lat. Jeśli o demokrację — w kraju nie ma jej w tej chwili. 

 Uważam, że to on [Zełeński] stoi za wieloma schematami prania pieniędzy… Zatwierdza schematy prania pieniędzy.

Tu fragment, w którym Julia Mendel opowiada, jak jej ekipa z biura prasowego została przez prezydenta Zełeńskiego zrypana za słabą pracę i jak dostali polecenie pracować według zasad Józefa Goebelsa (ministra propagandy III Rzeszy - wyjaśnienie dla gimbów, co nie znają)

Julia Mendel powiedziała też, że Andrzej Jermak jest "mrocznym człowiekiem" i że zajmuje się on czarną magią. Wrócimy do tego (cytując Cezarego Pazurę z "Volta").

Słowem, grubo. Bardzo grubo. I dzieje się to w momencie, kiedy Ukraina zaczyna wygrywać wojnę powietrzną (strąca w okolicach dziewięćdziesięciu procent rosyjskich dronów i jednocześnie bezkarnie bombarduje terytorium Rosji) i na razie nieznacznie, ale jednak zaczyna odzyskiwać swoje terytorium.

Wolta Julii Mendel (na Ukrainie od razu uznanej za zdrajczynię) to jedno. Przyczyn może być wiele na czele z tą, że być może od początku pracowała dla Rosji, a książki miały ją uwiarygadniać (pierwsza uwiarygadniała także prezydenta Zełeńskiego). Ciekawe, że odeszła z powodu "przeciążenia pracą", kiedy w Moskwie już pracowali nad planami inwazji.
Ale równie dobrze mogła być osobą związaną z Andrzejem Jermakiem, który właśnie jest spadającą gwiazdą ukraińskiej polityki i być może w ten sposób zemścił się na dotychczasowym szefie.

Ale najpierw się od niego odcięła

Ale zanim została rzeczniczką prezydenta Zełeńskiego na Halloween 2016 roku przebrała się za Russia Today...

Ciekawsza jest jednak rola Tuckera Carlsona.
O tym, że nie jest to jakiś tam dziennikarz, ale pełni on rolę nieformalnego kanału komunikacyjnego środowisk prawicowych w USA, już pisałem. Ciekawe jest to, że na początku bieżącego roku, po ataku USA i Izraela na Iran Carlson otwarcie zerwał z prezydentem Trumpem, którego dotąd popierał.
Czy zatem ten wywiad to sygnał do Moskwy, że część środowisk ruchu MAGA wciąż liczy na poprawę relacji z Rosją?
A może zerwanie z prezydentem Trumpem to teatr, pozwalający zachować status niezależnego dziennikarza, a wywiad jest skierowaną do Moskwy propozycją:
Przyjmijcie naszą ofertę, porzućcie Chiny, to załatwimy, żeby Ukraina zaakceptowała pokój
 W stosunku do Moskwy bowiem Waszyngton i Kijów grają w dobrego i złego gliniarza.
Waszyngton ogranicza sankcje, Ukraina niszczy logistyczne możliwości eksportu rosyjskich surowców.
Ukraina przeprowadza kolejne uderzenia w rosyjską gospodarkę i logistykę, USA dają sygnał:
Możemy to powstrzymać...
Jednocześnie jest to sygnał dla prezydenta Zełeńskiego:
- Nie wychylaj się, bo możemy cię spacyfikować.
Ukraina ustami generała Budanowa wali tekstem, że to Rosja powinna być terytorium zależnym Ukrainy...
Co?
No dokładnie to.
21 maja podczas Kyiv StratCom Forum były szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, a obecnie szef Biura Prezydenta Ukrainy powiedział dokładnie:

Ruś — to Ukraina. Ruś — to znacznie więcej. Ukraina jest ojczyzną tego wszystkiego, nawet tego, z czym teraz walczymy. Dobrowolnie oddaliśmy im większą część swojej historii, a oni ją sobie przywłaszczyli. To my jesteśmy Rusią. I my powinniśmy nad nimi wszystkimi panować.


 To nie pierwszy taki komunikat, wcześniej podobną retoryką posługiwał się Aleksy Arestowicz. I to nie jest przypadek. Do odejścia Arestowicza z otoczenia prezydenta Zełeńskiego obaj panowie byli w dobrych relacjach, żeby nie powiedzieć, że w komitywie. Reprezentowali podobną twardą linię względem Rosji.

Potem relacje ochłodły, a panowie zaczęli się krytykować. Jednakowoż generalnie ich stanowiska nadal są dość zbieżne.
Aha, generał Budanow potwierdził swego czasu, że Aleksy Arestowicz pracował dla GUR. Pisałem już, że nie ma byłych pracowników wywiadu?

Oczywiście, w Rosji od razu histeria o zagrożeniu ukraińskim nacjonalizmem i imperializmem.

Moskiewski minister nawijania makaronu na uszy Siergiej Ławrow ostrzegł przed ukraińskim nacjonalizmem i imperializmem oraz powiedział, że tworzona jest paneuropejska grupa do szturmu na Rosję...

Zabawne, jak w ciągu czterech z górką lat moskiewska narracja przeszła od
- Ukraina to państwo fikcyjne
 do

- Boże moj, spasi! Ukraiński imperializm!

Dobra, o co tu może chodzić? Bo Arestowicz to chlapał czasem bez sensu, ale Budanow jeśli mówi, szczególnie publicznie, to w jakimś celu.
Zatem obstawiam, że pójdzie teraz z Waszyngtonu pod adresem Moskwy kolejna oferta, ale poparta sugestią, że Stany potrzebujące partnera w Europie Wschodniej, mogą ostatecznie postawić na Kijów.
Taki rozwój sytuacji byłby ostatecznym krachem strategii kamaryli Putina, który osiągnąłby dokładnie wszystko to, przed czym pragnął Rosję uchronić.

To teraz druga ukraińska drama, znacznie poważniejsza. A jednocześnie bardziej komiczna.
Były szef Biura Prezydenta Ukrainy Andrzej Jermak trafił za kratki (na razie areszt) pod zarzutem przeprania prawie pół miliarda hrywien (ponad dziesięć milionów dolarów) w ramach budowy osiedla pod Kijowem (ładnie to koresponduje z wywiadem Julii Mendel). W trakcie posiedzenia kijowskiego sądu antykorupcyjnego prokurator Walentyna Hrebeniuk ujawniła, że przez lata Jermak korzystał z usług...
Wróżki!

Fragment wystąpienia Walentyny Hrebeniuk w sprawie Andrzeja Jermaka

Weronika Feng Shui, czyli naprawdę Weronika Anikijewicz-Danylenko świadczyła usługi na sms. Jermak wysyłał jej datę urodzenia kandydata do nominacji, czasem imię i stanowisko, o które chodzi, a pani Weronika pisała, czy Mars jest w dobrej koniunkcji i czy Jowisz nie przeszkadza.



Niezłe, nie?
Najważniejsze stanowiska w państwie były obsadzane na podstawie astrologicznych bełkotów.

Gdyby to było wszystko, to nie byłoby poważnego problemu. Jest jednak znacznie gorzej.
Weronija Anikijewicz jest bowiem...
No zgadaliście. Etniczną Rosjanką!

Jej ojciec mieszka w Heniczesku w Obwodzie Chersońskim (w części okupowanej). Przed inwazją działał w prorosyjskiej partii Opozycyjny Blok - wywodzącej się z Partii Regionów, która popierała prorosyjskiego prezydenta Januowycza. Z Opozycyjnego Bloku z kolei wywodziła się Platforma Opozycyjna - Za Życiem, będąca główną piątą kolumną Moskali na Ukrainie.
Fiodor Anikijewicz publikuje zdjęcia z rosyjskimi flagami, wstążkami gieorgijewskimi itp.
I oczywiście, może być ukraińską wersją Konrada Wallenroda.
Ale...
Bądźmy poważni.

Sama Weronika przynajmniej raz po aneksji Krymu odwiedziła półwysep. Posłużyła się przy tym paszportem, który wydany został przez władze dzielnicy Kijowa, która... Nie istnieje!
I mimo to Rosjanie jej nie przymknęli!

Czy jest rosyjską agentką?
Na to nie ma w tym momencie twardych dowodów, ale deputowani z Tymczasowej Komisji Śledczej Rady Najwyższej zwrócili się do SBU o sprawdzenie tego wątku.

Czyli reasumując - przez dwa lata przed inwazją rzecznikiem prasowym Prezydenta Ukrainy, a więc osobą wtajemniczoną w konteksty najbardziej wrażliwych tematów dla ukraińskiego państwa, była osoba spoza środowiska politycznego. Zupełnie nie sprawdzona i nie zweryfikowana. Oczywiście potem poddana kontroli, ale dobrze przygotowany do pracy agent, czy oficer operacyjny spokojnie takie sprawdzenia przejdzie. Wszystkie służby robią je tak samo, więc żaden problem zbudować odpowiednią legendę...
A potem przez lata drugi człowiek w państwie przekazuje osobie z zewnątrz informacje dotyczące planowanych nominacji. Co prawda "tylko" daty urodzenia, ale naprawdę dla żadnego wywiadu nie jest sztuką ustalenie osoby należącej do bardzo ścisłego kręgu, mając jedynie jej datę urodzenia.
Bo jaki ilu generałów mogło się urodzić 8 lipca 1973 roku?
Tak, to data urodzenia Walerego Załużnego. Jak Andrzej Jermak wysyłał sms "Głównodowodzący, 8-07-1973", to przy pomocy wikipedii Weronika Feng Shui ustalała, o kogo chodzi.

W ten sposób obce służby mogły (nie musiały, ale by tego nie zrobiły, to byłyby zbieraniną kretynów) miały nie tylko wgląd w politykę kadrową Ukrainy, ale wręcz były w stanie na nią wpływać. Wystarczyło, że wróżka podała odpowiednio spreparowany horoskop.

Wygląda zatem na to, że wkraczając na pewniaka na Ukrainę Moskale mieli konkretne podstawy do takiego zachowania. Prawdopodobnie rosyjska agentura sięgała samych szczytów kijowskiej władzy. To, że inwazja się nie powiodła było skutkiem z jednej strony skutecznej gry GUR, który przejął część rosyjskiej agentury i piątej kolumny, co wykorzystał potem do rozbicia szturmu Kijowa. Po drugie podwójnemu agentowi po rosyjskiej stronie, który uprzedził GUR o ataku z terytorium Białorusi, dzięki czemu generał Załużny zdążył przerzucić siły z południa (osłabiając kierunek krymski). Wreszcie zlekceważeniu przez Moskali samego Załużnego, który dostał nominację na głównodowodzącego z pominięciem kolejki awansów (do nominacji jako szef Dowództwa Operacyjnego "Północ" podlegał Dowódcy Wojsk Lądowych SZU... Aleksandrowi Syrskiemu!). W Moskwie prawdopodobnie wzięli to za przejaw konfliktu na linii administracja cywilna - wojsko (licząc na chaos), a dodatkowo mogli liczyć na niesnaski na tle ambicjonalnym między generałami (do nich faktycznie doszło, ale później, kiedy bezpośrednie zagrożenie minęło).
Aha...
Generał Załużny sam przyznaje, że pomysł jego nominacji podsunął prezydentowi Zełeńskiemu Aleksy Arestowicz. Wtedy bliski współpracownik i kumpel generała Budanowa, niegdysiejszy (khem! khem!) współpracownik GUR.

Czy chcę powiedzieć, że prawdziwym Mistrzem Gry na Ukrainie jest Cyryl Budanow?
Pomidor.

A, i za Jermaka anonimowy darczyńca z Krzywego Rogu wpłacił kaucję w wysokości stu czterdziestu milionów hrywien (prawie trzy miliony euro). Jednocześnie Biuro Prezydenta Ukrainy ogłosiło, że z powodu inflacji pomoc z UE dla Ukrainy zmniejszyła się o...
Tak, sto czterdzieści milionów hrywien.
A Krzywy Róg to rodzinne miasto prezydenta Zełeńskiego.


Ukraina ma jeszcze dwa skandale, które mogą zaszkodzić jej w wymiarze międzynarodowym.

Pierwsza to zbombardowanie 22 maja za pomocą szesnastu dronów szkoły zawodowej i uczelni pedagogicznej w Starobielsku na terenie okupowanym Obwodu Ługańskiego.


Zarówno budynek szkoły zawodowej, jak i uczelni (wraz z akademikiem) zostały zniszczone.


Ruiny szkoły zawodowej

Uczelnia pedagogiczna wraz z akademikiem

Według pierwszych komunikatów Rosjan zginąć miało osiemdziesiąt sześć dziewcząt i kobiet w wieku od piętnastu do dwudziestu jeden lat.
Ostatecznie okazało się, że zabitych zostało dwadzieścia jeden osób, głównie kobiet, z których najmłodsza dopiero skończyła osiemnaście lat, a najstarsza dwadzieścia trzy lata. Piętnastolatka ma być wśród rannych.
Rosjanie oskarżyli Ukrainę o zbrodnię wojenną (co w ich ustach brzmi nieco zabawnie).

Ukraińcy z kolei oficjalnie oświadczyli, że celem był kurs operatorów dronów rosyjskiego batalionu specjalnego "Rubikon". Tak się składa, że znaczną część "Rubikonu" stanowią kobiety.

Rosyjska ulotka namawiająca kobiety do kariery operatora drona. Tu wywieszona w Krasnodarze

Tu film z akcji werbunkowej na czymś w rodzaju dni kariery dla młodzieży kończącej szkoły średnie w Rosji

Część komentatorów zwraca też uwagę, że stopień zniszczenia szkoły zawodowej nie odpowiada sile rażenia dronów, a na terenie znaleziono lej po bombie szybującej KAB, które stosują Rosjanie.
Tyle, że nie ma żadnego zdjęcia tego leja. W dodatku maksymalna masa ładunku wybuchowego w bombach KAB to czterysta pięćdziesiąt kilogramów, a przeciętnie sto do studziewięćdziesięciu pięciu, co spokojnie da się zrównoważyć jednym-dwoma ukraińskimi dronami typu FP-2.

Tyle, że o leju i czymś cięższym, niż drony mówią sami Rosjanie...

O prowokacji Moskwy mówi także Aleksander Niewzorow, rosyjski bloger i opozycyjny dziennikarz

I tu pojawiają się niuanse.
Uczelnia pedagogiczna przez cały czas publikuje materiały ze swojej działalności i na zamieszczanych tam materiałach nie ma śladu jakiejkolwiek działalności wojskowej.

Skrin posta z 21 maja, czyli na dzień przed atakiem

Podobnie zagraniczni dziennikarze nie znaleźli na miejscu żadnych śladów, by w budynku kwaterowało i działało wojsko.




W dodatku uczelnia na swoim profilu opublikowała imienną listę ofiar.
Nie ulega zatem wątpliwości, że tam zginęły ofiary cywilne i studentki pedagogiki, a nie żołnierki.

Zupełnie osobna sprawa to szkoła zawodowa. Tam ostatni post na profilu VK ma datę 13 marca, a poprzedni... 16 września. I dotyczył naboru. Potem cisza. Post marcowy dotyczy tkania siatek maskujących, czyli jednak produkcji wojskowej. Na stronie internetowej placówki są z kolei materiały do nauki zdalnej: pokoje zoom i kody dostępu. Zatem w budynku nie prowadzi się działalności dydaktycznej.

W dodatku "Rubicon" faktycznie działa w tej okolicy.

Oba zniszczone budynki, szkoła zawodowa została całkowicie zrównana z ziemią, znajdują się pod tym samym adresem, na bardzo małej działce o powierzchni sześciuset metrów kwadratowych. Czyli płot wokół niej miałby całkowitą długość niecałych stu dwóch metrów.
Można powiedzieć, że to wielkość przypinki lub znaczka pocztowego.

Rosjanie dotąd wielokrotnie umieszczali swoje obiekty wojskowe koło obiektów cywilnych, szczególnie szkół.
Ale dla porządku, Ukraińcy robią podobnie. Tajne biura sztabu generała Załużnego znajdowały się pod tym samym adresem, co klub nocny i dom publiczny (co spowodowało, że SBU wjechało mu do biura w przekonaniu, że łapią mafioza).

W dodatku panuje dziwna cisza co do ewentualnych ofiar ze szkoły zawodowej. Mowa tylko o studentach pedagogiki.

Najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że w szkole zawodowej, która ewidentnie przestała działać we wrześniu zeszłego roku, faktycznie odbywało się szkolenie wojskowe. Wywiad, który uzyskał informację, podał lokalizację miejsca. Tyle, że obejmuje ona dwie działające odrębnie instytucje, z których jedna prawdopodobnie była wykorzystywana przez wojsko, a druga działała, dając pierwszej przykrywkę.
Rosjanie potraktowali studentki i studentów jak żywe tarcze.

Reszta to już fizyka.
I jak zawsze dzieciaki zapłaciły za decyzje dorosłych.

Jakkolwiek było, to dla Ukrainy cała sytuacja jest mocno niezręczna i bardzo psuje jej wizerunek. A tradycyjne i typowe wypieranie się i przerzucanie winy na drugą stronę, tylko psuje wrażenie.
Przypomina się sprawa szkoły w Iranie (o której pisałem), gdzie ostatecznie Amerykanie wzięli winę na siebie i przyznali, że dostali błędne dane od wywiadu.
Ukraińcy powinni zrobić to samo:
przeprosić,
wyrazić ubolewanie,
wypłacić odszkodowania,
przyznać, że zawalił wywiad, który podał złe dane.

Inaczej ta sprawa będzie się za Kijowem ciągnąć, jak smród za gaciami. Do tej pory siłą Ukrainy była względna czystość metod, a tu pojawia się plama.

I niczego nie zmienia to, że Moskale regularnie walą po ukraińskich obiektach cywilnych, nawet nie próbując tego sensownie uzasadniać (tu kijowska dzielnica Łukjanowka w poniedziałek).

A to Kramatorsk

Druga sprawa to świeżynka.
Samodzielne Centrum Operacji Specjalnych "Północ" dostało oficjalnie imię Bohaterów UPA.

Na dokładkę dziś pochowano z państwowymi honorami Andrzeja Melnyka, opozycyjnego względem Stepana Bandery przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.
Melnykowcy nie zgadzali się z radykalizmem banderowców i otwarcie potępili mordowanie Polaków na Wołyniu (czyli Zbrodnię Wołyńską), widząc w niej działanie antyukraińskie i prosowieckie, popychające Polaków do współpracy z sowietami.
Z drugiej jednak strony melnykowcy od początku do końca byli sojusznikami III Rzeszy, a sam Melnyk był agentem niemieckiego wywiadu wojskowego Abwehry.
Podczas uroczystości prezydent Zełeński powiedział, że Melnyk wraca do Ukrainy takiej, jaką sobie wymarzył.
Zabrzmiało to trochę sarkastycznie, bo na Ukrainie marzeń Melnyka Włodzimierz Zełeński nie miałby szans zostać prezydentem, o ile w ogóle pozwolono by mu mieszkać.

Ale żarty na bok.
Wiadomo, że to dostarczanie argumentów Rosji, ale dodatkowo także drażnienie obecnych sojuszników Ukrainy. Drażnienie głupie, wynikające chyba z przekonania, że wejście do Unii Europejskiej nie jest możliwe w najbliższym czasie (Węgry przedstawiły listę warunków wstępnych, które dla Ukrainy są trudne do zaakceptowania), więc nie ma się co silić na europejskość i trzeba się skupić na budowie swojej tożsamości. Koresponduje to z retoryką imperialną generała Budanowa. Ukraina pozbawiona opcji europejskiej, a już zwrócona przeciw Rosji ma tylko jedno wyjście - walkę z Rosją o schedę po historycznej Rusi.
Inna rzecz, że uderzanie w nacjonalistyczne tony to zachowanie charakterystyczne dla rządów mających słabe oparcie w społeczeństwie i szukających wspólnej tożsamości z coraz bardziej zirytowanymi poddanymi.

Szczątki Bandery też chcą sprowadzić i uroczyście pochować...

Trochę o froncie.
Nie będę dziś analizował odcinka po odcinku. Tu generalnie jest stagnacja, choć ze wskazaniem na Ukrainę. Intensywność rosyjskich ataków spada, zaś siły ukraińskie coraz częściej skutecznie atakują i zaczynają odzyskiwać terytorium. Daleko do ewentualnego przełamania na rzecz Ukrainy, ale o wiosenno-letniej ofensywie Rosja może już zapomnieć. Zakończyła się, nim się zaczęła.
Kluczem do jej klęski i do coraz wyraźniejszej zmiany dynamiki frontu była wspomniana w poprzednim wpisie ukraińska ofensywa dronowa w bezpośrednim i średniodystansowym zapleczu frontu.

Działania droniarzy z 1 Korpusu "Azow" koło (hehe) Mariupola

Ukraińskie uderzenia dronowe według Rybara

Uderzenia częściowo idą w systemy walki elektronicznej, systemy radarowe i systemy obrony przeciwlotniczej, czyli mają na celu oślepienie i sparaliżowanie rosyjskiej obrony

Reszta masakruje rosyjską logistykę. Moskale już mówią o stu pięćdziesięciu zniszczonych ciężarówkach, z czego tylko w maju setka. Tylko na drogach M14 (Odesa-Mariupol) i H20 (Słowiańsk-Mariupol) w ciągu trzech tygodni przybyło ponad sześćdziesiąt wraków


Krym jest de facto odcięty od świata. W Sewastopolu benzyna jest wydzielana po dwadzieścia litrów na samochód.

Trzy zniszczone cysterny odcięły Krym od jakichkowiek dostaw. Czasowo, ale za chwilę inny wrak zablokuje drogę

Ale najważniejsze, że coraz gorzej jest z uzupełnieniami dla walczących rosyjskich oddziałów. Nie ma jak uzupełniać amunicji i dostarczać żywności, nie ma jak rotować oddziałów, nie ma jak dosłać posiłków. I to nie w kotle, jak siły ukraińskie w Donbasie, ale wzdłuż całej granicy.

To rejon Debalcewe

Tu w pobliżu Debalcewe

A to Obwód Rostwowski w Rosji - i znowu to, o czym pisałem poprzednio. Dowodzący kolumną i pojazdami kompletnie nie rozumieli realiów tej wojny i jechali, jak na poligonowych ćwiczeniach. Fakt, że to terytorium Erefii, ale przecież o tym, że ukraińskie drony szaleją także tu, wie każdy, kto przebywa w tym rejonie więcej, niż tydzień! 
Czyli faktycznie wygląda na to, że siły gromadzone być może do operacji na innym kierunku, zostały skierowane na Ukrainę

Likwidacja bataliony Tik-tok Army koło Kurska

A do tego Ukraińcy testują przenoszenie Hornetów za pomocą balonów. Ich zasięg rośnie wówczas kilkukrotnie!

- W mojej opinii, jeśli obecny trend się utrzyma, sytuacja w nadchodzących miesiącach może być bliska krytycznej pod względem rozmieszczeń, a zwłaszcza logistyki. To będzie bardzo trudny rok
Tu jest główna przyczyna tego, że Moskale nie byli w stanie rozwinąć natarcia, a teraz mają problem z utrzymaniem obrony.

Skala ukraińskiego potencjału dronowego i mądre wykorzystanie go powoduje, że rosyjska logistyka stopniowo przestaje istnieć

Ukraiński dron zaatakował lotnisko w Królewcu

A na jeziorze Oniega trzy drony zatopiły nieduży rosyjski okręt, który właśnie był wodami wewnętrznymi przebazowywany na Morze Czarne (system jezior, wielkich rzek i kanałów w Rosji umożliwia coś takiego).


Dokładnie tu, gdzie znacznik

Mieszkaniec Moskwy nie rozumie, czemu Rosja jest atakowana

Ale rosyjscy wojenni blogerzy opisują sytuację jako dramatyczną

To tworzy korzystną dla Ukraińców sytuację do wyprowadzenia manewru zmechanizowanego i przełamania frontu na kierunki Melitopola i/lub Mariupola, a w perspektywie do całkowitego odcięcia Krymu.
Zobaczymy, co tam w Kijowie wyszykują.

Warto przy tym pamiętać, że to okno, które się otwiera dla Ukrainy, nie będzie wiekuiste. Rosjanie z czasem się ogarną, postawią siatki przeciwdronowe na najważniejszych liniach komunikacyjnych i po zawodach.
Na jakiś czas.

Różnicę w poziomie morale i ogólnym stanie obu stron pokazują dwa filmy, na których bojcy i żołnierze żegnają się przed swoją ostatnią walką.

Moskale grupę kalek wyposażonych w dwa karabiny maszynowe posłali do szturmu

Otoczeni ukraińscy obrońcy oczekują ostatniego ataku na swoje pozycje

Tymczasem minister siania terroru po okolicy, eufemistycznie nazywanym obroną Jebanarium Biełousow odwiedził Grupę "Zachód" i kazał...

Zintensyfikować natarcia i przyspieszyć postępy terenowe. Podał też, że od stycznia Rosja straciła łącznie czterysta dwadzieścia kilometrów kwadratowych terenu

Nie jest to może dużo, ale nie zyskać czterystu kilometrów i stracić czterysta kilometrów, to razem osiemset kilometrów.

Z tymi kilometrami jest zresztą zabawnie. Blogerzy zestawili rosyjskie oficjalne wojskowe mapy z tym, co podaje choćby DeepState.

Wyszło, że Moskale przekazują do sztabu meldunki o zajęciu miejscowości, których nawet nie widzieli

Oczywiście, Moskale nie stoją bezczynnie. Odpowiadają nalotami. W nocy z 23 na 24 maja Moskale przeprowadzili kolejny jeden z największych atak dronowo-rakietowy od początku wojny.
Widać, że faza względnie częstych mniejszych uderzeń po raz kolejny za nami i znów wchodzą ciosy smasowane. Drony przeciążają obronę przeciwlotniczą, a potem uderzają rakiety.

Z jakim wynikiem?
Z sześciuset wystrzelonych dronów zestrzelonych zostało pięćset czterdzieści dziewięć.
Z dziewięćdziesięciu pocisków rakietowych obrońcy zestrzelili pięćdziesiąt pięć (głównie manewrujące Ch-101). Trafione zostały pięćdziesiąt cztery cele, a w dwudziestu trzech lokalizacjach spadły odłamki zniszczonych pocisków.






Zginęły cztery osoby, a sto zostało rannych. Większość ofiar dotyczy Kijowa, choć w Dnipro zniszczony został magazyn z pomocą humantarną, prowadzony przez Organizację Niezmiernie Zbędną.


Odesa w środę


W poniedziałkowym ataku użyte ponownie zostały rakiety balistyczne "Oresznik".


Konkretnie dwie.
Jedna spadła na strategiczne garaże w Białej Cerkwi koło Kijowa.
Druga zakończyła lot koło Awdijówki w Donbasie. Ukraińcy mają nadzieję, że trafiła w rosyjskie obiekty wojskowe.

Trafionych i uszkodzonych zostało sześć zabytkowych budynków i muzeów, w tym Narodowe Muzeum Czernobylskie, w którym bezpowrotnie zagładzie uległo czterdzieści procent zbiorów - między innymi pamiątek po ratownikach walczących ze skutkami katastrofy w 1986 roku.
/

W nocy z 24 na 25 maja ponownie zaatakowało ponad dwieście sześćdziesiąt rosyjskich dronów, z których do celu dotarło dwanaście.

I tu jesteśmy ponownie w kluczowej kwestii tej wojny. Skala uderzeń ukraińskich jest kilkakrotnie mniejsza od skali ataków rosyjskich. Jednocześnie jednak to ukraińskie wywierają większy wpływ na sytuację na froncie.
Poza ewidentnymi babolami, jak w Starobielsku, ukraińskie drony i rakiety trafiają w obiekty, które mają znaczenie dla prowadzenia wojny przez Rosję. Ich skutki dotykają rosyjskiej logistyki, gospodarki, produkcji wojskowej, sił zbrojnych.

Ataki rosyjskie w większości dotykają natomiast ludności cywilnej zupełnie nie mając wpływu na potencjał ukraiński. Gdyby te łącznie ponad tysiąc pocisków uderzyło w konkretny rejon frontu, prawdopodobnie ukraińska obrona przestałaby tam istnieć.

Rosja jednak uderza w coś znacznie ważniejszego:
esencję ukraińskiego bytu narodowego i podstawy narodowej tożsamości.
Coraz więcej szumu robią informacje, że Moskale do ataków dronowych mogą wykorzystać terytorium Białorusi. Pretekstem mają być rzekome ukraińskie prowokacje - a w rzeczywistości fakt, że atakując północ Rosji ukraińskie drony faktycznie naruszają przestrzeń powietrzną Białorusi.
Dowódca ukraińskich wojsk dronowych Robert "Madziar" Browdi (naprawdę pochodzi z mniejszości węgierskiej na Ukrainie) ostrzegł Łukaszenkę, że jego podkomendni już mają namierzone ponad pięćset celów na terytorium Białorusi.



Ukraińcy prowadzą propagandową akcję skierowaną do żołnierzy i oficerów białoruskich sił zbrojnych...

I znowu pojawia się pytanie, czy to faktyczne zagrożenie ze strony ZBiRa (Związek Rosji i Białorusi), czy jednak misterna gra ukraińskich służb obliczona na wywołanie na Białorusi rewolty, która wymusi na Rosji przekierowanie tam części sił.
W dodatku trzeba pamiętać, że Białoruś negocjuje ze Stanami Zjednoczonymi, czego efektem jest obniżenie poziomu presji migracyjnej na Polskę (na Litwę nadal jest wywierana) i wypuszczenie z obozu koncentracyjnego Andrzeja Poczobuta.
Ukraińskie działania mogą mieć z tym związek i stanowić dla Łukaszenki swoisty miecz Damoklesa:
- Jak nie dogadasz się z Amerykanami, masz na karku Ukraińców.
I na dobranoc dwa filmy.

Ta kobieta przyjechała z Rosji uczyć w Mariupolu. Jak sama mówi w pełnej wersji wywiadu, rdzenni mieszkańcy miasta po paru latach jej pracy nadal traktują ją, jak obcą. Nie ma żadnej integracji między mariupolczykami a przyjezdnymi Rosjanami

Drugi film pochodzi z miejscowości Zeja niedaleko granicy z Chinami.

O tu

W tejże miejscowości dzieciak o włos nie utonął w błocie, w jakie zamieniła się ulica. Normalna ulica, po której jeżdżą... pływają samochody. Oni uważają się za cywilizację...

A w Dmitrowie koło Moskwy na trawniku posadzili ziemniaki.


Ciekawe, kiedy zaczną polować na psy, koty i szczury?

W Iranie przywrócony został internet i wypływają materiały filmowe i zdjęcia, które ludzie zrobili tam w ciągu minionego półrocza.
Nie powiem, ciekawe... Łącznie z materiałami na zamachy zbrojne na przedstawicieli reżimu.
Ale najpierw muszę przeselekcjonować, co jest prawdziwe, co wykreowane.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziennik wojny - dni dwieście siedemdziesiąty pierwszy, dwieście siedemdziesiąty drugi i dwieście siedemdziesiąty trzeci czwartego roku (1367, 1368 i 1369)

Dziennik wojny - Kim jest Pierwsza Bojowniczka Wenezueli? - dni trzysta szesnasty, trzysta siedemnasty i trzysta osiemnasty czwartego roku (1411, 1412 i 1413)

Dziennik wojny - Co się kryje za Dniem Sądu? - dni czterdziesty trzeci i czterdziesty czwarty piątego roku (1504 i 1505)